Proces powstawania notki na bloga jest czasem długotrwały i bolesny. Bolesny nie dla mnie, a dla Filipa, który w czasie gdy obrabiałam zdjęcia marudził, popłakiwał, żalił się. A to smok wypadł z buzi, a to karuzelka przestała działać, a to nie spodobała się świąteczna piosenka Artura Andrusa (w dziecięcym urządzamy sobie projekcję świątecznej płyty radiowej Trójki). A ja, cóż… a to do laptopa, a to do łóżeczka. Równowaga w przyrodzie pomiędzy matkowaniem, a blogowaniem, zachowana. Pomiędzy miłością własną, a rodzącym się uczuciem to tego małego szkraba, z którym dzielimy dni, a i noce czasem (od dwóch dni śpi w poprzeg łóżka, czy to normalne?). Nie wiem, jak do sprawy podchodzą inni rodzice, bo dzieci nigdy mnie jakoś sczególnie nie zajmowały, ale od jakichś dwóch tygodni wkroczyliśmy z Fifkiem na kolejny level wzajemnych relacji. On coraz częściej uśmiecha się na nasz widok i świadomie przytula, a my obserwujemy taki dziwny stan, coś jakby oblewajaca ciało fala nagłych emocji, jako reakcja na to tulenie i uśmiechy (love, love?). Zwaliłabym to na hormony, ale skoro facet też tak odczuwa to nie może być tylko babski wymysł.

Ale jest i druga strona medalu. Ja i dopadające co jakiś czas wkurzenie na stan ‚matkopolakowania’. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie mojego, a innych kobiet. Tych, które straszyły półrocznym życiem między snem i jawą (z niewyspania oczywiście), codziennym zmaganiem się z nieprzyjazną rzeczywistością i dzieckiem, które ryczy w niebogłosy. Teraz, gdy z przekonaniem opowiadam o tym, że nic takiego nie ma miejsca i dogadujemy się z Filipem całkiem sprawnie, okazuje się, że… najgorsze jeszcze przed nami. Seriously? O co chodzi z tym straszeniem? Że młodzież w domu to jakaś krucjata? Mam publicznie narzekać i opowiadać, jak mi ciężko? Bo to takie prawdziwe, bo takie jest mecierzyństwo bez lukru? Ja rozumiem, że o poświęceniu moga mówić rodzice dzieci chorych, trudnych. Że poświęcenie jest wtedy, gdy finansowo niedomagamy i trudno związać koniec z końcem. Ale nie dlatego, że nie ma tyle co do tej pory czasu na winko z koleżankami i trzeba dla małego człowieka być służącym i naczuczycielem w jednym. Zresztą… czas jest i na wino i na zakupy. Po prostu życie staje się trochę bardziej wyciszone, skupione na domu i potrzebach jego najmłodszego mieszkańca.

To pisałam ja. Posiadaczka nowego, pięknego płaszcza Furelle, odlotowej kopertówki Simple i najpiękniejszego z całej kolekcji T-shirtu Marthu oraz… syna, trzyipółmiesięcznego Filipa. Jedną, wcale nieumęczoną, ręką (druga trzyma butelkę, bo już pora karmienia). W proteście przed protestem środowisk ‚matkowszechpolskich’ przed lukrowaniem macierzyństwa w mediach 🙂


Wpadajcie na nasz Instagram!

Płaszcz Furelle | tiszert Marthu | jeansy Big Star | szpilki Mohito | torebka Simple 
| naszyjnik Mollie | bransoletka Missiu

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x