Chcialabym być chłopcem!

fot: we heart it!

Tytuł nawołuje przekornie to tematu gender, który w ostatnich tygodniach stał się pożywką dla wygłodniałej wyobraźni mas. Nie będę robić z siebie ekspertki w dziedzinie, ale by zaznaczyć, iż nie jestem całkowicie zagubionym dzieciakiem we mgle, wspomnę że gdzieś w teczce trzymam dyplom kulturoznawcy. A co do dziecka…

Jako nie za duże pachole, chadzałam z wypiekami na twarzy oglądać rodziciela swego, który był bramkarzem w jednej z lokalnych drużyn. Moją wyobraźnie poruszały tak samo mocno wysokie skarpety, zapach trawnika i gibkość zawodników, jak i miejsce w szatni, gdzie na wysokich półkach ułożone były piłki. Zadzierałam wysoko głowę i spoglądałam z zachwytem. Takie piękne! A drużyna kobieca grywała na tym samym boisku… Tata powiedział jednak córce, że dziewczyny grające w piłkę plują na boisku, przeklinają i mają krzywe nogi. Tyle z mojej kariery.

W przedszkolu wykazywałam również kilka dziwnych skłonności. Gdy koleżanki bawiły się „w dom” ja, wraz z przyjaciółką, tworzyłyśmy masę z past do zębów i kleju. Małe chemiczki sklejały szafki, klocki i rączki lalek. A kiedy znudziły się naprawianiem świata, prosiły wychowawczynie by przygotowała im słupki z dodawaniem, odejmowaniem, dzieleniem i mnożeniem do tysiąca. I w szale liczyły. Jak widzicie – matematykiem i chemikiem nie jestem. Ktoś przeoczył, nie podpowiedział, jakoś się nie złożyło, by pozwolić mi bawić się w małego chemika. I wybudować ze mną bombę (ha!). Z matematyką pokłóciłam się w gimnazjum, a z chemią… No raz z pracy klasowej dostałam 6. Reszta to milczenie.

Ale żeby nie było, że tylko źle. Mój biedny kuzyn, starszy zaledwie o trzy miesiące, musiał oddawać mi każdą zabawkę, którą się bawił, a jaką ja tez chciałam. Wystarczy, że powiedziałam głośniej „Miiichaaał”, a już zza ściany odzywał się głos cioci mówiąc  – oddaj jej zabawkę, przecież jest dziewczynką. Myślicie, że tego nie wykorzystywałam? Nagminnie. Bezlitośnie! 

fot: we heart it

Było jeszcze tak, że miałam koleżankę Olę (pozdrawiam!), którą mama stawiała mi za wzór. I mawiała – spójrz na Olę, jak to jest, że bawicie się w to samo i tym samym, a ty zawsze wracasz do domu umorusana.  Dziecko, zastanów się! No i teraz jest konsternacja. Jakiemu chłopcu zabrania się ubrudzić? Ba! Młodociane chłopczęta mają przyzwolenie na brudne buzie i ręce, potargane spodnie i bluzy, zaliczanie gleby i spadanie z drzewa. Dziewczynki, w tym swoich falbaniastych spódniczusiach, co najwyżej zaliczają glebę skacząc w gumę. Rozpacz czarna!

Jednak w okolicach zielonej szkoły, w raz z połową dziewczyn z klasy, zakochałam się w niejakim Gabrysiu i wówczas powolutku przestałam interesować się tym, że pewne rzeczy można inaczej. Przerzuciłam się na miłość do żarówiastych ubrań, której nagminnie ubierałam w pełnych zestawach. Blech! Kupiłam okropnie różową blond Barbie na hamaku, która zawisła na moim oknie. Wisiała tak kilkanaście miesięcy, ja bujałam biodrami do Spice Girls (też z Olą!) nie kumałam wcale o co chodzi w tym całym „girl power”.

Tak jak niektórzy nie kumają o co chodzi z tym całym gender. Bo Drodzy, to nie nawoływanie do przebierania chłopców za wróżki, ale wrzucenie na luz. Wiecie, że jako dzieciak podskórnie czułam, że Piotruś Pan ma więcej prawa do psocenia, niż niejaka Wendy? Z resztą.. Czy w drużynie Piotrka były jakieś dziewczęta? Co najwyżej biedny Dzwoneczek, chyba całkiem sfrustrowany. Bo mnie się marzy, by wszyscy zrozumieli, że wtłaczanie dzieciaka w zaprogramowane schematy to pomysł nie najlepszy, godzein pokolenia naszych pradziadków.

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x