13 makijażowych hitów i kitów z drogerii. Wiosna 2021!

Nie ma to jak makijażowe nowości, kiedy wreszcie możemy spacerować bez maseczki, wypić lemoniadę pod chmurką i cieszyć się kolorem szminki czy podkładem w nienaruszonym stanie. Sprawdziłam zatem kilka drogeryjnych kosmetyków, tak by dać Wam znać, w co warto (a w co nie!) zainwestować.


Będę szczera – mam hity, ale i sporo kitów. I jedną, naprawdę bardzo ważną uwagę do polskich marek beauty. Zaczynamy!


Na twarzy podkład Skin Paradise Loreal, pomadka i kreska Wibo X Stysio, różowa kredka Lovely x Magda Wołosewicz

Jeśli podkład, to tylko z SPF!


Mam wrażenie, że takim tokiem myślenia idą marki, które proponują nam podkładowe nowości na ten sezon. I, co ja Wam będę opowiadać, to świetna myśl! Bo reaplikacja filtrów może być prostsza, kiedy weźmiemy na warsztat te kolorowe. Więcej o tym dowiecie się z wpisu Ilonki, koniecznie wskakujcie.

Ja pod lupkę wzięłam trzy produkty. I zacznę od tego, który był zamawiany przez Was, czyli Loreal Skin Paradise Tinted Water-Cream (zdjęcie w podkłądzie – pierwsze we wpisie). Bardzo zachęciła mnie nazwa produktu – lekki, wodnisty tint. Brzmi jak marzenie, zwłaszcza, że ma mieć w sobie SPF20. Niestety, nie wszystko poszło gładko.

Wybrałam dość ciemny kolor – Light 01, który na mojej twarzy okazał się naprawdę pomarańczowy. Liczyłam jednak, że jako tint, ładnie się wtopi i będzie niewidoczny (a przynamniej nie aż tak bardzo). No i jest to pomyłka! Nadaje skórze dość wyrazisty kolor, nie jest tak płynny jak się spodziewałam. Choć jest super leciutki, to kryje niedoskonałości, ale jednocześnie nie czuję, by jakość specjalnie nawilżał buzię (a mam wrażenie, że to też obiecuje nazwa). Żałuję, że nie trafiłam z kolorem bo pewnie miałabym do niego więcej serca, a tak… będzie służył za przyciemniacz do podkładów.

Na twarzy CC Cream Eveline Bio Organic.

Niesamowicie kremowa formuła z pigmentami koloru, to propozycja Eveline – CC Cream BIO Organic. Tym razem odcień 02, a SPF o wartości 15. I tutaj mamy strzał w dziesiątkę! Przepięknie się wtapia w skórę, pozostawia efekt lekkiego bluru, wygląda niesamowicie i daje cudowny, zdrowy glow. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

Uwagi mam takie: nakładajcie go palcami bo pod wpływem ich ciepła pigment zawarty w kremie zaczyna pojawiać się na skórze (gąbka i pędzel nie rozetrą produktu tak ładnie) i jeśli macie skórę mieszaną lub tłustą – być może będziecie potrzebować nieco więcej pudru w strefie t.

Na twarzy podkład The Healthy Foundation od Physicians Formula.

Na sam koniec podkład, który już kiedyś testowałam – The Healthy Foundation od Physicians Formula. Ale skoro marka pojawiła się w Rosskach, to stwierdziłam, że kupię go ponownie, bo pamiętam, że bardzo go wówczas chwaliłam.

I nadal chwalę! Można stopniować jego krycie tworząc naprawdę solidny mjekap, ale i używać go punktowo, by lekko ujednolicić cerę. Bo sam podkład wygląda na niej rewelacyjnie. Lekko, naturalnie, zdrowo, pięknie. Dodatkowe walory to witaminy, kwas hialuronowy i SPF20, więc to przedłużenie naszej pielęgnacji (i to w solidnym szklanym opakowaniu). Jego minus, to aplikator – wolę pompki. Uważam, że aplikatory znane nam z korektorów są mało higieniczne. Mój kolor LC1.


Polskie marki współpracują z polskimi influencerami


I fajnie, i chwała im za to. Natomiast mam ogromny apel do Wibo i Lovely (to ta sama firma) – szanujcie nas, klientów. Zainwestujcie proszę w naklejki/opakowania, które pozwolą mi kupić taką ilość Waszych produktów, na jaką mam ochotę. NIEDOTYKANYCH, nieotwartych wcześniej przez nikogo innego. Wystarczy naklejka, która będzie widocznie zniszczona, kiedy ktoś otworzy produkt. To także korzyść dla Was, mnie zwróconego towaru.

Chciałam kupić znacznie więcej kosmetyków od Magdy i Stysia (i próbowałam w 3 Rosskach w Kato), ale dramatyczna większość była wcześniej otwarta. A jak sprawdzałam, czy dany produkt nie jest macany? Kiedy już wiedziałam, że chcę kupić (i na pewno wezmę) ten, konkretny kosmetyk, też go otwierałam…

Kurde, czy tak to powinno wyglądać? Nie sądzę. Ale nie mam wyjścia bo z kredek udało mi się trafić tylko JEDNĄ, którą mogłam wziąć. Z kolekcji Stysia bardzo chciałam bazę, ale też były pootwierane, rozlane, brudne. Szkoda!

A co do samych produktów, to… kredka w kolorze różowym Lovely x Magda Wołosewicz jest REWELACYJNA. I naprawdę żałuję, że nie udało mi się dorwać więcej kolorów. Jest idealnie miękka, ale nie za bardzo, ma niesamowicie mocny pigment, jest trwała i zwyczajnie – były nam potrzebne takie piękne, pastelowe kolory. Można ją używać także, jako bazę pod cień wzmacniającą kolor i oczywiście jako liner. Sztos!

Duo do ust Flip that Lip Wibo x Stysio sprawdziło się u mnie gorzej. Wybrałam zestaw 1, z bardzo jasnym odcieniem szminki i konturówki. I kolor produktów jest w punkt, w punkt jest także konturówka. Natomiast płynna pomadka mocna zastyga i zostawia efekt bardzo suchych warg. Być może w 2021 już nie mam serca do płynnych pomadek, tak jak miałam w 2017. Noszę go tylko w zestawie z zaaplikowanym na górę błyszczykiem.

I jest jeszcze świetny róż w kremie AA Wings of Color x Magda Pieczonka Mooon Glow (kolor 01). Który też ma SPF20! Kupiłam go, bo byłam bardzo ciekawa, czy polska drogeria dobrze poradzi sobie z mega trendowymi formułami, jakimi stały się kremy. I tak, tak, tak! To naprawdę jest super kosmetyk. Nie ściera podkładu, choć ja i tak wolę go aplikować z ręki i nanosić gąbeczką lub zbitym pędzlem, cudownie się rozciera, nie robi plam i ma niesamowicie dziewczęcy odcień. No i i plus za wyważoną ilość pigmentu – kolor widać, ale nie zrobimy sobie nim żadnego kuku.

Bardzo Wam polecam, a wiem, że ostatnio często pytaliście o róż w kremie z drogerii. I jest!

Zobacz, jak pięknie wygląda kremowy róż AA! Makijaż oka – paletka Nude on Nude od Revolution PRO.


A co fajnego na powiekę, rzęsy brwi?


Zaczniemy od paletki Revolution PRO Nude on Nude. Makijaż w różowych tonach widzicie na zdjęciu z mejkapem powyżej, a na fotce z podkładem Bielenda, użyłam cieni w brązowych kolorach. To już pokazuje, jak uniwersalna jest to paletka. Spokojnie możecie stworzyć nią szalone, jak i dzienne, szybkie mejkapy. Bardzo podoba mi się w niej fakt, że brązy są raczej w chłodnej tonacji, co według mnie sprawia, że jest jeszcze bardziej user friendly.

Samo wykonanie paletki jest naprawdę niczego sobie, wygląda bardzo elegancko i jest lekkie (i łatwe w transporcie). Do tego ma dobrej jakości lusterko, a sama praca z cieniami była dla mnie przyjemnością. Przemiłe zaskoczenie i duża polecajka, jeśli akurat szukacie czegoś w tej kolorystyce.

To teraz coś, co zapowiadało się super, ale niestety nie pokochamy się i już. I jest to tusz do rzęs Maybelline Collosal Longwear Mascara. Co na plus – mocna czerń i bardzo, bardzo dobra trwałość. A na minus? Niemożność domycia. Serio! Nawet jeśli zrobię demakijaż micelem, potem olejkiem, a potem jeszcze żelem, to rano i tak budzę się z okruchami tuszu. Zdarzyło się to trzy razy, próbowałam różnych produktów do demakijażu (które zawsze się sprawdzają) i jednak muszę dać pas.

Za to mam coś, co jest odporne na łzy, pot, znój dnia codziennego i zmywa się bardzo dobrze. Wspomniałam na story, ale uważam, że tusz Yves Rocher Intense Metamorphose (wersja wodoodporna) zasługuje na obecność na blogu, bo to jest mój hit od kilku miesięcy.

Perfekcyjna szczoteczka, idealna czerń, mocny kolor już po pierwszej aplikacji, trwałość, długość, grubość. No ach! Z ręką na sercu – nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobił na mnie tak ogromne wrażenie tusz do rzęs.

Od lewej: Yves Rocher, Maubelline, Delia.

Mniej entuzjazmu budzi we mnie aplikator barwionego tuszu do brwi Delia Shape Master. Zwłaszcza, że sam żel jest naprawdę fajny! Daje wyważony kolor, ładnie utrzymuje kształt brwi, można stworzyć nim mniej lub bardziej intensywną stylizację.

I tylko aplikator mnie zastanawia, bo gruba główka jest mało precyzyjna (a ja mam sporo brwi i są one grube, więc w ogóle powinno być łatwiej), a szczoteczka do wyczesywania jest poniżej i prze ten dziwny układ, ciężko nią porządnie rozłożyć produkt na włoskach, a także je wyczesać. Z mojej strony – pół na pół.


I jeszcze trochę nowości!


Bardzo duża piąteczka dla duetu marki Paese – pudru ryżowego (mam odcień Light Beige) i korektora Run for Cover (20 Ivory). Szczerze żałuję, że tak długo były w mojej szufladzie i czekały na testy. Bo korektor bardzo ładnie rozjaśnia, ma przyzwoite średnie krycie (nie potrzebuję więcej), jeżeli cokolwiek się zbiera, to jest to ilość absolutnie normalna.

Puder zaś nie jest tępy (a tak kojarzą mi się te ryżowe), ani ciężki. Grubym pędzlem tworzę nim woalkę utrwalającą makijaż, a nieco mniejszym nakładam pod oczy. Nie wysusza, nie podkreśla skórek. Naprawdę godny polecenia.

W przeciwieństwie do kremowego balsamu Paw Paw, któy ma ponoć być idealny do policzków, ust, a nawet oczu. Nie, nie, nie. Lepi się przeokrutnie, ściąga podkład, nie da się go niczym utrwalić, a na ustach podkreśla każde załamanie i skórkę. I w gruncie rzeczy, wargi w nim, wyglądają na bardzo zaniedbane, nawet po peelingu. Bubel!

Chciałam sprawdzić, czy faktycznie może być kremowym różem, stąd wybór koloru Peach Pink, ale nie może być absolutnie niczym. Łe!

Od dołu: szminka i kredka Stysio, kredka Lovely & Magda Wołosewicz, balsam Paw Paw, róż AA x Magda Pieczonka

I co przykuło Waszą uwagę? Macie swoich, nowych drogeryjnych faworytów? A może jakieś bublozaury?


 

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x