Keep calm and…

Pamiętacie to hasło, które jeszcze dwa lata temu moglibyśmy podziwiać we wszystkich memach, na kubkach i koszulkach? W zasadzie jest mi ono inspiracją do tego wpisu. Bo widzicie, ostatnio sama na siebie zdenerwowałam się dość mocno. I zadałam sobie proste pytanie – a co cię to dziewczyno, do pioruna, obchodzi?

Nie wiem gdzie jest początek tej historii. Czy w lawinie złośliwych artykułów na pudlu, w którym znudzeni redaktorzy punktuję wszystkie kobiety poddające się zabiegom poprawiającym urodę?


Czy w jeszcze bardziej irytujących komentarzach pań redaktorek, które nawet nie ukrywają się pod szyldem pudla, i na swoich oficjalnych kanałach social mediach wykazują silne „girl power” i szczują jadem na koleżanki po „diecie zmieniającej rysy twarzy”.

A może sama jestem sobie winna, bo uczestniczę w tej fali złośliwości?

A to z mamą na ploteczkach; a pamiętasz jaka była ładna, i sobie zaczęła poprawiać? No nie do poznania, o jak brzydko, o jak źle.

W „bardzo ważnych rozmowach w pkp” z Iloną: ale po co sobie to robi? No przesadziła, było dobrze, jest za dużo. Och, a miałam ją za mądrą dziewczynę.

Albo w dyskusji ze sobą, kiedy pogardliwie wpatrywałam się w konto na insta i zastanawiałam się, czy tej albo owej nie odbiło. I w duchu mówiłam, to jeszcze tyłek goły pokaż, jak ci mało. Boś stara, a jednak głupia.


I razu pewnego przyszedł dzień, w którym nie wytrzymałam. Sama ze sobą, wiecie? Bo z jednej strony pływam w swoich kompleksach i doskonale powinnam rozumieć, że ktoś też je ma. Powinnam wspierać, nawet jeśli do końca nie rozumiem, dlaczego takie duże, takie małe, albo w ogóle – po co?

To przecież nie moja sprawa, nie mój biznes, nie moja piaskownica i nie moje zabawki. Nie mój hajs, na dokładkę.

Zwłaszcza, że żyłka mi zaczyna pulsować, kiedy ktoś pozwoli sobie na negatywnych komentarz względem tatuaży. Och, serio?  Teraz cię to dotyka, hipokrytko? Ale odpowiedz sobie szczerze na pytanie, czy jakbyś miała fundusze, chęć, odwagę lub kaprys (poprawną odpowiedź skreśl), to czy nie pomajstrowałabyś przy własnym nosie? Ustach? Cyckach? Ano właśnie. Bo przecież masz całą serię kompleksów. Kolorową jak tęcza gamę, w której się przeglądasz codziennie i nie za bardzo lubisz [siebie], [czy aby w ogóle? Bo raczej nie sądzę].

I wiecie, tak mi się przykro zrobiło, tak się na sobie zawiodłam. Że oficjalnie przestałam. Nie komentuję tego, czy ktoś robi botoks i czy przesadził. Nie interesuje mnie wielkość ust żadnej blogerki ani dziewczyny z insta. Nie wtrącam się w to, czy celebrtyki wyglądają jak klony. Ich sprawa, ich bajka, ich zdrowie, ich życie. Im się podoba, są szczęśliwe?

Good for them.

I naprawdę, to podejście musi działać.

Bo skupiam się na sobie, nawet jeśli akurat dzisiaj temat nie jest wyjątkowo ważki. Ale za to przyjemny. I ze spokojem, i z uśmiechem, mogę powiedzieć Wam, że tej wiosny znów będę szaleć w jeansowej katanie. Tak zwyczajnie, tak po prostu. I jeśli macie wątpliwość, to uwierzcie – ta w kolorze „California blue”, o męskim kroju i co najmniej rozmiar za duża, to strzał w dziesiątkę. Prywatnie stawiam na Levi’sa. Bez spiny, zadęcia, porównań i złośliwości.

Mam na sobie:

jeansowa kurtka Levi’s / Silesia Jeans | spodnie, bluzka Tova / Essa Trends
buty, kolczyki Mango | torebka Venezia

Więcej trendów i ubrań w dobrej cenie znajdziecie na blogu fashionandmore.
Post powstał we współpracy z Fashion House Sosnowiec.

A jeśli masz ochotę na więcej jeansowych inspiracji, to podrzucamy nasze typy

  • Na dokładkę jeszcze o opowieść o tym, jak trudno być mężem blogerki, ale za to można zrobić fotki w fantastycznych spodniach w stylu boho.

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x