3 samoopalacze do ciała, które wywaliły w kosmos wszystkich moich dawnych ulubieńców! Piękny brąz bez plam.

Zdrowa opalenizna to ta z tubki – wiadomo! Ale nie wszystkie samoopalacze są takie same. Ba! Mało który tak naprawdę dotrzymuje obietnicy widocznej, równomiernej opalenizny bez smug. Jest łatwy w aplikacji i ma super kolor, który zmywa się ładnie i stopniowo. Dlatego gdy wypróbowałam po raz pierwszy samoopalacze z tego wpisu, dosłownie opadła mi szczęka.


Oto Ferrari, Maserati i Lambo wśród produktów brązujących. Wanna ride?



Nikt nie chce być, jak Ross


Pamiętacie, jak Ross Geller z Przyjaciół poszedł na opalanie natryskowe i przesadził z dawką na przednią połowę ciała?

Albo gdy Stuart z Big Bang Theory chciał wyglądać ‚zdrowo’ przed randką z Denise, więc wysmarował się samoopalaczem? Już sama nie wiem, co bardziej irytuje – zapach palonej kury, nieznośnie pomarańczowy odcień opalenizny, czy to, jakie placki zostawia na skórze, gdy się taki gagatek zmywa.

I rozumiem doskonale wszystkie dziewczyny, które w obawie przed smugami, zapachem, czy z braku wiary w zadowalający rezultat w ogóle nie bierze się za samoopalacze, zadowalając się mgiełkami, kropelkami, balsamami stopniowo brązującymi. Tak jest faktycznie łatwiej i bezpieczniej. Ale naprawdę, możecie już spokojnie odstawić swoje Mokoshe do jesieni (ich słynny balsam brązujący pachnie cynamonem i pomarańczami – gdyby ktoś nie wiedział, do czego piję ;)), bo prawdziwa wakacyjna opalenizna jest na wyciągnięcie ręki.


Raz, dwa, trzy, brąz!


Mam dla Was trzy polecajki – dwie pianki z kolorem oraz odżywczy krem z samoopalaczem (w dwóch wersjach, o mniejszym, lub większym stopniu przybrązowienia skóry). Jakimś cudem nikt o nich nie mówi, a to są genialne kosmetyki, które wysłały wszystkich moich dawnych ulubieńców na długie wakacje donikąd (i nie wiadomo, czy kiedykolwiek z nich wrócą).


1/ St.Tropez x Ashley Graham

Zestaw pianka samoopalająca + rękawica do aplikacji, 200 ml/178,99 zł, do kupienia tutaj>


Produkt jest wynikiem współpracy St.Tropez (jedna z najpopularniejszych na świecie marek produkujących kosmetyki brązujące) ora modelki Ashley Graham. A ponieważ jestem jej wielką fanką (uwielbiam urodę, osobowość i wkład, jaki ma w szerzenie akceptacji różnorodności w świecie mody i mediów) i nasłuchałam się wielu pozytywnych recenzji jej samoopalacza na YT, musiałam spróbować. Rezultat mojej pierwszej aplikacji Samoopalacza St.Tropez x Ashley widzieliście jakiś czas temu na naszym Instagramie.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez BLESS THE MESS (@blessthemesspl)


A jeśli jeszcze nie widzieliście, warto odtworzyć filmik powyżej i zobaczyć konsystencję, aplikację i efekt po użyciu.

Nadal, niezmiennie jestem pod wrażeniem zestawu. Nie tylko samej pianki, ale też świetnej rękawicy z zestawu (zrobionej z bardzo ciekawej, miękkiej tkaniny, która idealnie równo rozprowadza produkt na skórze już po pierwszym pociągnięciu). Kolor tego samoopalacza (zarówno barwa produktu, jak i finalny odcień opalenizny) to śliczny karmelek – nie za ciepły, nie za oliwkowy, nie za chłodny. Pianka ma formę bitej śmietany (zupełnie inna formuła, niż standardowe pianki St.Tropez), cudownie pachnie wakacjami w topikach i jeszcze pozostawia na skórze delikatny glow. Bardzo upiększająca formuła, która aż zachęca do użycia.

Oczywiście kolor można stopniować (ja robię jedną warstwę, Ashley mówi, że do swojego idealnego odcienia brązu potrzebuje trzech), opalenizna utrzymuje się do tygodnia (najbardziej wyrazista jest około 1-3 dni po aplikacji, potem stopniowo blednie) i nie zostawia żadnych plam – ani przy rozprowadzaniu, ani po zmyciu, ani w trakcie blednięcia.


Jak używać samoopalacza w piance?


Nakładacie na ciało przy pomocy rękawicy (zaczynając od łydek, ud, przez brzuch, dekolt, na końcu ręce. To, co zostaje na rękawicy rozprowadzacie delikatnie na stopach i wierzchu dłoni), czekacie kilka minut, aż produkt wyschnie, ubieracie coś wygodnego i dajecie samoopalaczowi podziałać. Po około 4 godzinach spłukujecie ciało (zmywając ten tymczasowy brązowy kolor, który był potrzebny po to, by ułatwić równomierną aplikację), możecie nasmarować je balsamem nawilżającym. I czekacie. Po około dobie zobaczycie finalny odcień opalenizny.


2/ Bali Body 1 Hour Express

Samoopalacz w piance, odcień dark, 225 ml/149 zł, do kupienia tutaj>


Czarny koń zestawienia. To on wykosił z mojej półki łazienkowej dawnych ulubieńców (pianki B.Tan z Rossmanna oraz mus Bondi Sands Aero Gold).

O ile produkt Ashley daje taki całoroczny, ładny brązik odpowiedni w zasadzie na każdą porę roku (porównuję jedną warstwę), to tu mamy typowy samoopalacz na lato. Taki wiecie, z przytupem. Kolor imitujący opaleniznę po plażowaniu. Ja go nakładam Bali Body 1 Hour Express ręką, ale widzę, że gdybym się przyłożyła i nałożyła solidną porcję, to byłby efekt co najmniej greckich wakacji. Ta różnica wynika z mocy brązowienia, ale też samego koloru. To nadal brąz bez nieznośnych pomarańczowych, sztucznych tonów. Jednak brąz bardziej oliwkowy, z braku lepszego określenia powiedziałabym, że „przypieczony”.

Sam kosmetyk jest bardzo podobny do samopalacza St.Tropez i Ashley, to dokładnie ta sama formuła musowej pianki (podobnej jak męskie pianki do golenia). I dokładnie tak samo łatwo się aplikuje (tylko, biorąc pod uwagę ciemniejszy kolor, trzeba nieco delikatniej dozować go na stopach, kolanach i dłoniach – ale z drugiej strony, żaden inny tak pięknie nie opalił mi dłoni, jak Bali Body).

To, co wyróżnia Bali Body, to czas pozostawienia kosmetyku na skórze. Dla naturalnego efektu wystarczy godzina, dla wakacyjnej opalenizny pozostawcie go n 2-3 godziny. Ja prónbowałam opcji 3 godzin i faktycznie już po zmyciu produktu pod spodem była opalenizna rozwinięta w jakichś 70%. Także brawo Bali Body za dotrzymaną obietnicę!


3/ Lajuu by Weronika Rosati

Balsam brązująco-antycellulitowy oraz krem samoopalający, 180 ml/129-139 zł, do kupienia tutaj>


Wiedzieliście, że Weronika Rosati ma swoją markę kosmetyczną? My też nie!

Ale na szczęście odezwała się do nas jej wspólniczka i zaproponowała test swoich nowych produktów. Lajuu to wegańskie, naturalne (95-96% składników naturalnych w formułach), polskie kosmetyki z piękną szatą graficzną i w szklanych opakowaniach. Oba kremy brązujące do ciała mają cudowne, tropikalne zapachy, naprawdę dobre składy (oleje, fermenty, witaminy) i są – poza funkcją samoopalaczy – świetnymi kremami do ciała.

Natomiast to, co moim zdaniem najmocniej je wyróżnia, to właśnie jakość i odcień brązu, który zostawiają na skórze. Przepraszam fanki Mokosha, Lirene, czy Body Boom, ale Waszym ulubionym produktom właśnie wyrosła konkurencja. Piękniejsza, milsza w użyciu, o lepszym efekcie brązującym.

Dla mnie Lajuu Body Self Tanner kosi zresztą nie tylko polską konkurencję, bo uważam, że to najlepszy samoopalacz niebarwiony, jakiego używałam ever. Od przepięknego zapachu, przez bezproblemową i równą aplikację (mimo braku koloru), po najważniejsze – wyraźną, ładną opalenizną, która pojawia się już po pierwszym użyciu. A dodatkowo formuła jest tak bogata, że naprawdę odżywia skórę i daje jej pełen komfort. To samoopalacz, który już w zasadzie zużyłam (na dnie czeka ostatnia porcja na jedno użycie), nakładając po prostu na noc. Nie brudzi pościeli i zaskakująco szybko się wchłania, biorąc pod uwagę konsystencję i fakt, że jest lato.

Nakładam 1-2 razy w tygodniu i to naprawdę wystarczy, by mieć ładnie i naturalnie przybrązowioną skórę. I zero smug. A gdy używam pianek i chcę po kilku dniach od aplikacji nieco odświeżyć kolor (a przy okazji nawilżyć skórę, bo samoopalacze w piankach mogą ją nieco wysuszać), sięgam po balsam brązujący. Ma lżejszą konsystencję, ten sam piękny tropikalny zapach i bardzo przyjemny efekt wygładzenia skóry. Może być zamiennikiem klasycznego balsamu do ciała, z dodatkowym bonusem brązującym. I naprawdę imponującym składem (jest tam ujędrniający morszczyn, odżywcze olejki, antyoksydanty).


Ten wpis jest częścią serii #TydzienPielegnacji – merytorycznych artykułów napisanych tak, aby razem tworzyły przewodnik po efektywnej i bezpiecznej pielęgnacji twarzy i ciała. Jeśli borykasz się z problemami z cerą, bądź poszukujesz wiarygodnych rekomendacji kosmetycznych, koniecznie sprawdź inne wpisy Tygodnia Pielęgnacji (tu). A jeśli masz dodatkowe pytania lub propozycje tematów, napisz do nas wiadomość na Instagramie.

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x