Stracone chwile przyjemności, czyli dlaczego tęsknię za telewizją

Tytuł jest przewrotny, bo prawda jest taka, że ani przez sekundę nie upierałabym się, by trzymać w domu telewizor. Zupełnie jest mi zbędny odkąd w smartfonie mam swoje małe centrum rozrywki wszelakiej. Od ulubionych kanałów na jutubie, przez serwisy oferujące niekończącą się ilość seriali, filmów, koncertów.


I posiadanie w zasięgu palca wszystkiego sprawia, że… umieram z nadmiaru.



Radosne oczekiwanie


Nie ma co jednak narzekać – lepiej mieć większy wybór niż nie mieć wcale. Bo bez internetów pozostałoby cieszyć się, że Ale Kino naprawdę trzyma poziom i serwuje nieustannie premierowe produkcje. No i uśmiechać się do telewizji na życzenie, która faktycznie pozwala co wieczór obejrzeć świeżutkie filmy, które jeszcze przed chwilą były w kinie.

Ale nie to mnie trapi, i nie to spowodowało, że tytuł wpisu jest dokładnie taki, jaki widzicie. Tęsknię na oczekiwaniem. Za jednym  odcinkiem tygodniowo, który elektryzował wszystkich wkoło i dawał możliwość tygodniowego snucia teorii, przypuszczeń, domysłów. Na ten jeden odcinek tygodniowo każdy potrafił znaleźć momencik, by nie wypaść z obiegu.


Strach, i to jak!


A tak? Strach rozmawiać o serialach. Bo cierpimy na ich nadmiar, a jeśli jeszcze są wypuszczane całymi seriami, to zawsze ktoś w towarzystwie jeszcze nie widział, jest dopiero na trzecim odcinku, planuje maraton na Wielkanoc. Nie pogadasz, bo zaraz wezmą Cię za złośliwca, co bawi się w spoilerowanie.

Czasem myślę, że fonemem Gry o Tron (która od dwóch sezonów jest dla mnie niezjadliwa, ale oglądam bo tak i już), opiera się właśnie na tym radosnym oczekiwaniu, które urozmaicamy sobie wspólnym fantazjowaniem na temat dalszych, i uprzednich losów, ulubionych bohaterów.

No i pewnie, że jest gro seriali, których emisja rozłożona jest w czasie, to pojawia się kolejny problem.


Too much. I’m done!


Jak oddzielić dobre od lepszego? Za co się wziąć? Co teraz obejrzeć? Dlaczego mam tak długą list oczekującą na zerknięcie, na której nawet nie ma filmów, a są same seriale? Czy pogodzić się z myślą, że już nigdy nie będę na bieżąco, bo przecież braknie mi życia, by zerknąć na każdy kryminał ze Skandynawii, kostium z Anglii czy thriller z USA?

Uwielbiam być na czasie, ale bardzo często odczuwam efekt nadmiaru i łapię się na tym, że zamiast czerpać radość z kolejnej perełki, zastanawiam się jak szybko zdążę ją pochłonąć, by sięgnąć po kolejną. Z wielkim wówczas rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy całą rodziną oglądaliśmy Dr Quinn, oczekiwaliśmy na kolejną mroczną odsłonę Miasteczka Twin Peaks i drżeliśmy na myśl o tym, co wiedzą agenci Mulder i Scully. No i jeszcze śledziliśmy neurptyczną prawniczkę w sweterku bliźniaku – Ally McBeal i cudownych lekarzy z ER.


Czy Wy też tak macie? Czy przesadzam i jestem zwyczajnie uzależniona?


Wpis ten musi być uwieńczony serialowym poleceniem w zupełnie innym klimacie, niż ten mi najbliższy. Nic trzymającego w napięciu, dziwnego, ubabranego krwią i mordem. Sięgnęłam po serial Tacy jesteśmy (This is Us), by sprawdzić dlaczego wszystkie kobiety łkają na samą myśl o jego nazwie. I o dziwo… rodzinny melodramat toczący się w dwóch płaszczyznach czasowych, tak kolokwialnie – zassał. Zwykły, ludzki, nawet bardzo babski, łapiący za serce, dający pokrzepienie i nadzieję. W całym karnawale poszukiwania czegoś, czego jeszcze nie było – całkiem fajnie sprawdza się to, co dobrze znane.

Jeśli potrzebujecie przystopować, i na dodatek lubicie wzruszenia, to jest to bardzo dobry adres.

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki
Akceptuj Cookie.
x