Porozmawiajmy szczerze o palecie cieni Nabla Poison Garden…

Gdyby brać pod uwagę liczbę zachwyconych Nablą instagramerek, byłaby hitem totalnym. Poison Garden wygląda pięknie i wdzięcznie się fotografuje. Ma także sprytnie skomponowaną paletę kolorów – jest sporo neutralnych i ciepłych barw, ale i nuta granatowo-fioletowego szaleństwa.


Ale! Praca z tą paletą nie należy do najłatwiejszych, gdy chce się wyjść poza nudziakową strefę komfortu.


Dlatego w tej recenzji skupię się na tym, co w Poison Garden jest fajnego, ale też co dla mnie absolutnie nie do zaakceptowania. Finalnie zadecydujecie Wy.

Póki co, zdradzę jedno: to na pewno nie jest najlepsza paletkowa premiera tej jesieni/zimy.


Poison Garden

Paleta 15 cieni do powiek marki Nabla, 13,5 gr, cena 179 zł w Minti Shop (tu) i Sephorze (tu).

Zatruty ogród Nabli ma piękne i mocne kartonowe opakowanie z wytłoczonym motywem roślinnym i złotymi napisami. To zapowiadałoby, że wewnątrz znajdziemy barwy nocnych roślin i kwiatów. A co mamy? Beże, brązy, granaty, róż i fiolet.

Brak ani jednej zieleni, a pozostałe kolory nie są zbyt przydymione, zgaszone (w końcu nocą barwy nie są intensywne). Także lepiej nie przejmować się za bardzo nazwą i skupić na samej kompozycji i jakości cieni. Bo tu jest bardzo dobrze.

Nabla postawiła na sprawdzone połączenie użytkowych cieni w naturalnych i ciepłych odcieniach beżu, brązu i jasnego różu, oraz kolorowe urozmaicenie w postaci mocnego żurawinowego matu Berry Bite, matowego Indygo Majorelle oraz lśniącego na złoto fioletu Craving (w tym ostatnim faktycznie czuć klimat nocy!). Gwiazdą kompozycji jest jednak barwa niemal przejrzysta (Adoration), która aplikowana na inne kolory nadaje im błyszczącą niebiesko-fioletową poświatę. Coś jakby unicorn vibes…

Mamy więc przyjemny dzienniaczek, który łatwo można przemieć w paletę na specjalne okazje (albo wyjątkowy nastrój).


Pigmentacja i wykończenia


To moja pierwsza paleta Nabli (posiadam tylko cienie pojedyncze w matach i duochromach), więc niestety nie mogę jej porównać do poprzednich (recenzję Soul Blooming pisała Milena, zobacz TU). Natomiast zdecydowanie widzę progress w formulacji cieni matowych. Poprzednia generacja nie należy do moich ulubionych (trochę za mało pigmentu i za długa praca nad kolorem na powiece jak na tę półkę cenową!), więc byłam ciekawa nowej formuły. Czy jest lepiej? Tak! Zdecydowanie poprawiła się pigmentacja i formuła jest nieco bardziej gładka. Choć trudno nazwać ją maślaną czy miękką – cienie są nadal dość mocno sprasowane i bardziej z gatunku tych suchych.

Zdjęcia swatchy wykonane Iphone XR

Cienie błyszczące są już mniej spektakularne i choć jest ich sześć, to właściwie wrażenie robią trzy. Unicornowy Adoration (bardzo przydatny do ożywiania niebieskich i fioletowych matów), piękny głęboki fiolet Craving oraz mocna foliowa miedź Subliminal. Jakość i kolorystyka pozostałych Fabric, Rosita oraz Archetype jest ok, ale przypomina bardziej cienie w starszych czekoladach Too Faced, niż premierowej palecie z 2018 roku.

Dla mnie jakość cieni błyszczących od zawsze jest wyznacznikiem fajności palet. Więc daję znać tym z Was, które też są srokami, że podczas pracy z Poison Garden palpitacji, zawałów ani uniesień nie przeżyjecie.


Makijaż i praca z cieniami


Tu zaczynają się schody. Bo mimo całej mojej sympatii do matowych cieni w tej palecie, to one okazały się problematyczne. Niektóre kolory nie zachowują się tak, jak bym sobie życzyła. A sam proces aplikacji jest za długi dla osoby przyzwyczajonej do pracy z cieniami Anastasii (gdzie cień w zasadzie blenduje się sam).

Zacznę od tego, że makijaż, który widzicie powyżej robiłam godzinę (same oczy), a granat w zewnętrzny kącik dokładałam 5 razy. Bo kolor wytracał się z czasem. Z kolei Berry Bite tracił na intensywności przy każdej najmniejszej próbie blendowania. A brąz Adagio jest tak chłodny i tak bardzo przy blendowaniu przybiera barwy błota, że po dwóch próbach poprzysięgłam sobie go już nigdy więcej nie użyć.

Osyp cieni spod oczu usuwałam dwukrotnie. Ale nie ma się co dziwić, skoro tyle razy dokładałam kolor kobaltowy na powiekę. W pewnym momencie przestał się już przyklejać do poprzednich warstw. Problematyczny odcień to także… matowy beż. Zbyt ciemny i zbyt żółty dla słowiańskiej barwy powieki. Kolor kojarzy mi się bardzo z beżami w starszych paletkach Hudy.

I wiecie co? Kompozycja kolorystyczna Poison Garden baaardzo przypomina pierwszą edycję Hudy Rose Gold, tylko z dodanym unicornem i granatem, a mniejszą ilością (bo tylko jedną, Subliminal) błyszczących jak płyny metal folii.

Skoro narzekania mamy już za sobą powiem Wam, co jest w Poison garden super. Przefantastyczne, przecudowne odcienie transferowe!

Naprawdę nie pamiętam, kiedy (poza Sultry) miałam taką przyjemność z używania transferu! Narrative o barwie kawy zbożowej z mlekiem, piękny cieplutki karmel Honey czy wreszcie cudowna barwa Zen (beżowy róż, chłodny) są absolutnie fantastyczne. Łatwe w pracy, piękne na powiece, cudownie łączące się ze sobą i z innymi cieniami z palety.

Czwartym ulubieńcem jest Opera (jedyny ciemny odcień, który się tu na 100% udał), czyli barwa suszonej żurawiny z czekoladowym podtonem. W przeciwieństwie do granatu, czy brązu, tu nie ma żadnych kłopotów z pigmentacją, dokładaniem, blendowaniem. Kolor nie marnieje z czasem.


Czy warto kupić Poison Garden?

Nowa Nabla to paleta dobra, miejscami nawet bardzo. Ale nie jest to paleta innowacyjna. Każdy kolor i każdą formułę już mam w innych paletach (jeśli poszukujecie dobrych barw jednorożców zerknijcie na Covershoot Smashboxa albo Alchemist Kat Von D), więc nie ma w Poison Garden barw i wykończeń dla mnie unikatowych. Natomiast jest bardzo ciekawe ich zestawienie i zdecydowanie fantastyczna jakość jasnych kolorów matowych. Które na pewno świetnie się sprawdzą w szybkich makijażach dziennych.


A jak Tobie podoba się Poison Garden?


Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x