#TydzienPalet: BPerfect – Stacey Marie Carnival Palette – obiekt kultu? Sprawdzamy!

Kolorowa niczym tęcza i bardzo pożądana – paletka Carnival od BPerfect we współpracy z makijażystką Stacey Marie pojawia się na Blessie, bo nie mogłyśmy przejść obok niej obojętnie.


Są swatche, makijaże i recenzja – więc dowiecie się, czy warto polować na tego rajskiego ptaka.


Ta paletka, to bez wątpienia jeden z najgłośniejszych kosmetyków 2018 roku. BPerfect Cosmetics we współpracy z brytyjską makijażystką i beauty guru Stacey Marie, stworzyli szalenie kolorową, inspirującą paletę, która ma pobudzać do tworzenia.

Irlandzka firma dostarcza kosmetyki do Polski, więc jak zawsze namawiamy do kupowania na oficjalnej stronie marki. A koszt paletki, to 39.9funtów, czyli ok. 200zł.

W kartonowym opakowaniu z lusterkiem znajdziecie 24 cienie do powiek oraz 2 rozświetlacze, czyli łącznie 48 gram produktów. Sporo!

Sam design paletki jest przeciętny, ale doceniam fakt, ze na opakowaniu dostajemy miniaturki zdjęć kolorów.


Zacznijmy od plusów.


Kolorowe cienie matowe bywają nie tylko trudne do stworzenia, ale i kapryśne we współpracy. Granaty i zielenie uwielbiają się osypywać, nie lepią się do siebie. Fiolety robią plamy, a czerwienie tracą na pigmencie podczas blendowania. Ale nie w palecie Carnival. Oto bowiem dostajemy produkty, które rozcierają się same, z łatwością je dokładamy i budujemy, a cienie wręcz porażają swoimi wibrującymi kolorami.

A poza szalonymi barwami znajdziemy również bazowe brązy i cienie transferowe. Więc z łatwością zrobimy nią szybki makijaż dzienny.

Do moich ulubieńców należą Foolish – obłędna brzoskwinka, której używam do każdego mejkapu, żółcie Keen i Shuffle, zgaszony fiolet Chant, wibrująca pomarańcza Lit i równie szalony róż Funki.


A teraz minusy!


Jeśli maty są super, tak cienie błyszczące są średnie. Poza turkusowym Breezy i królewskim granatem Recharge, wszystkie złoto-brązowe propozycje może i ładnie błyszczą, ale same ich barwy są dość nudne. Wydawałoby się, że do takich rajskich matów, pasują równie wibrujące błyski. Nie są to cienie o złej formule, ale mało zachwycające.

Gorzej, jeśli chodzi o kolory Pink Me oraz Mooney, czyli jasne duochromy, które mają wybrzmieć wielowymiarową barwą na powiece. Trochę słabo im to wychodzi, a w różowym makijażu na samym końcu wpisu, Pink Me wsparty jest dodatkowo pigmentem.

Rozświetlacze Sinner&Saint są okej, zdecydowanie przypominają mi formulację Mary Lou Manizer od the Balm. Dają niezły błysk, ale znów – przy takich szalonych kolorach, pragniemy więcej, a więcej da się zrobić!

No i muszę wspomnieć, że w palecie nie ma ani beżu, ani czerni. Dla wielu jest to znak, że paletka nie jest samowystarczalna. Dodatkowo, mocna pigmentacja matów sprawia, że brudzą powieki.


To jak, warto?


Jeśli drzemie w Tobie dusza artysty i marzą Ci się kolorowe cienie, z którymi praca to sama frajda, to warto, oj warto. To według mnie również cienie, z którymi można nauczyć się pracy z kolorami. Bo stworzenie papuziego, rajskiego mejkapu nie jest proste, a jeśli cienie w tym pomagają, o jesteśmy już na dobrej drodze do sukcesu.

Ja nadal uczę się kolorów (innych niż ciepłe barwy i fiolety), i makijaż w tym wpisie, ten w białej marynarce, to w zasadzie pierwszy w życiu, w tak wibrujących kolorach, z którego byłam zadowolona i nie czułam się jak Karyna.


Metaliczne cienie są może mało inspirujące, ale w mojej kolekcji jest sporo innych produktów, które ładnie dopełnią szalony makijaż. Natomiast jakość matów i selekcja kolorów robią ogromne wrażenie.



Zobaczcie, jak sprawdza się równie kolorowa paletka Morphe&Jaclyn Hill w tym wpisie.

 

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x