KYLIE SKIN już w Polsce! Czy pielęgnacja od Kylie Jenner to scam, czy hit?

Pielęgnacja Kylie Jenner zadebiutowała w Stanach rok temu w atmosferze skandalu. Produkty zostały skrytykowane za kiepskie składy i wysokie ceny, a sama Kylie oskarżona o skok na kasę swoich młodych obserwatorów i zerową wiedzę kosmetyczną (pamiętacie słynny filmik, w którym nieudolnie robiła sobie demakijaż?). Teraz możemy sami sprawdzić, ile w całej KYLIE SKIN dramie było prawdy, a ile prowokacji. Bo kosmetyki najmłodszej siostry z klanu Kardashian-Jenner są już do kupienia w Polsce (w Perfumeriach Douglas).


My przetestowałyśmy całą linię dostępną w PL (6 kosmetyków do twarzy). I dajemy znać, że było warto!



Skąd te kontrowersje?


Wokół pielęgnacji Kylie szum zrobił się z kilku powodów. Pierwszy, oczywisty, to osoba celebrytki (która budzi w USA dość duże emocje, także negatywne. Znana z rozrzutności, przyłapana na przerabianiu zdjęć i kłamstwach na temat naturalnego wyglądu swojej twarzy). Gdy Kylie opowiadała w swoich mediach społecznościowych o tym, jak dba o swoją skórę kosmetykami własnej marki, wiele osób kwestionowało te słowa.

Gdy kosmetyki KYLIE SKIN ukazały się na rynku w USA, krytyka przeniosła się już na same produkty. Wskazywano zbyt wysokie ceny w stosunku do działania i zawartych w formułach składników. Punktowano dodany zapach w niektórych kosmetykach, niespójne hasła marketingowe i potencjalną szkodliwość dla skóry. Najbardziej dostało się dwum produktom: peelingowi (za duże i twarde drobiny orzechów, które mogą uszkadzać skórę) oraz piance do mycia twarzy (reklamowana jako produkt do demakijażu miała nie radzić sobie z jego usunięciem).

To screeny z wideo, w którym Kylie pokazuje brudny ręcznik po użyciu pianki do mycia twarzy. Internauci wyśmiali celebrytkę i jej produkty.

Dopiero po jakimś czasie od premiery, gdy zaczęły się pojawiać nie pierwsze wrażenia, a recenzje po dłuższym używaniu ( i co ważne – recenzje autorstwa influencerów zajmujących się pielęgnacją, a nie makijażowych beauty guru), wizerunek KYLIE SKIN nieco się poprawił. Nie na tyle jednak, byśmy ryzykowały zamówienie ze stanów, obarczone dodatkowymi kosztami cła i długim oczekiwaniem. Postanowiłyśmy poczekać i całe szczęście, bo pielęgnacja Kylie pojawiła się już w Polsce, a dzięki uprzejmości Douglas dostałyśmy całą linię do testów.

O zdumiała nas totalnie ta pielęgnacja, bo nie jest zupełnie tym, czego byśmy się spodziewały!


Ten wpis jest częścią serii #TydzienPielegnacji – merytorycznych artykułów napisanych tak, aby razem tworzyły przewodnik po efektywnej i bezpiecznej pielęgnacji twarzy i ciała. Jeśli borykasz się z problemami z cerą, bądź poszukujesz wiarygodnych rekomendacji kosmetycznych, koniecznie sprawdź inne wpisy Tygodnia Pielęgnacji (tu). A jeśli masz dodatkowe pytania lub propozycje tematów, napisz do nas wiadomość na Instagramie.

A teraz oddzielamy plotki i kontrowersje od kosmetyków…


Staramy się do KYLIE SKIN podejść na poważnie. Co prawda nie da się ich oddzielić od założycielki marki (zaraz wytłumaczymy dlaczego), ale chcemy zrobić recenzję bez uprzedzeń, skoncentrowaną na produktach, tym jak się ich używa i jak się miewa skóra po 2-3 tygodniach pielęgnacji Kylie. Powiemy Wam, co jest w KYLIE SKIN super, co takie sobie, a na co szkoda czasu i pieniędzy.

Warto też wspomnieć czym ta pielęgnacja nie jest. Nie są to kosmetyki naturalne, ani tym bardziej dla wrażliwców. I choć marka czasami sprawia wrażenie, jakby kreowała się na delikatną dla skóry, odpowiednią dla każdego jej typu, to składy temu przeczą. Choć warto dodać, że kosmetyki Kylie są wegańskie, cruelty free, bez glutenu i parabenów.

Jeśli pojawia się kompozycja zapachowa, to jest ona delikatna. Żaden produkt nie jest mocno perfumowany. Składy są raczej bazowe i pozbawione dużej ilości składników aktywnych (wyjątek to serum z wit. C). To pielęgnacja nawilżająca, skrojona głównie dla potrzeb kobiet w wieku 20-30 lat, raczej z cerą normalną i suchą.

Polskie ceny są dość wysokie (średnio około 30 zł wyższe, niż w USA, być może to kwestia opłat celnych i marży sprzedawcy), natomiast nie aż tak wysokie, jak pielęgnacji premium. Warto też odnotować, że pojemności są zwykle większe, niż standardowe, a wydajność każdego produktu bardzo dobra. Jeśli już ma się kosmetyk od Kylie, to posłuży on na długo.


Peeling orzechowy naprawdę jest tak kiepski, jak o nim mówiono


Trudno się nie zgodzić z krytyką tego produktu. Peeling z dużymi drobinkami orzechów włoskich, czyli Walnut Face Scrub (85 gr/126 zł), słusznie porównuje się do drogeryjnego peelingu St.Ives. Drobiny orzechów są duże i ostre.

Proces ścierania martwego naskórka na pewno nie należy do delikatnych i może podrażniać skórę. W składzie nie ma też dodatkowych enzymów, które mogłyby poprawić działanie peelingu i uczynić jego recepturę bardziej współczesną. Zgodną z tym, co w roku 2020 wiemy o wydajnym, a delikatnym złuszczaniu naskórka. Cóż, takimi drobinkami może jesteście w stanie usunąć suche skórki, ale nie oczyścicie porów (drobiny są za duże), a narażacie się na mikrouszkodzenia skóry.


Za to krem pod oczy to bajka!


Dla wszystkich, którzy potrzebują naprawdę porządnego nawilżenia i odżywienia skóry pod oczami, Kylie Eye Cream (17 ml/112 zł) może być super produktem. To krem, który śmiało mogłabym porównać do kultowego Avocado z Kiehls, albo All About Eyes Rich Clinique.

Gęsty, odżywczy, ale też bardzo ładnie się wchłania. Skomponowany w głównej mierze z olejków i masła shea (to się czuje!) bardzo dobrze radzi sobie z przesuszeniem i wiotkością okolicy oka, a także z drobnymi zmarszczkami. A jego delikatny brzoskwiniowy kolor natychmiast koryguje zasinienia i rozświetla spojrzenie. Używam go codziennie z ogromną przyjemnością i jest to w tej chwili mój ulubiony krem pod oczy!


Kontrowersyjna pianka zaskakuje pozytywnie!


Tak, nie nadaje się do demakijażu (nie radzi sobie z mascarą i wyrazistym makijażem oka), ale używana jako drugi etap podwójnego oczyszczania albo do porannego mycia jest naprawdę bardzo dobra.

Jej superpower to wydajność, wystarczy pół pompki do umycia buzi. A o poranku nawet jeszcze mniej! Pianka jest puszysta, a samo oczyszczanie tak miłe, że intuicyjnie masuje się twarz dłużej (i przyjemniej) niż zwykle. Foaming Face Wash (149 ml/135 zł), jeśli chodzi o skład, jest opcją medium. Nie ma tam mocnych drażniących detergentów, ale też zawartość olejku z nasion kiwi czy kwasu hialuronowego nie jest imponująca (na końcu składu, już po substancji zapachowej).


Nawilżający tonik dla cer suchych i odwodnionych


Ze zdziwieniem przeczytałam, że Vanilla Milky Toner (236 ml/126 zł) ma minimalizować wielkość porów. Nie tylko dlatego, że mi tego nie uczynił, ale też po analizie składu (gdzie wszystkie ekstrakty są już po konserwancie, więc jest ich poniżej 1%).

Ten tonik to przede wszystkim gliceryna i skwalan, zatem sprawdzi się (i sprawdza się!) jako tonik nawilżający i ochronny. Jest gęsty, bardzo wydajny, po użyciu pozostawia na skórze warstewkę ochronną (przeciwdziałającą odparowywaniu wody z naskórka). Można go śmiało używać jako produkt 2w1, czyli tonik i serum nawilżające w jednym.

Tonik nie pachnie też wanilią. Raczej delikatnym mlekiem kokosowym.


Bazowy krem nawilżający


Dość gęsty i bogaty w konsystencji, a jednocześnie lekki Face Moisturizer (52 ml/135 zł) bardzo spodobał się Milenie (cera sucha/odwodniona). Podobnie jak w przypadku kremu pod oczu, ten nawilżacz to głównie olejki i masło shea. Będzie się sprawdzał tym z Was, które potrzebują wzmocnienia bariery naskórkowej. Dla cer suchych i normalnych dobry na dzień, a tłuste i mieszane polubią go w wieczornej pielęgnacji.


Serum z witaminą C – bardzo pozytywna niespodzianka!


To jest mały diamencik w kolekcji Kylie. Vitamin C Serum (20 ml/157 zł) jako jedyny z całej gamy KYLIE SKIN robi coś więcej, niż nawilżenie. Co prawda producent nie podaje dokładnej ilości witaminy C w składzie, ale po analizie widać, że jest jej naprawdę sporo (2 miejsce zaraz po wodzie).

A do tego jest to jedna z najnowszych i najlepszych pochodnej kwasu askorbinowego, witamina C tetra (bardziej stabilna od kwasu, a dająca niemal tak samo szybkie i świetne wyniki w rozjaśnianiu przebarwień i odmładzaniu skóry). Przy tym jest to serum o lekkiej konsystencji (to duży plus, bo w przypadku serum z wit. C często produkty są za tłuste, ciężkie, albo trudne we współpracy).


Warto kupić, czy nie bardzo? 


Jesteśmy bardzo zadowolone z używania kremu pod oczy, serum do twarzy i pianki do mycia. Tę trójkę polecamy i pewnie same jeszcze chętnie po nią sięgniemy w przyszłości. Co do toniku i kremu – fajne, ale to nie jest must have. Natomiast przestrzegamy przed peelingiem – ani nie jest wart ceny, ani nie wytrzymuje rynkowej konkurencji (jeśli lubicie peelingi z ziarenkami, postawcie na Tołpę z serii Mikrobiom za 15 zł).

Gdybyśmy miały po naszych doświadczeniach z tymi kosmetykami powiedzieć Wam, dla kogo Kylie zrobiła KYLIE SKIN, wychodzi nam, że dla młodej dziewczyny z cerą raczej bardziej suchą niż tłustą. Takiej, która często się maluje i w związku z tym buzia potrzebuje przede wszystkim nawilżenia, ochrony i regeneracji. I pięknych opakowań – minimalistycznych, instagramowych, dziewczęcych.


A Wy co sądzicie o KYLIE SKIN? Czy kosmetyki są dla Was ciekawe, czy może nie chcecie inwestować w produkt z logo Kylie Jenner? Dajcie znać!


PS Produkty do testów otrzymałyśmy od Douglas Polska w paczce PR. Tekst nie jest sponsorowany.

 

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x