„Harry Potter i Przeklęte Dziecko”, czy wróciliśmy do Hogwartu?

Recenzja ósmej „części” przygód Pottera była czymś nieuniknionym. Bo przecież jeśli w tym roku byłyśmy w Hogwarcie (pamiętacie?), to kolejna możliwość odwiedzenia starych katów, to była… oczywistość. Z resztą pani Rowling w tym roku rozpieszcza nas, fanów świata Pottera, jak nigdy. Obiecała kolejne książki, poszerzyła informacje o świecie czarodziejów, a lada moment na ekrany wejdą „Magiczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Czyste szaleństwo!

Choć sztuka „Harry Potter i Przeklęte Dziecko” nie jest wyłącznie autorstwa Rowling, to chyba przyzna to każdy fan – wejście do uniwersum Hogwartu zawsze będzie kuszące. Bo z niego się nie wyrasta, bo ono ciągle jest spełnieniem marzeń każdego dzieciaka.

Ostrzegam, że będą spoilery, więc jeśli jeszcze nie czytaliście i macie zamiar, to zatrzymajcie się w tym miejscu.

harry potter i przeklete dziecko (1) harry potter i przeklete dziecko (6)

Moim największym rozczarowaniem jest forma. I tu zastrzegam – uwielbiam dramaty. Światy wykreowane przez Szekspira w „Burzy”,  „Hamlecie” czy „Śnie nocy letniej” są magnetyczne i wciągają jak mało co. Więc to nie chodzi o brak zaufania do gatunku, ale nieumiejętne wykorzystanie jego potencjału. A w z zasadzie potencjałów. Bo sama historia „Przeklętego dziecka” zaczynała się bardzo dobrze, lecz czym dalej w las, tym gorzej. Przez cały czas, kiedy czytałam ósmą część Harrego miałam wrażenie, że to tylko scenariusz do sztuki.

Czuję jednak, że gdyby Rowling miała możliwość rozłożenia w czasie i na kartkach powieści wszystkie przygody Albusa i Harrego, to zyskalibyśmy magiczne świat, o którym wciąż marzymy. Tymczasem mierzymy się z historią naszpikowaną tak wielką ilością zwrotów akcji, że prawdopodobnie trudno ją streścić. Szekspir by tego nie wymyślił!


Albus, średni syn Harrego, ciągle musi mierzyć się z legendą ojca. Dla niego Hogwart nie jest miejscem wytchnienia, a obowiązkiem, który musi spełnić. Jego prędkie zaprzyjaźnienie się ze Scorpio, synem Draco Malfoya, jest przewidywalne i jednocześnie interesujące. Chłopcy nawiązują głęboką relację, jako ci wykluczeni (i samo wykluczający się) ze szkolnej społeczności. Scorpio nosi brzemię podejrzanego o to, że jest synem Voldemorata. Choć ktokolwiek, kto poznałby go bliżej, wiedziałby doskonale, że to niemożliwe. Młody Malfoy to połączenie intelektu Hermiony i oddania Rona. A Albus… z chwili na chwilę, coraz bardziej przypomina egoistycznego Harrego.

Niestety, nasze magiczne uniwersum jest bardzo ubogie. Choć autorzy za wszelka cenę próbują opowiedzieć historie wszystkich bohaterów, których możemy pamiętać z siedmioksięgu, to zapominają o samym Hogwarcie i mugolskim świecie. A przecież mamy na to ochotę, tak bardzo! Oczywiście, że didaskalia nie są wystarczającym miejscem do stworzenia magicznego świata. Ale przez to, że jesteśmy fanami i samodzielnie „osadzamy się” w świecie Pottera, nie jest to aż tak trudne. No cóż, dostaliśmy wyłącznie sztukę, scenopis, propozycje dla aktorów…

Idea pojawienia się Delphi, córki Voldemorta, jest chyba najbardziej dyskutowana przez fanów. Mnie osobiście podoba się bardzo, bo pasuje do samego Czarnego Pana. Ktoś, kto obsesyjnie zainteresowany jest władzą, czystą krwią, rasą wybraną musi mieć dziedzica. Piękna, piekielnie uzdolniona córka to świetny top, choć muszą się przyczepić braku precyzyjnych szczegółów dotyczących jej życia. Dwadzieścia lat istniała jakby w próżni. Dwadzieścia lat Potter nie odczuwał zagrożenia, mimo, iż Delphi uczyła się czarnej magii, języka węży. Niestety historia rozwija się dość schematycznie, i bardzo prędko domyślamy się, ze tajemnicza piękność uwodząca Albusa jest podejrzana. Zwłaszcza, że pojawia się znienacka i nie kontaktuje ze „starszyzną”. Finalnie, okazuje się, że jest dzieckiem marzącym o spotkaniu się z utraconym ojcem. Mierzenie się z legendą rodziców, to powracający wątek w potterowskiej sadze; podobnie miał Harry, Albus, Neville.

A co do pokolenia starszych, to mam wrażenie, że dostajemy pastisze i kalki dobrze znanych nam bohaterów. Hermiona traci pazur i rozsądek, Ron staje się klaunem (cały czas miałam wrażenie, że jest nieco obleśnym, zapasionym i podpitym wujaszkiem, którego tolerujemy bo mówi zabawne rzeczy), a Ginny nie istnieje. Nawet jako zatroskana matka zawodzi. Ciekawie rozwinął się Draco, który co rusz pokazywał, że zmaga się z rodzinnym przekleństwem, a w gruncie rzeczy chce kochać i być kochanym. [Tutaj muszę dodać, ze liczyłam, iż podróże w czasie sprawią, ze jednak zaiskrzy między Draco i Hermioną, ale znów się nie udało ;)].


Idea podróży w czasie, to całkiem sprytne rozwiązanie na połączenie przeszłości i teraźniejszości, zwłaszcza ciekawie zaczęło się dziać przy drugim „obrocie”, kiedy Scorpio przenosi się do faszystowskiego świata pod władzą Voldemorta. Tam przez chwilę spotykamy się ze Snapem, a nasz drugoplanowy bohater udowadnia, ze żaden Potter nie poradziłby sobie bez wsparcia przyjaciół.

Konkludując: Oczywiście, ze kilkadziesiąt minut z „Przeklętym dzieckiem” sprawiło mi frajdę. Być może tworzyło kilka ścieżek dla dalszych przygód kolejnego pokolenia czarodziejów, które nadal mogą być fantastyczną ucztą dla fanów. Życzyłabym sobie jednak prozy i więcej dojrzałości, bo schematyczność (która w sumie jest też cechą siedmioksięgu) rozczarowuje.

harry potter i przeklete dziecko (7) harry potter i przeklete dziecko (11)

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x