Instant Eye Palette – nowa paleta z kolekcji Pillow Talk od Charlotte Tilbury. Warto ją mieć?

Walentynkowa, limitowana edycja dużej (12 cieni) palety Pillow Talk zrobiła spore zamieszanie na rynku. Wygląda pięknie, nawiązuje do kultowej już kolekcji Pillow Talk od C. Tilbury i ma bardzo użytkowe kolory. Jednak czy w roku 2020 kupowanie palety z brązowymi, beżowymi i różowymi odcieniami ma w ogóle jeszcze sens?


Postaram się odpowiedzieć na to pytanie i porównać Instant Eye Palette do klasycznej, małej Pillow Talk.



Pillow Talk – co to za kolor?


Wszystko zaczęło się od konturówki w dość jasnym kolorze zgaszonego różu z delikatną domieszką beżu i fioletu. Odcień (który mam w zbiorach, ale bardzo rzadko używam, bo dla moich napigmentowanych ust Pillow Talk jest po prostu za jasna) tak spodobał się klientkom Charlotte, że wkrótce Tilbury wypuściła szminkę w tym samym odcieniu. I tak ruszyła lawina. Do szminki dołączył róż, paleta 4 cieni do powiek oraz kolejne wersje szminki.

Na zdjęciu powyżej mała paletka Pillow Talk – pierwowzór Instant Eye Palette.

Perłą w koronie kolekcji Pillow Talk została duża paleta cieni oraz nowe odcienie szminek (dla średnich i ciemnych karnacji).


Jaka jest Pillow Talk Instant Eye Palette?


Powiedzieć, że piękna, to jakby nic nie powiedzieć. Charlotte Tilbury udało się połączyć bardzo luksusowy wygląd opakowania z jego funkcjonalnością. I zamknąć w nim cienie, które podobają się większości kobiet, ale są przy tym bardzo, bardzo dobrej jakości.

Paleta jest skomponowana tak, by dało się nią stworzyć makijaże lekkie i codzienne (pierwsza trójka ‚day’ to rozświetlające spojrzenie jasne kolory, którymi stworzysz make up no make up, ale oczywiście przydają się też jako baza do budowania pozostałych looków z palety), matowy makijaż do pracy (‚desk’), makijaż na wyjścia (look ‚date’ jest także matowy, w cieplejszych, głębszych odcieniach) oraz romantyczny i nieco mniej zachowawczy makijaż w odcieniach dość intensywnego różu (‚dream’).

Oczywiście nie ma żadnego obowiązku trzymać się tych podziałów – są one tylko wskazówką dla początkujących. A tak naprawdę cienie można mieszać dowolnie, bo wszystkie kolory pięknie się dopełniają (każde połączenie stworzy harmonijną kompozycję kolorów na powiece).


Jakość cieni i łatwość pracy.


Co Wam tu będę opowiadać: bajka! Charlotte robi jedne z najlepszych matów na rynku (porównałabym je do Natashy Denony). Cienie są idealnie wyważone między dużą pigmentacją, a przyjemną w pracy konsystencją. Nic się nie osypuje na oku (w opakowaniu osyp jest, ale nieznaczny), cienie pięknie się przyklejają do powieki nawet suchej, bez żadnej bazy) i można dokładać ich dowolną ilość. Kolory świetnie się łączą, nie ma plam.

Tych matów jest w palecie aż 8, co ja uważam za super rozwiązanie, bo dostajemy najwięcej tego, co w cieniach Charlotte najlepsze. Nie zrozumcie mnie źle – 4 metaliczne odcienie błyszczące też są piękne i dobrej jakości, ale w czasach Turbopigmentów nie robią już na mnie aż tak piorunującego wrażenia (bo jestem zwolenniczką teorii, że jak ma się błyszczeć – to na maxa!).


Porównanie z innymi paletami nude


W 2020 roku rynek jest tak rozwinięty, że mogę spokojnie obstawić, iż każdy czytelnik tego wpisu ma już co najmniej jedną paletę z ciepło-neutralnymi cieniami (oraz domieszką różu). Pewnie wiele z Was ma już Soft Glam ABH, paletę New Nudes od Hudy (po najechaniu na nazwę palety przejdziecie do naszej recenzji), albo jedną z wielu palet nude od Makeup Revolution.

W opakowaniu Pillow Talk najbardziej przypomina Naked Cherry od Urban Decay (jej recenzja też jest na blogu). Jednak wisienka UD jest dużo bardziej różowa i błyszcząca. Charlotte ma więc uniwersalność Soft Glam z dodatkiem kolorów z Naked Cherry (i nie jest tak jednoznacznie rózowa jak Huda, bo cienie Hudy mają tę właściwość, że na oku zawsze wychodzą bardziej różowe, niż w opakowaniu).

Co ciekawe, żaden z odcieni z nowej palety Pillow Talk nie jest powtórzeniem koloru z małej paletki. Także jeśli (jak ja) macie i lubicie małą Pillow Talk (w której znajduje się słynny zgaszony róż Pillow Talk), to nadal możecie śmiało kupić dużą paletę i nie będzie powtórki.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić w odniesieniu do kolorów, to będzie to właśnie brak słynnego różowego odcienia – bo czy to nie ironia, że cała paleta Pillow Talk nie zawiera koloru Pillow Talk?


Czy warto kupić? I gdzie?


Kto dotarł do tego punktu recenzji pewnie już się zorientował, że bardzo lubię tę paletę i uważam, że warto ją kupić. To moja ulubiona paleta nude – nie za ciepła, nie za chłodna. Łatwa w pracy, super przyjazna w podróży, bardzo kompletna kolorystycznie. A jednocześnie świetna baza dla brokatów, pigmentów i błyszczących linerów. Te cienie bardzo ładnie podkreślają tęczówkę, nie są zbyt ciemne i dramatyczne (choć są wyraźne na oku). Nie ma tu ani czarnego, ani matowego beżu (co jest wielką zaletą, bo przecież te kolory każda z nas już ma).

Palety niestety nie da się kupić stacjonarnie w Polsce. Marka nadal nie weszła do Sephory (choć zapowiadano to już w ubiegłym roku). Pozostaje więc korzystanie z oficjalnego sklepu online Charlotte, albo zakupy na Cult Beauty czy Space NK. Swoją paletę kupiłam właśnie na Space NK za około 230 zł (to był cena promocyjna, teraz Pillow Talk kosztuje ok. 300 zł).

Czy warto ją kupić za 300 zł? Moim zdaniem to zbyt dużo, jak na 12 cieni. Natomiast sklepy online z UK często mają 15-20% rabatu na kosmetyki. A to moim zdaniem zmienia postać rzeczy.


A jakie są Wasze odczucia co do tej palety i marki Charlotte Tilbury?


Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x