Zjazd kosmetycznych absolwentów – czy nadal potrafią oczarować?

Pewnie większość z nas spędziła ostatnio chwilę czasu na sprzątaniu. Niektórzy myją okna, inni wietrzą szafy, a ja zanurzam się w prawdziwą otchłań. Czyli moje prywatne zasoby kosmetyczne. Na story pokazywałam Wam sprzątanie palet cieni, w planach mam na pewno jeszcze podejście do zbiorów szminek.

Porządki sprawiły, że wyciągnęłam sporą ilość kosmetyków, których daty zużycia są dawno za nami. Przy produktach “mokrych” nie oglądałam się ani przez chwilę – wszystko grzecznie lądowało w koszu (szczęśliwie – większość ulubieńców miała denko). Natomiast kosmetyki pudrowe (cienie, róże, etc.) zainspirowały mnie do tego, by sprawdzić, czy ulubieńcy sprzed lat, nadal będą robić na mnie wrażenie.


Wyciągnęłam więc kilkanaście produktów i zrobiłam im zjazd absolwentów!



Robię sobie cerę!


Po dokładnym przeszukaniu komody i toaletki, i po skompletowaniu pełnej kosmetyczki dawnych ulubieńców, zdałam sobie sprawę, że na przestrzeni lat, zminimalizowałam ilość używanych przeze mnie produktów.

I tak, np. kiedyś nie wyobrażałam sobie makijażu bez bazy zwężającej pory od Benefit – Porefessional, a teraz sięgam po nią z rzadka. Jak się okazało – nadal robi świetną robotę, bluruje najbardziej widoczne pory i daje efekt cery jak u lalki.

Dzisiaj jeśli sięgam po primer, to zazwyczaj jest to mocno nawilżający kosmetyk, i podobnie jak kilka lat temu, często wybieram Strobe Cream od MAC. To jest jeden z tych ulubieńców, który mimo upływającego czasu, nie idzie w odstawkę. Nałożyłam go jak dawniej, na całą twarz, z wyłączeniem policzków, gdzie wylądowała baza Benefit. 

Jako dawnego podkładowego ulubieńca wybrałam Studio Skin od Smashboxa. Uniwersalny, ładnie kryjący, dający naturalny efekt i trwały fluid, był kiedyś towarzyszył mi niemal każdego dnia. Dlaczego używam go rzadziej? Przede wszystkim względu na ogromną ilość nowości, jaka “przechodzi” przez moją twarz. Bo przecież, by coś dobrze przetestować, trzeba odstawić na półkę ulubieńców. A potem pojawia się kolejna nowość, i kolejna… Dodatkowo, przez ostatnie półtora roku odkryłam w sobie chęć chodzenia bez podkładów, w ogóle. 

Jak sprawdził się Studio Skin? Bezbłędnie. Cera wyglądała idealnie i oczywiście zadałam sobie pytanie – kolego, dlaczego widujemy się tak rzadko? Czas to zmienić.

Inaczej będzie z korektorem NYX HD Wand Glow – z nim pożegnam się bez sentymentu. Jest dość ciężki, dobrze kryje, ale oksyduje i na dodatek trzeba było szybko go rozcierać, bo zastyga w mgnieniu oka. Dziś bez trudu znajdziemy lepsze i tańsze zamienniki. 


Wszystkie pudry, które użyłam


Sypki puder Ultra HD od Make Up For Ever ma od lat skrajne opinie, ale ja zawsze go lubiłam. Świetnie zmielony, niesamowicie mocno wygładzający skórę. Nie nosiłam go od dawna, i tuż po nałożeniu (strefa T, pod oko) odrazu zauważyłam, jak upiększa skórę i „zmiękcza”. Niestety, ma też tendencje do podkreślania suchości, a nałożony w nadmiarze potrafi nieestetycznie wybielić skórę. Ale…

Jest i sposób na niego. Wystarczy lekka ręka (nie zapiekamy, tylko omiatamy okolice pod oczami czy czoło, nos) i dobry towarzysz. A są nim kultowe perełki Guerlain, czyli Meteoryty. Tutaj trochę oszukuję – to stary ulubieniec, ale i on nigdy nie wyszedł z mojego użycia. Grubym pędzlem rozprowadzam je na całej buzi. To dla mnie, w tym momencie, opcja makijażu na wieczór, ale za to bardzo trwała.

Jako bronzera użyłam Too Faced – Chocolate Soleil i zdecydowanie jest on dla mnie za ciepły. Ładnie się rozciera, pięknie pachnie, ale absolutnie nie jestem w stanie używać go samodzielnie, bez chłodniejszego produktu na kontur.

Do prawdziwych klasyków należy również róż Orgasm od NARS. Brzoskwniowo-różowy kolor z mikrodrobinkami robi nadal tak samo dobre wrażenie, jak kilka lat temu. To odcień, które pasuje niemal do każdego makijażu i karnacji. Użyłam go z przyjemnością i pozostawiam na toaletce, by sięgać po niego częściej.

Szybciutko załatwimy sprawę dwóch rozświetlaczy, które również nadal lubię, jak się okazało. MAC – Lightscapade to prawdopodobnie pierwszy rozświetlacz, jaki kupiłam w życiu, i nadal zachwycam się jego subtelnym, eleganckim rozświetleniem i jakby rozmiękczeniem cery. Przy okazji, może być on zmiennikiem perełek z Guerlain, tylko trzeba nanosić go na twarz bardzo grubym pędzlem.

Drugi hit, to Urban Decay – Naked Illuminated. Chłodny, z mocną drobiną, ale pozbawiony bazy. Czyli coś, co po latach zaproponowało Fenty Beauty (w wersji Diamond Bomb). Po nałożeniu kosmetyku na ciało, pozostaje tylko błysk. Pięknie mieni się na dekolcie.


Sprawa oczu i brwi


Ten błysk to cień Cameleon z Douglas. Niestety, nie do kupienia, więc pomijam w recenzji. Ok?

Jestem posiadaczką tłustych powiek, więc muszę mieć bazę, by cienie się ładnie trzymały i nie rolowały. Sięgnęłam po Smashbox 24hour Photo Finish, czyli bezbarwny primer przedłużający trwałość cieni. Kiedyś po aplikacji zawsze omiatałam powieki bezowym cieniem, dziś nanoszę kredkę czy cienie bezpośrednio na przygotowane oko. Baza nadal spisuje się na medal.

Podobnie jak paletka matowych cieni Smashbox – Photo Matte Eyes. To mieszanka ciepłych i neutralnych kolorów, które bez problemu rozcieram, dokładam, mieszam i zwyczajnie – bawię się nimi. Wydaje mi się, ze dla wielu może okazać się zbyt zwykła, zbyt nudna, ale jednocześnie znajdzie się grono fanów „nudnych” nudziaczków. Jakość cieni – bezbłędna. I okazuje się, że już jest nie do kupienia (szit!).

Cienie mają jeszcze taką zaletę, że możecie śmiało malować nimi brwi (i to zrobiłam), a także stworzyć nimi kocią kreskę dodając odrobinę fixera. Jeśli chodzi o brew, to dodatkowo wyczesałam ją benefitowym Gimme Brow, do którego też co jakiś czas wracam. Kiedyś jedyny taki na rynku, a dziś… nadal świetny, choć już z silna konkurencją.

Ostatnie muśnięcie oka – „wszystkorobiący” tusz MAC In Extra Dimension. I tak – zgadzam się, że jest ultra czarny, ładnie pogrubia, ale ja wiem, że jeśli chodzi o wydłużenie, to mogę wyciągnąć jeszcze więcej (np. They’re Real od Benefit).

Na dolną powiekę ląduje żelowa kredka Marca Jacobsa. Od lat ulubiona, trwała, łatwa we współpracy. Choć tutaj muszę napomknąć, że ma bardzo taniego odpowiednika – Glimmerstick od Avon.


Ulubione usta


Kiedyś był to mój duet idealny, a szminka ta przez długi czas kojarzyła się Wam ze mną. I wiemy, że mnóstwo osób kupiło ją właśnie #przezblessy. Jaki to kolor? Ano, Lovecraft od KVD Beauty (dawne Kat Von D). Generalnie jest ona bardziej różowa, niż to co widzicie na fotce, bo nieco trupi odcień daje jej szara konturówka MAC w kolorze Stone. Doskonała, najlepsza na świecie, niezawodna. Wspólnie tworzą moje ukochane kombo.

W sprawie szminki mogę jeszcze tylko tyle powiedzieć, że od momentu zmian personalnych w marce KVD nie miałam okazji testować żadnych produktów, ale ufam, iż formuły pozostały bez zmian.


No dobra… to było kilku moich dawnych ulubieńców, którzy całkiem nieźle wypadli „po latach”. A jaki jest Wasz klasyk, który mimo upływu lat (i zużytych kosmetyków) nadal robi efekt wow?


Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x