e.l.f. – czy niedrogie kosmetyki z Kalifornii podbiły moje serce?

Na blessie jak w przyrodzie, równowaga musi być! Ostatnio pokazywałyśmy Wam kosmetyki droższych marek (zerknijcie do recenzji paletki Sugar Blood lub znajdźcie swój nowy podkład), a dzisiaj całkowita zmiana frontu – produkty przyjazne dla naszych portfeli, których historia… jest naprawdę ciekawa.


Poznajcie e.l.f.! Wiecie, co oznacza ten skrót? Wcale nie chodzi o bohaterów z Tolkiena, tylko oczy (Eyes), usta (Lips) i twarz (Face).


Historia amerykańskiej marki jest o tyle ciekawa, że założyciele (entuzjasta makijażu i student) chcieli stworzyć kosmetyki dobrej jakości, ale w świetnej cenie. Takie za dolara, albo co najwyżej kilka. Bardzo inkluzywne! Pozostając przy tym przy wegańskich formułach, byciem cruelty free, a także maksymalnie rezygnując ze składników drażniących skórę.

Wyzwanie spore, ale w 2003 roku udało się stworzyć e.l.f.. Z biegiem lat marka podbiła ona serca Amerykanów, którzy mogli kupić tanie produkty w przydomowych marketach.

Lekki, dzienny makijaż przy użyciu produktów e.l.f.

Przygotowałam dla Was recenzję siedmiu produktów e.l.f., które przyszły do nas dobrych kilka tygodni temu w przesyłce PR. Miałam sporo czasu, by poznać kosmetyki i czekałam na dobrą okazję, by Wam o nich opowiedzieć. W tym momencie trwa w Douglasie ich wyprzedaż (klik), więc to czas najlepszy, by o nich odrobinę pogadać.

Zaczynamy od początku, czyli bazy pod makijaż – Poreless Face Primer (teraz w cenie 39zł). Bez wątpienia baza wygładza jak szalona i wypełnia pory. Ale nie ma się, co dziwić – jest pełna dimetikonów. I to oczywiste, że bazy wygładzające mają w sobie silikon, jednak osobiście uważam, że takie produkty warto nosić wyłącznie od święta. Nosiłam ją parokrotnie z różnymi podkładami i każdemu przedłuża trwałość. Na specjalne okazje – jestem na tak.


Podobnie jeśli chodzi podkład Flawless Finish Foundation (teraz w cenie 39zł). Kremowa, ale lekka konsystencja, matowe wykończenie (mocno matowe!), bardzo mocne krycie i trwałość. Czytałam opinie, że nie u wszystkich się trzyma, co dość zaskakuje. Nosiłam go nawet ponad 12h i poza startym nosem czy brodą (katar, obiad) nie miałam mu nic do zarzucenia. Minus? W moim wypadku źle dobrany kolor, ale to absolutnie nie wina produktu. Jestem pewna, że posiadaczki skóry normalnej czy suchej nie będą zawiedzione.

Z całej trójki produktów do twarzy najwięcej dobrego powiem o korektorze HD Lifting Concealear (teraz w cenie 22zł). Rewelacyjne krycie, zero wchodzenia w zmarszczki i linie mimiczne, doskonałe tuszowanie niedoskonałości (także krostki), żadnego ciastkowania. Hit, o którym trzeba mówić głośno i wyraźnie. Sprawdza się także jako baza pod cienie. Uważajcie tylko na kolory – Light nie jest wcale jasny. Neutralizuje, ale nie rozjaśnia. Jednak robi kawał dobrej roboty!

O paletce Nude Mood – Mad for Matte pokrótce, bo nie jest dostępna w tym momencie Douglasie. Nie chcę Wam zabierać czasu – to matowe, „nudne” cienie zarówno w tonacji ciepłej, jak i chłodniejszej. Czy są niezbędne w kosmetyczce? Nie sądzę. Czy znajdziemy tańsza, ciekawsze zamienniki – pewnie tak (paletka w cenie promocyjnej kosztuje 65zł).

Czy jednak jest to zła paletka? Absolutnie nie. Cienie się przyjemnie rozcierają, można budować ich moc (ale też do pewnego stopnia) i tworzą bazę dla codziennych, szybkich makijaży. Mamy czerń, beż, ładne brązy. Ale mam obawy, że większość z nas już posiada takie odcienie w swoich kosmetyczkach.

Baza makijażu oka – cienie matowe e.l.f. W środku odrobina błysku Affect.

A teraz kolejny hit! Czyli matowa płynna pomadka Sheer Matte Liquid Lip (teraz w cenie 34zł). Kolor, który widzicie na pierwszym zdjęciu to Nude Rose. Rewelacyjnie wyprofilowany aplikator ułatwia precyzyjne nałożenie szminki. A ta jest naprawdę trwała, odporna na wycieranie i pocałunki, ale odrobinkę przesuszająca usta (ale nie szczególnie więcej niż inne matowe, płynne pomadki). Żałuję, że w asortymencie e.l.f. nie ma więcej kolorów, zwłaszcza nudziakowych, trupich fioletów. Brałabym, nosiłabym!

Oj, jakie miałam ogromne oczekiwania wobec tej malutkiej, precyzyjnej szczoteczki z maskary Lenght&Volume (cena w tym momencie to 22zł). No i niestety nie polubiłyśmy się zupełnie. Formuła tuszu jest bardzo sucha, trudno go nanieść, wyciągnąć z niego moc, czerń, długość. Zrobić z nim cokolwiek dobrego. Nie chcę się dłużej pastwić nad tym produktem, ale nie mogę go Wam polecić.

Siódmy produkt, to świetny pędzel do pudru. Zupełnie nie spodziewałam się, że taki kształt włosia może mi się spodobać! A jednak Powder Brush (teraz w cenie 25zł) cudownie ściąga nadmiar pudru po zapiekaniu, ładnie wtłacza puder do utrwalania, ale i spokojnie można nim delikatnie omieść twarz tworząc subtelną, pudrową woalkę. Oczywiście, że wyprobowałam go również jako pędzel do bronzera i również z łatwością zrobicie nim porządny kontur. Włosie pędzla jest, oczywiście, syntetyczne, ale niezwykle mięciutkie.


Jak widzicie, opinie o produktach są mieszane. Jest kilka hitów, są i kity. A czy Wy macie jakiś ulubieńców kalifornijskiego e.l.f.?


 

 

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x