O tym jak ukradziono zdjęcie z Bless the Mess ( z dobrym finałem)

O tym, że internet to prawdziwa studnia bez dna nie muszę Was przekonywać. Doskonale wiemy, że to co wpuszczamy do sieci może być odnalezione na drugim końcu świata i użyte w sposób tak zaskakujący dla autora, że aż trudno sobie wyobrazić. Hej, przyznajmy się – nikt z nas nie jest święty i zdarzyło się mu wykorzystać cudze zdjęcie – ot choćby do prezentacji na studia czy szkoły. Co prawda ci bardziej skrupulatni nauczyciele powinni wymagać podania źródła i autora, ale przecież gdyby tak było, to w zasadzie nie istniałby problem.

Wczoraj dostałam obuchem w głowę. Kilkanaście minut po tym jak pojawił się post konkursowy z Douglasem na blogu i fejsie zauważyłam wpis na ścianie Doroty Wróblewskiej, którą obserwuję. Jakież było moje zdziwienie, że dziennikarka użyła mojego zdjęcia, które zaledwie chwilę temu opublikowała [zdjęcie u góry]. Pani Dorota użyła opisując akcję, którą wspiera i organizuje. Na początku zrobiło mi się nawet miło – czy to znaczy, że nas obserwuje? Fajnie! Ale po wczytaniu się w treść zauważyłam, że brakuje słów o autorze, odnośnika do bloga i post nie ma nic w wspólnego z nami. I tutaj pomyślałam sobie z przykrością – no dobra, czasem ludzie tak mają. Użyją, opublikują i nawet nie wiedzą skąd ta fotka się wzięła w sieci.

Zostawiłam bardzo uprzejmy komentarz pod moim zdjęciem – poinformowałam kto jest autorem, dodałam odnośnik do profilu BtM. I wiecie co? Minęły 24 h i absolutnie ŻADNEJ reakcji redaktorki. Zdjęcie jak wisiało tak wisi, nadal nie jest podpisane. Pikanterii sprawie dodaje fakt, ze dziennikarka od tego momentu wrzuciła kilkanaście kolejnych postów, więc była obecna na swoim profilu.

dd2

W międzyczasie zapytałam znajomych na Facebooku co zrobić ze sprawą – niektórzy zaproponowali wystawienie rachunku, inni mówili o mocniejszych krokach. Jeden powiedział coś bardzo trafnego – ciekawe co by było jakby ktoś skopiował tekst dziennikarki i zapomniał podpisać. Dodatkowo grono znajomych zaczęło lajkować mój komentarz na profilu redaktorki, a także dodawać własne komentarze odnośnie sytuacji. Zatem trudno mi pojąć, iż ktoś mógł nie zauważyć „ruchu” wokół sprawy.

Nie jestem osobą złośliwą, ale naprawdę poczułam się oszukana. Bo ktoś bierze zdjęcie blogowe. Publikuje i ani słowem nie zająknie się o Blessie, a kiedy zostaje upomniany przez kilkanaście osób – nadal milczy.

Wracając do przykładu z  początku tekstu; gdybym wzięła cudze zdjęcie bez podania źródła i spotkała na swoje drodze autora, poczułabym zażenowanie i wstyd. I jak najszybciej zrobiłabym wszystko, by nie czuć się jak ZŁODZIEJKA. Bo jak wiadomo – co z oczu, to z serca. Jeśli autor akurat nie zauważył, to powiedzmy, że osiągnęliśmy wątpliwe moralnie szczęście. Ale autor w tym wypadku bardzo mocno zaznaczył swoją obecność.

No i pozostaje mi nadal ufać, że natłok pracy sprawił, iż Pani Dorota nie zauważyła komentarzy i lajków na swoim profilu… [KLIK]

EDIT:

Zdjęcie zostało usunięte ( z bloga Pani doroty), a my przeproszone.

dd1 dd3

 

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x