Koreanki wcale nie stosują 10 kroków pielęgnacji! Wolą SKIP-CARE. Na czym to polega + moje ulubione kosmetyki {#TydzienPielegnacji}

Koniec z oklepywaniem się siedmioma warstwami toniku, używania trzech różnych serum jedno na drugie i codziennych marek w płacie. Aż chciałoby się rzec – nareszcie. Skip-care to nie jest nowy trend, ale wreszcie dotarł do mainstreemu i na dobre się tam rozgościł. Ma wiele zalet: uprasza pielęgnację i sprawia, że jest też tańsza i produkuje mniej śmieci. To azjatycki minimalizm, który w połączeniu z jakością ich kosmetyków daje naprawdę świetny rezultat w pielęgnacji.


Dlatego opowiem Wam pokrótce czym się różni skip-care od dawnej pielęgnacji koreańskiej i pokażę swoje ukochane azjatyckie kosmetyki.



Czym jest skip-care?


Najprościej mówiąc: to pielęgnacyjny minimalizm. Tylko w odróżnieniu od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie, nie rezygnuje się w ramch rutyny z tych najważniejszych kroków (z których azjatycka pielęgnacja słynie). Dlatego nawet w ramach skip-care pojawiają się oddzielne kosmetyki do demakijażu – słynne koreański i japońskie olejki lub balsamy do demakijażu. Nadal (i chwała im za to!) nie ma dziennej rutyny bez wysokiego filtra UV, a podstawą każdej pielęgnacji jest odpowiednie nawodnienie i nawilżenie.

Mniejszy nacisk kładzie się na składniki aktywne tak modne u nas (retinol, kwasy, wysokie stężenia witaminy C czy najnowocześniejszych peptydów). Choć oczywiście jeśli mamy potrzebę, kosmetyki z nimi łatwo w rutynę skip-care wkomponować. Byle nie za dużo, nie wszystko na raz. Bo skip-care ceni łagodne obchodzenie się ze skórą, wspieranie jej bariery obronnej. I na pierwszym miejscu stawia ochronę, zapobieganie i balans.

Pielęgnacja skip-care stoi w kontrze z używaniem kosmetyków jednoskładnikowych, np. serum (na przykład The Ordinary) – takich, które trzeba nakładać po kilka w jednej pielęgnacji, by ona była kompletna. Ale daje też duże pole do popisu induwidualistom – nie ma jednej, popularnej liczby kroków pielęgnacji (w przeciwieństwie do dawnego trendu 10 kroków), ilość kosmetyków i etapów pielęgnacji każdy dobiera sobie sam na podstawie potrzeb skóry.

Brzmi rozsądnie, prawda?


Pielęgnacja 10-etapowa, a skip-care


Moja ulubiona różnica: koniec z codziennymi maskami w płacie. Wiem, że w Polsce mało kto ich tak często używał, ale i tak cieszy mnie ta zmiana. Ilość odpadów z takich masek jest po prostu za duża. Pewnie, że maseczki są fajne i warto ich używać ‚ratunkowo’ lub przed ważnym wyjściem. Ale na co dzień wystarczą inne kosmetyki, albo maski, które robicie sobie same (z esencji).

Duże znaczenie ma też aspekt ekologiczny (ilość śmieci, jakie generują opakowania kosmetyczne jest ogromna!) i uproszczenie pielęgnacji, dzięki czemu jest ona łatwiejsza i tańsza.

Na tej grafice rozpisałam, czym różni się pielęgnacja 10-etapowa od nowej koreańskiej 4-etapowej skip-care:


A co ją różni od zachodniej pielęgnacji?


Przede wszystkim produkty! To, jak są pomyślane i formułowane kosmetyki. To, jakie składniki są w nich najpopularniejsze i jakie funkcje mają pełnić. Azjatyckie balsamy do demakijażu, esencje i kremy z filtrem są naprawdę świetne i inne od polskich, czy zachodnich.

Kosmetyki z Korei, czy Japonii mają też egzotyczne dla nas, a tam tradycyjne składniki (np. ryż, wąkrotkę, filtrat drożdżowy, wyciągi z grzybów czy soi). I mam wrażenie, że nikt tak dobrze nie formułuje produktów z nimi (choć zachodnie marki bardzo się starają), jak azjatyccy producenci. Te specjalności z Azji dotyczą też typów produktów np. pudru oczyszczającego, peelingów celulozowych czy cukrowych, toniko-kremów czy masek nocnych. Trudno znaleźć podobną ich jakość na rodzimym rynku.

Tonik i krem nawilżający w jednym? Takie rzeczy tylko w Korei! Płynny krem Laneige ma status kultowego, doczekał się kilku naśladowców (np. Dr. Jart) i choć minęły lata od premiery wciąż jest hitem!

Dlatego przygotowałam ściągawkę – listę ciekawych, skutecznych i uniwersalnych kosmetyków azjatyckich, które są moimi ulubieńcami i jednocześnie to właśnie na nich zbudowałam swoją obecną rutynę pielęgnacjyjną. Jeśli jesteście ciekawi, czego teraz używam – głównie tych rzeczy.


1/ Podwójne oczyszczanie


W kwestii mycia i demakijażu ski-care nie idzie na ustępstwa. Oczyszczanie jest kluczowym elementem całej pielęgnacji i mimo jej uproszczenia nadal składa się z dwóch produktów. Chwała za to Azjatom, że nie tylko promują podwójne oczyszczanie, ale też dostarczają niesamowite produkty, którymi można je wykonać.

I to wcale nie musi być takie drogie (zauważyliście, że zachodnie balsamy do demakijażu są często znacznie droższe, niż te z Korei?), ani trudno dostępne. Najpopularniejszy koreański cleansing balm Banila Co. Clean It Zero kupicie od Cosibelli, przez Notino, aż po Zalando! A mój ostatni ulubieniec Pyunkang Yul Deep Clear zamówiłam na e-kobieca.

Demakijaż takim balsamem jest prosty szybki, bez pocierania skóry (mogącej prowadzić do uszkodzenia jej lub rzęs), domywa każdy makijaż, a po spłukaniu nie pozostaje na skórze tłusta warstwa. Buzia jest miękka, czysta i gotowa do właściwego oczyszczania: żelem, pianką lub pudrem.

Najbardziej ekscytujący i innowacyjny jest puder, ale zanim o nim – opowiem Wam o piance, która jest absolutnie najlepszą, jakiej kiedykolwiek w życiu używałam. Gęstość piany, jej przyczepność do skóry, niesamowita przyjemność masażu pianką buzi i idealny komfort skóry po umyciu – to jest bajka! Wiele pianek przetestowałam, ale takiej miłości jak do Neogen Real Fresh Foam Cereal (z z całymi ziarenkami ryżu w buteleczce) nie zaznałam jeszcze nigdy. Cena 54 złotych za to cudo jest jak jak życiowa okazja.

Jeśli lubicie ciekawe kosmetyki, a do tego wielofunkcyjne – koniecznie spróbujcie pudrów oczyszczających. Te azjatyckie (szczególnie japońskie) są naprawdę świetne. Puder oczyszczający NIE JEST peelingiem mechanicznym. To proszek składający się głównie ze skrobi (ryżowej, kukurydzianej itp.), łagodnych detergentów oraz ekstraktów. Gdy ma dodatek enzymów jeszcze dodatkowo delikatnie złuszcza. Dobry puder to ten, który po dodaniu wody (porcję proszku wysypujesz w zagłębienie dłoni i dodajesz troszkę wody z kranu) zmienia się w puszystą, delikatną piankę bez ostrych drobinek. Świetnie oczyszcza, jest wydajny i less waste (ponieważ nie zawiera wody jest skoncentrowany i opakowanie zawiera zwykle mniej plastiku). Mój ulubiony azjatycki puder to Kanebo Suisai, a bardzo fajny polski puder produkuje Face Boom.


2/ Esencje


Z całym szacunkiem dla marek zachodnich, ale to jak esencje robią Koreańczycy i Japończycy… czapki z głów. Azjatyckie esencje podobne do toników tylko z konsystencji. Bo skład, koncentracja i ilość benefitów dla skóry jest zwykle dużo większa.

Mam w kategorii tonik/esencja aż troje ulubieńców. I żonguję nimi w zależności od pory roku i stanu cery. Natomiast każda z tej trójki dowodzi, że kosmetyki wielofunkcyjne to świetne rozwiązanie i dobrze dobrany ten jeden produkt potrafi zastąpić kilka innych.

Esencja Neogen Real Ferment Micro Essence to moje ostatnie odkrycie. Reprezentuje rodzinę first essence, czyli typu esencji wodnistych, o konsystencji toniku. Taka esencja powinna być pierwszym krokiem pielęgnacji po myciu. Zastępuje tonik, ale jest od niego bardziej skoncentrowana. Dzięki fermentowanym składnikom o drobnych cząsteczkach doprowadza nawodnienie głębiej do naskórka i w ten sposób sprawia, że cała rutyna pielęgnacyjna jest bardziej skuteczna. Taka esencja jest też na tyle pełna składników rozjaśniających, redukujących przebarwienia, czy balansujących, że cerom mieszanym/tłustym zastąpi też serum.

Moje ulubione, poza Neogen to: Missha Time Revolution, Secret Key (koniecznie edycja Rose) oraz Hera.

Na drugim biegunie toniku/esencji jest płyn gęsty jak serum. Bomba nawilżenia z kwasem hialuronowym z 3, 4, a nawet 5 formach. I do tego jeszcze ze składnikami wyrównującymi koloryt cery.

Hada Labo robi najlepsze toniki hialuronowe w dobrych cenach. Co prawda warianty dostępne w polskim Rossmannie nie są aż tak silne, jak te z rynku japońskiego, ale na zapoznanie się z marką wystarczą. Jeśli wersję polską uznacie za niezłą, uwierzcie – japońska jest fantastyczna! Można ją zamówić przez internet. I warto. Japońskie lotiony Hada Labo mają nie tylko kilka wariantów (zależnych od ilości form kwasu hialuronowego i dodatkowych składników) ale i dwie wersje konsystencji – lekką i bogatą. Ja uwielbiam tę bogatą – jest idealnie gęsta i turbo nawadnia skórę. To jest też idealny wariant do robienia domowych masek w płacie. I do używania lotionu jako serum.

Mój ukochany wariant – Hada Labo Premium Whitening Rich (niebieska butelka) to nie tylko morze nawilżenia, ale też dodatek łagodzącego niacynamidu i rozjaśniającej alfa-arbutyny. Wszystkiego czego mieszana, skłonna do przebarwień i wyprysków cera, potrzebuje na co dzień.

Trzeci hit z kategorii tonikopodobnych to wspomniany już powyżej tonik-krem Laneige Cream Skin. Dowód na to, ze można połączyć produkty, które robią zupełnie inne rzeczy. Jeśli myślicie, że to jest po prostu jeden z tych modnych mlecznych toników (jak Bielenda Supremelab, czy tonik Kylie) to dajcie się wyprowadzić z błędu. Ona działa zupełnie inaczej. Aplikując czujecie tonik, potem przy wklepywaniu dzieje się magia i na skórze pozostaje warstewka autentycznie identyczna jak ta, którą mamy po kremie nawilżającym.


3/ Maseczki


Nikt się nie zdziwi, gdy napiszę, że koreańskie maseczki są bardzo dobre. Może nawet najlepsze. Jest z nimi inny problem – ilość. Marek i wariantów jest tak dużo, że naprawdę łatwo się pogubić. I skończyć z produktami przeciętnymi w koszyku.

Te w płacie zwykle są po prostu ok nawilżaczami, a przy okazji fajnie koją skórę. Z kremowymi bywa już różnie – zwykle najlepsze to te na noc, czyli sleeping mask. Jedna z najlepszych to Laneige (używałam już w kilku wersjach, teraz mam zieloną i jest wspaniała).

Ale chciałam zwrócić Waszą uwagę na maski Skin79. Testowałyśmy je przy okazji zasiadania w jury nagród kosmetycznych i obie byłyśmy zachwycone jakością – zarówno masek w płacie z serii Jeju, jak i masek algowych. Te ostatnie to chyba najlepsze jakie znam. A że Skin79 prężnie w Polsce działa, to i ceny są przystępne (właśnie weszłam na stronę Skin79, by Wam dodać linki do wpisu, a tam promo -50% na wszystko. Maski w płacie za 7 zł, algowe za 27,50 – naprawdę świetne ceny).


4/ Kremy z filtrem


Jedyna kategoria, w której nie do końca uważam, że akurat azjatyckie produkty są naj jeśli chodzi o skuteczność. Musicie wiedzieć, że europejskie i australijskie przepisy dotyczące kosmetyków z filtrami przeciwsłonecznymi są lepsze, a produkty często mają bardziej innowacyjny skład. Natomiast jeśli chodzi o łatwość stosowania, konsystencje i dodatkowe bonusy pielęgnacyjne – Japończycy są mistrzami kremów z SPF, po których nie tylko nie widać, że są z filtrem, ale wręcz zachowują się lepiej, niż zwykłe kremy.

Mój ukochany SPF zimowy to Skin Aqua w pięknym liliowym odcieniu. Dzięki tej barwie koryguje poszarzałą cerę i dodaje jej blasku, lekko też rozświetla. Przy tym jest niesamowicie lekki, ale też zastygający. Pięknie się trzyma skóry i stanowi też bardzo dobrą bazę pod makijaż.

I o ile w góry zimą, czy na wakacje zabrałabym jednak europejski filtr, to jako krem miejski japoński SPF spisuje mi się doskonale. Nie on jeden – w tym wpisie znajdziesz moją listę ulubionych japońskich kremów przeciwsłonecznych.


A jaki jest Twój ulubiony kosmetyk azjatycki?


Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x