Hity z USA wreszcie w Polsce! Fresh Beauty i Milk Makeup – co kupić, co odpuścić?

Znacie to uczucie zawodu, oglądając na Instagramie bardzo zachwalane kosmetyki, których nie możecie mieć? Zarówno Fresh, jak i Milk Makeup nie dało się do niedawna kupić w Polsce. Milk nawet nie można było sprowadzić z Wielkiej Brytanii (marka nie zezwoliła na dystrybucję swoich produktów poza granice UK)! Ale na szczęście te czasy minęły i w polskiej Sephorze są już dostępna obie marki. My – rzecz jasna – kupiłyśmy i przetestowałyśmy sporą część z nich. I w tym wpisie damy Wam znać, które uważamy za warte uwagi (choć nie zawsze wydanych pieniędzy ;)).


W totalnym skrócie: Milk to moja nowa miłość, a w gamie Fresh są zarówno hity, jak i kity.



Milk Makeup – zupełnie nowe podejście do pielęgnacji.


Naprawdę po tylu latach obcowania z kosmetykami (tu na Bless, ale też w marce kosmetycznej) nie sądziłam, że coś mnie jeszcze tak zaskoczy. Jestem absolutnie zachwycona zarówno samymi produktami (o nich za chwilę), jak i podejściem Milk do pielęgnacji, makijażu, wizerunku marki i osób, które są jej klientami.

Milk to studio fotograficzne w Nowym Jorku (teraz też w LA) oraz agencja kreatywna. Kosmetyki, które powstały jako Milk Makeup (nazwa jest nieco myląca, bo brand ma niemal tyle samo pielęgnacji w ofercie, co makijażu) miały z założenia być przydatne w pracy w studio fotograficznym czy na planie zdjęciowym (co tłumaczy m.in. dlaczego tak wiele produktów ma formę sztyftów). Mają być więc użyteczne, ale też dawać wiele możliwości ekspresji. Milk produkuje kosmetyki wegańskie, cruelty free i unisex. Marka stawia na ciekawe składy i łatwe w pracy konsystencje. Kosmetyki mają być nieskomplikowane i intuicyjne w użyciu, często są wielofunkcyjne.

Tyle teorii. Teraz czas na zachwyty! Zestaw miniatur sztyftów (to też jest super w marce, że oferuje fajne mini wersje kultowych produktów – do przetestowania albo w podróż) kupiłam w dniu premiery marki w Sephorze i już po pierwszym użyciu pędziłam do komputera jak szalona zamawiać od razu ich pełnowymiarowe wersje. Naprawdę nie sądziłam, że usunięcie z kosmetyku większości wody, dodanie lekkiego silikonu, kilku (lub kilkunastu) powszechnie uznanych za efektywne składników roślinnych i umieszczenie tej mikstury w sztyfcie da tak rewelacyjne efekty.

Moje absolutnie ukochane trio pielęgnacyjne, którego używam z wielką przyjemnością, to Matcha Tonic (tonik w sztyfcie z wyciągiem z zielonej herbaty, oczaru, opuncji figowej, rozmarynu i fermentu ryżowego – czy to nie brzmi jak wymarzony skład toniku z pielęgnacji azjatyckiej? Brakuje tylko wąkrotki ;)), Brightening Serum (z wyciągiem z arbuza, jabłka, pomarańczy, poziomki, śliwki, soczewicy, cykorii, nawilżającym mleczanem sodu, lecytyną, proteinami ryżu, peptydami, akacją senegalską) oraz Cooling Water (sztyft nawilżająco-energetyzujący z wodą morską i kofeiną).


Przeczytaj także: dlaczego warto przechowywać kosmetyki w lodówce>


Ta trójka nakładana po sobie daje pełny rytuał pielęgnacyjny na twarz i pod oczy. Daje nawilżenie, wyrównuje poziom PH skóry, działa przeciwrodnikowo i walczy z opuchnięciami na twarzy. Kosmetyki dają też lekki efekt chłodzący (jeszcze lepszy, gdy włożycie je do lodówki) i lekko matowy, gładki efekt po aplikacji. W zasadzie nie wymagają wmasowywania, szybko wchłaniają się w skórę. Są świetną bazą pod makijaż, ale i na noc sprawują się zaskakująco dobrze. Aby spotęgować uczucie nawilżenia nakładam je na zwilżoną skórę (mgiełką lub esencją) i naprawdę niczego więcej do szczęścia moja skóra nie potrzebuje. Kolorowe sztyfty spodobają się też mężczynom i nastolatkom.

Do tego zestawu hitów dorzucę jeszcze bardzo fajną maseczkę Brightening Mask (nawilżająco-oczyszczającą, także z antyoksydantami). Jest super! Każdy duży sztyft ma pojemność ok. 30 gramów (i kosztuje ok. 85-99 zł), natomiast minisy mają gramaturę 6,25 gr i kosztują 55 zł.

A jeśli jesteście ciekawe kolorówki, to podpowiem tylko, że zarówno róż, jak i rozświetlacz w sztyfcie też mam i są super, baza pod makijaż natomiast mnie nie porwała (i w sumie jest niepotrzebna, jeśli nakłada się pielęgnację Milk pod makijaż). Ach i tusz! Bardzo dobry!


Fresh Beauty – ciekawe, ale często za drogie


Sporo czasu już minęło od premiery Fresh w Polsce, ale dopiero po Waszych prośbach zdecydowałam się kupić i przetestować kilka(naście) produktów. Dlaczego? Głównie ze względu na ceny, które wydawały mi się przesadne w stosunku do składów kosmetyków, podawanych na stronie. I powiem Wam szczerze, że choć żyję w przyjaźni z wieloma z freshowych produktów i naprawdę je lubię, nie wiem, czy kupię je ponownie. Ale po kolei…

Fresh jest marką amerykańską, ale widać, że czerpie z tradycji pielęgnacji europejskiej i azjatyckiej. Większość kosmetyków jest produkowanych we Francji. Większość  zawiera składniki popularne w Azji. Marka wygląda na kosmetyki naturalne, ale w rzeczywistości łączy podejście pielęgnacji naturalnej i funkcjonalnej. Kosmetyki zawierają sporo ekstraktów roślinnych, witamin, wyciągów owocowych. Wszystkie, których próbowałam, miały bardzo luksusowe konsystencje, ładne, jakościowe opakowania (część ze szkła, część z plastiku), a także piękne zapachy (czasem za mocne, ale to już historia na inny wpis – bo mam nadzieję, że jesteście świadome faktu, że zapach w kosmetyku ma potencjał drażniący skórę i tak naprawdę im go mniej, tym lepiej).

Mocną stroną marki są maseczki. Faktycznie, po wypróbowaniu trzech widzę, skąd ich popularność. Bardzo wydaje (wystarczy cieniutka warstwa), działają wielokierunkowo (każda nawilża, rozświetla, odświeża, rozjaśnia) i dają natychmiastowy efekt po aplikacji. Moją ulubioną jest Black Tea Instant Perfecting Mask (30 ml/169 zł). To jest, proszę Państwa, samograj. Robi wszystko. Oczyszcza, nawilża, chłodzi, ujędrnia i rozjaśnia. Znakomita rano, pod makijaż.

Bardzo polubiłam też nawilżająco-rozświetlającą maskę Lotus (30 ml/119 zł) z algami morskimi. Ta z kolei jest najlepsza wieczorem. Jest jak kompres regenerujący skórę po ciężkim dniu. Efekt gładkiej, mieciutkiej skóry, która naprawdę aż promienieje, jest widoczny już po 5 minutach w maseczce. Trzecią, najmniej udaną jest maseczka  Vitamin Nectar (30 ml/119 zł), złuszczająco-rozświetlająca z kwasami owocowymi i witaminą C. Działa, ale zbyt delikatnie jak na moje standardy (nie jest tak skuteczna, jak czerwony diabeł z The Ordinary). I ma dużo skórek cytrusowych, które sprawiają, że aplikacja wymaga większej ilości produktu. Maseczka jest przez to mniej wydajna, niż pozostałe.

Dla równowagi opowiem Wam o dwóch produktach, które bardzo lubię i kupię ponownie. Pierwszym jest rewelacyjna esencja Black Tea Kombucha (50 ml/169 zł). Małe opakowanie, ale to produkt superwydajny (konsystencja wody, nakłada się kilka kropel na dłonie i aplikuje na twarz delikatnie wciskając produktów skórę) i bardzo, bardzo skuteczny w rozświetlaniu cery i ujednolicaniu jej kolorytu.

Mój drugi hit to… żel oczyszczający z cukrem. Sama się sobie dziwię, bo nic nie zapowiadało miłości do tak bazowego produktu. W przeciwieństwie do przereklamowanego żelu do mycia twarzy Soy Face Cleanser (naprawdę działa jak Soraya za kilkanaście złotych), truskawkowy żelo-peeling Sugar Strawberry Face Wash (125 ml/165 zł) włączyłam do stałej pielęgnacji. Najpierw wypróbowałam miniatury, teraz kupiłam już pełnowymiarowy produkt. Być może to magia soku i olejku z truskawek, może przyjemny masaż cukrowymi kryształkami, a może efekt wyciągów owocowych, ale za każdym razem, gdy myję nim twarz (używam do porannego mycia buzi), cera jest tak promienna, nawilżona i jędrna, że aż uśmiecham się do lustra.

Napiszę Wam jeszcze o kosmetykach, o których nie mam jednoznacznej opinii – kremie różanym i kremie z lotosem. Oba mają cudowne konsystencje i pięknie nawilżają skórę. Tyle, że… póki co nie uczyniły dla mnie niczego więcej. Z kolei w poczet bubli na pewno trafić powinien balsam do ust Sugar Lip Treatment (4,3 gr/129 zł), absolutnie nie jest wart ceny! Zwykły sztyft nawilżający, który nie jest ani w części tak skuteczny w regeneracji, jak połowę tańszy Lanolips. Zawiodła mnie też maseczka różana – nie czyni nic poza nawilżeniem, za to ma tak mocny zapach, że trudno w niej wytrzymać.

Ach zapomniałabym! Czym jest recenzja Fresh bez wzmianki o toniku różanym! Rose Deep Hydration Facial Toner to najpopularniejszy produkt marki, w niektórych kręgach legendarny. Ja bym z tą legendą podyskutowała. Bo choć zużyłam całe opakowanie 100 ml i bardzo go lubiłam (zastępował mi tonik i serum, bo zawiera nie tylko wodę różaną, ale też ekstrakt i olejek z tego kwiatu, miał naprawdę mocno nawilżające działanie), to moim zdaniem esencja Black Tea jest znacznie lepsza, znacznie bardziej warta ceny. Esencja jest kuracją, podczas gdy tonik tylko nawilżaczem. I to mocno perfumowanym, z płatkami w środku, które wymagają użycia większej ilości niepotrzebnego skórze konserwantu.


A jakie są Wasze hity i kity Fresh i Milk? Może znacie coś, czego nie miałam jeszcze okazji testować?


A jeśli planujecie kupić coś w Sephorze w najbliższym czasie, podrzucamy kody rabatowe (które działają na Milk i Fresh): kod AFI919 (10% rabatu) lub AFI9519 (15% rabatu przy zakupach powyżej 220 zł). Kody działają do 30.09.19 i pochodzą z programu afiliacyjnego Awin.

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x