Jeffree Star & Shane Dawson: Conspiracy Palette. Największe rozczarowanie ostatnich miesięcy. Recenzja, swatche, makijaż.

Nie ukrywamy – takie recenzje nie przychodzą nam prosto. I zawsze poparte są kolejnymi testami, czy aby na pewno produkt, który ma dostać negatywną recenzję jest oceniony przez nas słusznie. Tym razem sprawa jest niesamowicie ciekawa, bo paletka Conspiracy od Jeffree Star we współpracy z Shanem Dawsonem, to chyba najgłośniejsza premiera zeszłego roku.

W tym momencie paletka jest wyprzedana, ale pod koniec stycznia Jeffree potwierdził, że będzie znów dostępna w marcu. I dlatego, aby uchronić Was przed kolejnym szaleństwem – chcę opowiedzieć dlaczego jej nie polecę.


I żeby było jeszcze goręcej – podobne wnioski mamy obie, gdyż każda z nas upolowała swoją sztukę Conspiracy. Widziałyśmy w nietuzinkowych odcieniach szansę na urozmaicenie naszych kosmetyczek.



Kampania, opakowanie, emocje


Nie będę się rozwodzić nad tematem DOSKONAŁEJ promocji, jaką Jeffree&Shane zrobili dla swojej kolekcji. Seria filmów dokumentalnych, w których widzieliśmy, jak powstaje produkt, a przy okazji byliśmy świadkiem kilku dram, to bez wątpienia marketingowy majstersztyk.

Podobnie, jak opakowanie – solidne, nietuzinkowe, wyróżniające się i jednocześnie bardzo spójne z imperium kosmetycznym, jakie stworzył Jeffree. Do tego wegańska formuła cieni, oczywiście cruelty free i cena 269zł (z tego co pamiętam!) za łącznie 27g produktu. Co jest naprawdę przyzwoitą ofertą, porównując JS np. do gramatury cieni ABH, gdzie za niecałe 10g produktów płacimy podobną kwotę.


To co się nie udało?


Płynnie przechodzę do momentu, w  którym chcę omówić z Wami każdy kolor, jakie znajdziecie w paletce i opowiedzieć, dlaczego uważam go za nieudany bądź przyzwoity lub dobry. Bo trudno mi powiedzieć, by którykolwiek był doskonały. Co zwyczajnie – nie napawa optymizmem. Zwłaszcza, że dla nas obu, propozycja palety kolorów naprawdę była ciekawa i inna niż wszystkie.

  • Ranch – biało-szary cień z delikatnym błyskiem, czyli klasyczne perłowe wykończenie, które może przywodzić na myśl moją młodość, gdzie do wyboru były perły w błękicie, szarości lub bieli. Kolor ma mocny pigment, ładnie wygląda jako rozświetlenie łuku brwiowego czy kąciku oka, ale umówmy się – to już było. Milion razy.
  • My Pills – matowy, cielisty róż. Ładny, jako kolor transferowy. Ten, i i trzy kolejne, to takie kultowe odcienie marki JS. Zawsze wychodzą i wyglądają pięknie.
  • Tanacon – matowy brąz w odcieniu mlecznej czekolady. Grzeczny, komplementujący każdy kolor tęczówki, piękny transfer, łatwy we współpracy.
  • Diet Root Beer – kolejny brąz w wykończeniu matowym, tym razem karmelowy, ciepły. Nie mogę mu nic zarzucić, poza tym, że takie odcienie już znamy i mamy w swoich kolekcjach. Ale to nie problem – te kolory dają bazę, by poszaleć z innymi odcieniami.
  • Just A Theory – metaliczny odcień rose gold. Pierwszy, nad którym warto się zastanowić nieco bardziej, czy paletka jest warta tylu gorących słów. Kolor ładny, ale widzieliśmy go już wielokrotnie. Więc może błysk będzie nas oślepiał? Niestety nie. To jeden z największych zarzutów, jakie Ilona ma wobec paletki JS – te blaski może zachwycałyby nas w 2016, ale nie pod koniec 2019. Czy zatem to zły cień? Nie, absolutnie – odcień jest ładny, formuła maślana. Ale pamiętajcie, że marka JS lokuje się, jako ta rewolucyjna i (cytując samego Jeffreey’a) – najlepsza na świecie.
  • Spiraling – metaliczny odcień szary. W tym wypadku nie ukrywam, że nie mam serca do tego typu kolorów, bo lubią podkreślać zmęczenie. Sama jakość metalika – przeciętna.
  • Conspiracy – metaliczny kolor zieleni – trochę oliwkowej, trochę khaki. Kolor bardzo interesujący i unikalny, ale to znów formulacja nie na miarę 2020 roku. Za mało wielowymiarowego blasku!
  • Pig-ment – różowy mat. Kolor z mojej bajki – cukierkowy, bardzo mocny pigment, prosty w rozcieraniu.
  • Food Videos – limonkowy, neonowy odcień matowy. Jedno z moich największych rozczarować. Kolor, przez który musiałam zadać sobie (wielokrotnie) pytanie, czy na pewno potrafię używać cieni JS. Niezależnie, jakiego pędzla użyłam, kolor podczas pracy tracił moc, osypywał się jak szalony (nie przeszkadza mi to, kiedy efekt jest zadowalający), robił plamy na powiece. A liczyłam, że będę mogła nosić go solo z czarną kreską. Nie pomogły bazy, korektory. Doklepywanie, zmiany pędzli. Ogromna szkoda.

  • Trisha – błyszczący, neonowy róż. Godny lalki Barbie – nie mam mu nic do zarzucenia.
  • Cheese Dust – matowy odcień pomarańczowy. Kolejne wielkie rozczarowanie, bo cień również traci na pigmencie, kiedy zaczynam go rozcierać. No chyba, że ja znów nie potrafię go okiełznać.
  • Flaming Hot – malinowa, matowa czerwień. Piękna, unikalna i… zupełnie nie radzę sobie z plamami, jakie robię nią podczas malowania. Kolejny raz ten sam problem! Nie jestem w stanie przyciemnić kącików oka czy dokładać cienia. Ładnie się rozciera, ale nie tego oczekuję.
  • What’s The Tea? – matowa mięta. Genialny kolor! Jeżeli chodzi o jego wygląd na swatchu. Podczas pracy jest trudny i traci moc. Ale byłam uparta i jak naniosłam go na mokrą, jasną bazę, to wyglądał nieźle. Miałam jednak nadzieję, że formuła pozwoli mi cieszyć się mocnym pigmencie na bazach, które noszę na co dzień.
  • Diet Cola – srebtny metalik. Bez zastrzeżeń – wyrazisty, turbo błyszczący, kosmiczny.
  • Not A Fact – matowy odcień w kolorze bakłażanowym. Tu nie miałam wątpliwości, że nie będzie prosto z nim pracować, bo takie odcienie są trudne. Ale jest nieźle – pigment się trzyma, kolor podczas rozcierania nie przechodzi w szarości. Jest tylko trochę suchy i podczas doklepywania, trochę się osypuje. Nic wielkiego. Jest ok.
  • Sleep Paralysis – metaliczne szare srebro z fioletową bazą. To znów nie moja bajka kolorystyczna, i w sumie, gdyby paletka była lepszej jakości, to poczepiałabym się, że trochę nudny. Ale w obliczu krytyki, jaką serwuję Conspiracy – nie czepiam się. Jest bardzo ok.
  • Illuminatea – metaliczna zieleń z ciemnogranatową bazą. Tutaj żałuję, że metaliki nie są jednak turbopigmentami z Gamshopu. Bo taki kolor miałby szansę być prawdziwym diamentem.
  • My Ride’s Here – matowa czerń. Gwóźdź do trumny – to w zasadzie ciemna szarość. Nope!
To jeden z wielu makijaży, jakie wykonałam paletką Conspiracy. Zupełnie go nie czuję. jest w nim wiele niedoróbek, których nie umiem poprawić.

Niestety – wyrok


Jak dotarliście do tego miejsca, to widzicie, że jest naprawdę poważnie. Ba! Dawno nie było paletki wobec, której miałabym tyle zastrzeżeń. Chyba jest to spotęgowane hajpem, jaki wytworzył się wokół Conspiracy. Zatem oczekiwania były ogromne, a finał… absolutnie rozczarowujący.

Podczas malowania, niemal za każdym razem, wątpiłam w swoje umiejętności. I oczywiście, że jestem amatorką-samoukiem, ale miałam do czynienia wcześniej z cieniami Jeffreya (recenzję Sugar Blood znajdziecie tutaj), bardzo lubię się dość suchą formuła cieni ABH, wiem jak używać matowych pigmentów.

Nie pomagały świetne recenzje, którymi wypełniona jest sieć. Odłożyłam paletkę na kilka tygodni, ale po kolejnych próbach, efekt był taki sam – niesatysfakcjonujący.

Trudno mi Wam ją polecić, bo uważam, że były to bardzo źle wydane pieniądze. A sama mam plan sprawdzić ją jeszcze z koleżankami-mistrzyniami. Może one znajdą na nią sposób. Ja pasuję.

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x