Kulisy blogowania: dlaczego youtuberzy nie mówią, ile zarabiają?

Rób to co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia! – znacie ten tekst? Powtarzają go jak mantrę wszyscy popularni blogerzy i youtuberzy. Jednocześnie podkreślają, że prowadzenie kanału lub bloga to naprawdę praca jak na pełen etat. W ludziach budzi to dużą ciekawość, szczególnie w odniesieniu do astronomicznych (takie plotki krążą) zarobków twórców internetowych. Pytają wprost: „Ile zarabiasz?”, a nawet jeśli nie pytają, snują niekończące się domysły i dywagacje w komentarzach. Czasem nawet … straszą policją skarbową.

No to jak to jest z tymi zarobkami?

To nie jest ‚prawdziwa’ praca!

Temat niby przegadany tysiąc rady, a wciąż budzi emocje. Tak, jak pod ostatnim filmem Maxineczki, gdzie w ponad 400 komentarzach trwa dyskusja o tym, czy widz ma prawo wiedzieć, ile zarabia ulubiony youtuber, czym jest ‚prawdziwa’ praca i kto doświadcza większego stresu – zasięgowy bloger czy pracownik korporacji. Film pojawił się wczoraj późnym wieczorem i przyznam, że po lekturze komentarzy pod nim, miałam kłopot by spokojnie pójść spać. Jedna z widzek straszyła Maxi policją skarbową, kilka dopytywało o posiadane ubezpieczenie zdrowotne (!) i sposób rozliczeń z Urzędem Skarbowym (!!!), pojawiały się uwagi, że youtuberka nie wie, co to znaczy prawdziwa praca (jak rozumiem według jednej z widzek praca = etat). W wypowiedziach pozytywnych najczęściej pojawiały się uwagi, że skala zarobków to nie sprawa widzów, a najważniejsze jest, by robić co się kocha.

dasfdas

Czemu nie wiecie, ile zarabia Maxi czy Maff?

Nikt z komentujących nie wpadł na to, że przyczyny niepodawania zarobków mogą wynikać ze specyfiki pracy blogera, a nie chęci ukrycia tej części życia przed światem (choć to prawda – w Polsce nie mówi się otwarcie o zarobkach, nawet osoby pracujące latami w jednym biurze nie mają pojęcia, ile zarabia kolega przy sąsiednim stole). Żeby to zrozumieć, trzeba na takiego twórcę spojrzeć szerzej – jak na przedsiębiorcę albo freelancera. Blogerzy współpracują w oparciu umowy o dzieło, albo po prostu wystawiają faktury za konkretne działania (np. udział w reklamach, recenzje produktów, udział w eventach, przeprowadzanie szkoleń, pokazów, organizację konkursów itp), w związku z czym nie są tylko panami na własnym podwórku, ale muszą uszanować zasady panujące w firmach, z którymi współpracują. Co to oznacza w praktyce? Na przykład obowiązek zachowania poufności wynagrodzenia. Nie zrozumcie źle – nie chodzi o to, by się nie przyznawać, że jest współpraca (firmy tego wręcz wymagają), ale nie opowiadać ile firma za działania z blogerem zapłaciła. Jest to często zastrzegane w umowach (nawet pod groźbą kary finansowej za niedotrzymanie tajemnicy). Nie dlatego, żeby czytelników/widzów oszukać, nie dlatego, że youtuber nie ma ochoty się przyznać (o tym czy może nie mieć ochoty – za chwilę), ale dlatego, że jest to tajemnica firmy. Bo każda firma ma prawo by wielkość i podział jej wydatków na reklamę, strategia marketingowa, polityka PR, były znane tylko wykwalifikowanym pracownikom. A nie na przykład konkurencji.

Czy macie prawo to wiedzieć?

Z tego samego powodu skali zarobków może nie chcieć podawać bloger – w końcu także zarządzający swoją własną firmą. Współpracujący z różnymi markami i często każdą współpracę rozpatrujący indywidualnie. Trudno nie wpaść na to, że np. Maffashion inaczej zarabia za udział w kampanii Versace, niż pokazanie na blogu płaszcza młodej polskiej marki. Jak każdy właściciel firmy, także bloger ma prawo do negocjowania wynagrodzenia za wykonaną pracę. Bo przygotowanie sesji zdjęciowej, rzetelna recenzja porównawcza produktu, organizacja konkursu, napisanie artykułu czy nagranie filmu to przecież praca. A bloger czy youtuber działa trochę jak agencja reklamowa z tą różnicą, że sam sobie zleca zadania do wykonania (chyba, że ma to szczęście posiadać zespół pracowników, jak np. Macademian Girl czy Jessica Mercedes – wtedy z kolei pracuje by zadbać o utrzymanie rentowności firmy i zarobki także dla swoich pracowników). Już pomijam fakt, że tak jak każdy inny człowiek, także bloger może po prostu nie chcieć spowiadać się ile odprowadza podatku, co ma na koncie i jaki pakiet zdrowotny wykupił.

Spójrzcie na Maxineczkę jako makijażystę-eksperta, na Abstrachuje jako internetowy program kabaretowy, blog Jemerced jako internetowy magazyn modowy – skoro fakt, że inni makijażyści, szkoleniowcy, artyści, redaktorzy pracują i dostają za pracę wynagrodzenie (o które nie pytacie!), to dlaczego twórca internetowy może robić to samo tylko jako hobby, non-profit i wyłącznie po godzinach (po tej ‚prawdziwej’ pracy)?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Robię to co kocham. Really?

Jest i druga strona medalu – nagrywanie filmów i blogowanie, to bardzo atrakcyjna praca. Nie dziwię się frustracji ludzi pracujących w trudnej, stresującej atmosferze, kiepsko wynagradzanym, albo takim, którzy bezskutecznie pracy poszukują. Jeśli przy każdej dyskusji o pracy i zarobkach w internecie pojawia się frazes ‚robię to, co kocham’, ludzie mogą się w końcu zjeżyć. Bo to stwierdzenie jest często interpretowane jako ‚nie pracuję ciężko, bawię się’. Tymczasem w codziennym blogowaniu, czy dodawaniu filmów kilka razy w tygodniu, do tego moderowania sociali i prowadzenia biura (człowiek jest sekretarką własne firmy, a i księgowym bywa), nie ma zbyt wiele z imprezy ani szczególnego funu. Bloger robi to, do czego ma predyspozycje. Nie wystarczy być dobrym makijażystą, by stać się Maxineczką. Trzeba jeszcze luzu przed kamerą, umiejętności pedagogicznych, wiedzy o filmowaniu, montażu, moderowaniu komentarzy… tego miliona spraw, o których nie myśli się słysząc ‚robię to, co kocham’. Bo przecież nikt nie kocha zbierać faktur, robić przelewów do ZUS, odpisywać na dziesiątki maili dziennie, skanować bzdurne dokumenty, ratować zhakowane strony internetowe. Mało spektakularne czynności pozwalają jednak utrzymać działalność w ryzach i sprawiają, że można robić to, co daje satysfakcje i jest komuś potrzebne – malować, rozśmieszać, inspirować. Robić to, za co twórców kochacie Wy.

Skąd ta podejrzliwość?

Ponieważ tekst liczy sobie już 5 tysięcy znaków, a przy obecnej wielkości tekstu, przeczytanie do końca wymaga nie lada skupienia (pracujemy nad tym – właśnie wdrażamy nowy szablon bloga wygodny do czytania :)), wspomnę tylko, że tekst nie jest absolutnie nagonką na widzów/fanów blogów. Na podejrzliwość czytelników blogerzy zapracowali sami – nie oznaczając dokładnie, co jest wynikiem współpracy, a co stworzyli sami. I też często piszecie o tym w kontekście zarzutów pod adresem blogów/kanałów YT, że wraz z komercjalizacją tracą wiarygodność. Ale to już zupełnie inna historia…

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x