Urządzam przestrzeń do pracy w salonie. Jest róż, najpiękniejsze plakaty i sporo DIY.

Niezbyt duże mieszkanie w bloku oznacza jedno – każdy milimetr jest na wagę złota! A jeśli do tego okazuje się, że od kilku lat pracujesz w domu, sprawa wydaje się przesądzona – kącik biurowy jest niezbędny.


Zobaczcie, jak stworzyłam swoją różową przestrzeń do pracy w salonie. Bo musiałam dzielić, łączyć i odmalowywać. Ale było warto!


Zacznę od tego, że choć nasze mieszkanie nie jest najmniejsze (ok. 57 metrów), to jednak bardzo mało ustawne i ma tylko dwa pokoje. Mamy dużą kuchnię z oknem na całej szerokości, co jest fantastyczne. Do tego spory przedpokój (ale wąski i ciemny, przez to niezbyt sprzyjający jakimkolwiek meblom), sypialnię i salon, który odkąd pracuję w domu (a to będzie już co najmniej trzy lata) stał się także biurem.

Z biegiem czasu pokój, w którym spędzam najwięcej czasu, musiał przejść małą metamorfozę. I te wakacje okazały się kluczowe. Postanowiliśmy go odmalować i poczynić kilka drobnych zmian.


Drobnych? Tak się zawsze mówi, co nie?


Zaczęło się od wyboru farby. I tutaj do akcji wszedł mój mąż – zażądał czystej, klasycznej bieli. Nie beżu, ecru, kości słoniowej, a zwykłej bieli. Niesamowicie spodobało mu się mieszkanie, w którym spaliśmy w Lizbonie. Uznał, że skoro białe, wysokie ściany lizbońskie wyglądają tak dobrze, to te katowickie będą równie ładne (a mamy to szczęście, że nasze mieszkanie też jest wysokie).

Wiecie, co się mówi w Kato? Że #KatowicieNieLizbona…

Ale przecież nie będą się kłócić, skoro chce samodzielnie malować i zezwala mi na wszelkie inne dekoracje. Więc pokój jest śnieżnobiały, podobnie jak nasze meble. Proste, ikeowkie, pasujące do wszystkiego.

Po bieli ścian przyszło jeszcze wiele rewolucji – malowanie kaloryfera, kupowanie specjalnej nakładki na parapet oraz zakupienie zasłon i karnisza (oraz odmalowanie go pod kolor innych dodatków).

Kwestia kaloryfera była dość prosta – jest stary, duży, żeliwny i dający mnóstwo ciepła. Nie zgodziłam się na jego usunięcie, więc postanowiliśmy go odnowić i efekty widzicie na fotkach – został pomalowany sprejem w kolorze rose gold. I jednocześnie zdefiniował wszystkie odcienie dodatków, jakie pojawiły się w domu.

I karnisz, wystające rurki, a nawet elementy półek zyskały kolor miedzianego złota, co przyjemnie rozjaśniło biało-szare wnętrze. Bo nie powiedziałam Wam, że panele podłogowe mamy w kolorze szarym.

Wybór barwy zasłon stał się oczywisty – będą różowe, by dodać do pokoju jeszcze więcej uroku i koloru. Myślicie, że mąż protestował? Nie mylicie się. Ale, kiedy tylko powiesiliśmy zasłony, szybko uznał, że był to strzał w dziesiątkę.

Ja za to bardzo polubiłam się z nakładkami na parapet. Stary, szary zamieniliśmy na estetyczny i biały. Fotogeniczny i pięknie łączący się z ramą okna. Ta zmiana bardzo rozjaśniła pomieszczenie. A rzeczone nakładki zamawiacie na wymiar w dowolnym sklepie budowlanym. Szybko, sprawnie i bez kłopotu.

Potem przyszedł czas na dodatki, które miały zespolić całość naszego nowego salonu połączonego z moją prywatną enklawą do pracy. I jak widzicie na zdjęciach – róż przejął kontrolę!

Wysokie ściany mojego pokoju i uwielbienie do eksponowania książek sprawiły, że chciałam budować moją „biurową” ścianę dopełniając te dwa elementy.

Plakaty Desenio z moich ścian.

Na ścianach pojawiły się tematyczne plakaty Desenio w ramach białych i, oczywiście, rose gold. Chciałam, by łączył je nie tylko różowy element, ale by w jakiś sposób wyrażały to, co lubimy. Przemyciłam motywy angielskie (różowe drzwi z Londynu, cytat Szekspira, pałacowe ściany i żyrandol).

Do tego odrobinę ezoteryki w postaci księżyca (dokładnie tak sam chciałabym mieć w formie tatuażu!). Postanowiłam przełamać róż elementami wakacyjnymi – stąd palma i elewacja basenu, do którego aż chciałoby się wejść. Teraz, zaraz, już.

I teraz wyznanie wiary – wybór plakatów trwał u mnie 5 godzin. Bez ściemy. Ilość cudownych printów absolutnie mnie znokautowała i gdybym mogła, to chciałabym więcej i więcej. Ale… temat nie jest zakończony, bo ku mej radości, na ścianie pozostało jeszcze sporo miejsca. A mąż podchwycił i polubił ten sposób upiększania białych (lizbońskich, haha) ścian.


A jeśli też chcecie urozmaicić swoje pomieszczenia, to na hasło BLESSTHEMESS dostajecie na Desenio -25% rabatu. Kod jest ważny przez 3 dni: 3-5 września.

Kod zniżkowy nie działa na ramki i plakaty z kategorii Handpicked/Collaborations.


Jak zauważyliście, na suficie pojawił się również żyrandol w kolorze rose gold, a klasyczny ikeowski stolik kawowy zamieniliśmy na stół z blatem imitującym kamień. Co ciekawe, to nie blat jest jego mocnym punktem, ale możliwość podnoszenia go do góry i rozkładania. Dzięki temu może być także pełnoprawnym stołem jadalnym.

Wydaje się, że zmian było niewiele, ale pojawiły się również białe, drewniane krzesła i sporo bibelotów zniknęło z naszego salono-biura. Moją największą bolączką jest brak żywych roślin doniczkowych (ta na zdjęciu, to niestety fejka). Koty mają prawdziwego kręcioła na punkcie chrupania kwiatów i liści, i specjalnie dla ich zdrowia (i mojego czystego sumienia), odpuściłam wprowadzania gęstego zalesienia.


Ale jeśli ktoś chciałby mnie odwiedzić i podarować piękną sztuczną dracenę, jukę lub monstreę – przyjmę chętnie!



Partnerem wpisu jest marka Desenio.
Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x