Jennifer Lopez x Inglot: hit czy kit? Recenzja, makijaż, swatche kosmetyków.

Współpraca polskiej marki z międzynarodową gwiazdą… Powinna elektryzować! Inglot stworzył kolekcję kosmetyków do makijażu z Jennifer Lopez. A ja sprawdzam, czy produkty są równie gorące, co Jenny from the Block.

Pełna kolekcja zawiera cienie do powiek, pigmenty, szminki i błyszczyki, pudry do twarzy, rozświetlacze, linery w żelu, produkty do brwi, lakiery do paznokci, tusz do rzęs i sztuczne rzęsy oraz zestaw palet Freedom System. To naprawdę sporo produktów. Ja do testów wybrałam takie, które przykuły moje spojrzenie i jednocześnie pozwoliły mi pozostać we własnej w strefie komfortu.


Czyli widzicie kolory i wykończenia przeze mnie, teoretycznie, uwielbiane.



Cienie do powiek J339 Copper oraz J319 Crimson.
Jeden cień to 2,7 g/ 19zł.


Pełna kolekcja cieni magnetycznych obejmuje 20 kolorów, w tym matowe i błyszczące wykończenia. Powiem Wam szczerze, że to chyba było największe… pozytywne rozczarowanie. Bo moje nastawienie było dość sceptyczne. Zważywszy, że produkty JLO są droższe niż wersja podstawowa (płacisz 3 złote więcej).

Po szybkim przeglądzie i swatchowaniu kolorów, doszłam do wniosku, że z przyjemnością zgarnęłabym całą kolekcją dla siebie. Kolory może nie są rewolucyjne, ale dobrze przemyślane. Trzymamy się raczej w ciepłej, uniwersalnej tonacji. Nie ma szaleństwa, ale są perełki.

Dla mnie numerem jeden okazał się bordowy Crimson. Ma w sobie drobinki, które jednak po roztarciu znikają. Ale jego największa moc kryje się w możliwości intensyfikowania barwy. Mój makijaż oka (nie licząc linera i tuszu do rzęs), to wyłącznie produkty z kolekcji Jenny. Cień może być lekkim transferem, wyrazistym kolorem podkreślającym załamanie czy kąciki oczu. Nawet używany samodzielnie, stworzy wielowymiarowy efekt na powiece. Jest wyśmienity!

Barwa Copper to piękny, metaliczny rudy cień pięknie wydobywający każdy kolor tęczówki. Bez trudu naniesiemy go palcem, syntetycznym pędzlem. I jego moc jest równie intensywna niezależnie, czy zaaplikujemy go na sucho, czy mokro. Te dwie barwy sprawiły, że mam ochotę jeszcze raz zajrzeć do Inglot, i wybrać dodatkowe cienie do własnej kolekcji.


Pure Pigment J403 Ethereal
2g / 49zł


Różowo-czerwony pigment z drobinami o nazwie Ethereal nanosimy na powiekę przy pomocy syntetycznego pędzla na mokro lub na klej do brokatu. Pięknie się mieni (ni to złoto, ni srebro, ni fiolet), jest trwały, ale nieco się osypuje przy aplikacji. Oczywiście nie jest to zaskoczenie, bo to taki typ produktu.

Pigmenty z zestawienia od Jenny są bardzo twarzowe, ale kolorystyka bezpieczna. Miałam spory kłopot z wyborem, bo po swatchowaniu całej gamy (mamy pięć pigmentów) widzimy, że większość z nich to złoto-czerwone barwy. Ładne, pożądane, ale może troszkę nudne? Choć bez wątpienia niezwykle twarzowe.

W tym makijażu, pyłku użyłam do podkreślenia wewnętrznej części powieki. Pigment bez trudu może stać się dla Was rozświetlaczem, jeśli tylko macie ochotę na bardziej różowy glow.


Livin’ The Highlight J201 Radiant
2,5 g / 58zł


Największa nadzieja całej kolekcji, bo co jak co – JLO lubi piękny glow. Jej cera zawsze zachwycała blaskiem, więc zapożyczenie odrobiny lśnienia kusi. I co? Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że rozświetlacz może być również cieniem do powiek. Ma sypką formułę, bardzo podobną do pigmentu (ale skład inny, sprawdziłam!).

W opakowaniu z czarną matową nakrętką (szybko się niestety palcującą) znajdziemy puszek do aplikacji, który według mnie nadaje się raczej do całego ciała, a niekoniecznie na szczyty kości policzkowych. Ja zdecydowanie wolę wysypać odrobinę rozświetlacza do nakrętki i… prysnąć doń fix plusem. Błysk jest wówczas szaleńczy, co widzicie na zdjęciach. Jest to naprawdę piękna, nie ciastkująca się tafla.

Oczywiście możemy nakładać go na sucho, efekt jest piękny i widoczny, ale bardziej subtelny. Przyznam się, że osobiście nie jestem fanką rozświetlaczy pyłkowych, wolę wersje sprasowane, bo mam wrażenie, że nie marnuję kosmetyku. Z sypkimi produktami bywa tak, że często zdarza się nam wyspać nieco za dużo kosmetyku. Ale kontrargument jest prosty: sypki rozświetlacz można zmieszać z każdym balsamem do ciała. I to też jest świetny patent na złoty błysk w kolorze Radiant.


I co ja na to?


Mówiąc szczerze, to jestem rozczarowana… ciszą, jaka jest wokół kolekcji Jenny i Inglota. Mam wrażenie, że ani polska część internetu, ani koleżanki po fachu zza granicy, nie zostały zelektryzowane współpracą. A szkoda, bo choć cała kolekcja nie jest bardzo odkrywcza, to jednak jakość kosmetyków jest wysoka, kolory piękne i twarzowe. No i sama ambasadorka inspirująca.

Zachęcam gorąco, by nie kupować produktów online, bo potencjał widać dopiero, kiedy stanie się przy szafie z kosmetykami. Zwłaszcza, że szminki i błyszczyki to lubiane przez większość nudziaki, a pudry do brązowienia i konturowania Inlglot cieszą się niesłabnącą, dobrą opinią.


Jestem ciekawa, czy macie coś z kolekcji? Albo chcecie kupić?


 

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x