Różowo, że aż mdli. Kulisy blogowania

Wiem, że zwykle skupiamy się na różowej stronie życia. Oszczędzamy Wam trudów dnia codziennego (bo niby cóż w naszych trudach ciekawego), piszemy o tym, co ładne, ciekawe, co może skłonić do uśmiechu i pomyślenia o sobie samej nieco bardziej pozytywnie. Taki był zresztą zamysł nowej, bardziej lifestyle’owej odsłony Bless the Mess (nie od parady ten róż w logo). My dwie – ogień i woda – ale dla Was, niczym pianka w kawie, różowe okulary, paleta różów The Balm, Różowe Lata Siedemdziesiąte.

Nachodzi mnie jednak niejednokrotnie pewna nieznośna myśl. A co jeśli, niczym Kasia Tusk (bez porównania, a jednak do kogoś porównać muszę) jesteśmy tak różowe, że aż mdli. Że to co Wam pokazujemy jest oderwane od rzeczywistości, wydumane, nieprzystające nawet do tych realiów katowickich, a co dopiero krakowskich czy warszawskich? Kto ma w domu tyle kosmetyków do twarzy, kto kupuje więcej niż dwa płaszcze jednej zimy? Patrzę na naszego fejsa a tam: radosne kociaki,  uśmiechnięte dziecko, nowa szmineczka, ładny mebelek, śniadanie do łóżka. No i zawsze świeże kwiaty. Nie zrozumcie źle – to faktycznie nasze koty, nasze dziecko (no dobra, tylko moje ;)), nasze kwiatki, szmineczki, toaletki, śniadania. Tylko poza tymi, ładnymi, ale powierzchownymi przedmiotami, wokół Bless wiele się dzieje.

Od traktowania bloga jako pracy, po kilku latach intensywnego koncentrowania się na tej działalności, nie da się w ogóle uciec.

Wielokrotnie pytano nas, czym ten blog w zasadzie jest: czy to praca, czy zabawa? A my, jak ponaciągany do granic możliwości Putin, zawsze w ten sam deseń: to tak wszystko naturalnie wychodzi, samo się toczy. A to nie tak. I sama już nie wiem, czy bardziej chcemy przekonać Was, czy same siebie, ale od traktowania bloga jako pracy, po kilku latach intensywnego koncentrowania się na tej działalności, da się w ogóle uciec. Blog to ogromny pożeracz czasu. Napisanie tego (przecież nie jakoś szczególnie zredagowanego i – jak zawsze u mnie – pełnego literówek wpisu, zajmie mi godzinę). Do tego jeszcze czas potrzebny na przygotowanie wpisów, które pojawiają się nie tylko u nas, ale także w Fashion&More czy w Allegro – lekko licząc 5 pełnych dni w miesiącu. Utrzymywanie stałości korespondencji na mailu i FB to w zasadzie przymusowe uzależnienie od sprawdzania Pages i Gmaila w komórkach. Odpisywanie – jakieś 3 godziny dziennie. Do tego wymiany poglądów na tematy wpisów, umawianie się na zdjęcia, planowanie wpisów (czy pisałyśmy już kiedyś, że przez większą część roku blog działa od wewnątrz jak klasyczna redakcja – wybieramy i zlecamy tematy, zapisujemy deadline’y, edytujemy zdjęcia, składamy i tak dalej, od środka to naprawdę nie wygląda jak hobby radosnych nastolatek), sprawdzanie reakcji. Z jednej strony więc fakt, że stronę prowadzimy we dwie, to ogromne ułatwienie (czas rozkłada się na dwa domy, a pomysły na dwie głowy), z drugiej – wieczna konieczność ustalania, wybierania, docieranie się – czego w blogach jednoosobowych nie ma wcale. Ale hola, nie ma co nas żałować. Pisanie popłaca i to dosłownie, a na blogach się zarabia. My i tak podobno nie wykorzystujemy swojego potencjału, stawki mamy medium.

Jest i druga, już mega różowa, strona medalu. Zbieranie doświadczenia i uczenie się od najlepszych. Dysponując lubianym i (fanfary dla Was) poczytnym blogiem budzi się także pewne zainteresowanie u ludzi z branży, która wiąże się z naszym zawodem: marketingiem i PR. Mamy możliwość pobywać tu i tam, a zanim napiszemy informację prasową, możemy sobie poczytać, jak to robią najlepsi. Widzimy, jak tęgie głowy kombinują, by przesyłki do blogerów były ciekawe i zaskakujące, jak powinien wyglądać przyjemny dla czytelnika i angażujący konkurs, słyszymy od znajomych blogerów, jakie wtopy zaliczyli chłopcy pijarowcy w tym tygodniu, a kto się spisał na medal. Gdzie było fajnie, kto jest jaki prywatnie, komu, za co i ile warto zapłacić. Poznajemy fantastycznych ludzi, których lubimy prywatnie i podziwiamy zawodowo. Głowy mamy spore, mózgi ponoć bystre, znaczna część tej wiedzy zostaje więc zmagazynowana i przetworzona. Są takie rozwiązania, na które się co prawda same nigdy nie zdecydujemy, ale potrafimy docenić u innych, są także pomysły własne, które (z nieukrywaną dumą) ogląda się potem u największych, najbardziej wpływowych. I zawsze sobie człowiek wtedy myśli: ha! taki wielki koncern, tyle mądrych głów, a ja pierwsza na to wpadłam (w myśl zasady, że jak nikt nie chwali, zrób to sam ;)).

Głowy mamy spore, mózgi ponoć bystre, znaczna część tej wiedzy zostaje więc zmagazynowana i przetworzona.

Ewidentnie więc czując więc ciężary mózgów własnych i ogromną potrzebę podzielenia się nie tylko wiedzą o szminkach, meblach, płaszczach i kotach, mamy dla Was taką właśnie propozycję: a co by było gdyby na BtM było czasem nieco bardziej marketingowo, by znalazły się co jakiś czas wpisy poradnikowe dla piszących blogi, kulisy prowadzenia bloga, komentarze do kontrowersyjnych spraw związanych ze światem mody/blogosfery/szołbizu, wpisy z linkami do ciekawych tekstów innych blogerów, które naprawdę warto znać?

/nic o nas bez Was/

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x