„Stranger Things” i „Belfer”, czyli dlaczego nie zgadzam się z ogółem

Skoro listopad w kalendarzu, to i wieczory zaczynają się w okolicach 16.30. Co robić? Oczywiście, ze oglądać! Albo.. omijać szerokim łukiem. Dzisiaj na tapecie dwie produkcje, którym nie jestem w stanie poświęcić tylko kilku zdań. Więc i tekst będzie nieco dłuższy.


I na dodatek może dość kontrowersyjny.
Bo nie zgadzam się z tym, co zachwyca większość.



Stranger Things, Netflix


Chciałabym wierzyć, że wśród nas nie ma takiego serialomaniaka, który nie odnotował istnienia serialu elektryzującego, co najmniej cztery pokolenia widzów. Na całym świecie.

Produkcja Netflixa już zrzeszyła ogromną grupę fanów, tworzącą własne teorie, noszącą ubrania i gadżety z serialu, porozumiewająca się własnym językiem (bitchin). Podobną euforię mogliśmy obserwować w związku z „Twin Peaks”, „Z Archiwum X” czy „Star Trek”. Bez wątpienia, drugi sezon opublikowany w zeszły piątek, był najbardziej wyczekiwaną premierą sezonu.

W „Stragner Things” przenosimy się do lat 80’, podglądamy losy czwórki nerdów i zostajemy wplątani w opowieść rodem z filmu science fiction i horroru. To nie brzmi jak idealne kino dla mnie. Ale tym właśnie jest. Zaświadczam, że pochłonięcie serii zajmuje co najwyżej dwie doby, bo człowiek nie jest w stanie odkleić się od ekranu. Fabuła jest intrygująca, jak to w młodzieżowym filmie z lat 80’, a aktorsko najmłodsze pokolenie, dosłownie, rozwaliło bramy do Hollywood.

Twórcy celowo zabierają nas na wycieczkę pełną nostalgicznych wspomnień. Multum odniesień do filmów/reklam/komiksów/gier/książek/wideoklipów uwielbianych w latach 80’ buduje klimat produkcji. Serial jest jak szkatułka, napakowany po brzegi symbolami. Niekoniecznie wszystkie będą czytelne dla Europejczyków, ale nadal bardzo smaczne i wciągające. Można zarzucać mu wtórność, ja daję się ponieść tęsknocie za tamtymi czasami/tamtymi filmami/tamtymi wspomnieniami.

Co ważne, sezon drugi zupełnie nie traci impetu, a doskonale poszerza świat naszych bohaterów, bardzo ciekawie rozwijając wątki polityczne, społeczne i przede wszystkim ukazując jak niełatwe jest dojrzewanie.

Zwłaszcza z potworem przy boku.
Albo w pudełku.
Lub po drugiej stronie.

Pewnie, ze mogłabym przyczepić się faktu, że nowej bohaterce nie dali rozwinąć skrzydeł, obserwujemy pewne kalki fabularne znane z pierwszego sezonu (choć odcinek „wyjęty” z fabuły to świetne odświeżenie), a zwiększony budżet troszkę zmienia surowy charakter efektów specjalnych, rodem z lat 80’, jednak to w gruncie rzeczy drobiazgi, bo zabawa jest przednia.

Latem proponowałam Wam, by zerknąć w stronę „Riverdale”, komiksowego serialu kryminalnego dla młodzieży, który również wrócił z serią drugą. I niestety, nowy sezon nieco pohamował mój entuzjazm, a branie w nawias (bo przecież to niepoważna propozycja) dyrdymałów scenarzystów troszkę mnie męczy.

„Stranger Things” to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce rozumieć o czym mówi Internet, znajomi w pracy, dzieciaki w drodze do szkoły.


Belfer, Canal+


Szczerze mówiąc, nie mam czasu i chęci zerkać na polskie seriale. Ale skoro zewsząd dobiegają mnie opinie o tym, jak świetna to produkcja, że wyjątkowa, jakby niepolska, i jeszcze znajomi na fejsie lubią i się ekscytują, to uprzedzenia chowam do kieszeni i oglądam. Jeden weekend, cały pierwszy sezon. I teraz, na bieżąco sezon kolejny.

I zadaję sobie bardzo ważne pytani – co, u licha, widzą w serialu wszyscy ci, którzy tak bardzo się nim zachwycają?

Fabuła? Przewidywalna do bólu, i nie chodzi wcale o to, kto winien jest zbrodni. W tym wymiarze, niemal co odcinek mamy nowego „podejrzanego”. Jednak chodzi o to, jak słabo rozwijani są bohaterowie; stereotypy i uproszczenia – to moje główne zarzuty. Nie chciałabym pisać wprost, bo unikam spoilerowania, ale to oczywiste, że zabita bohaterka musi być mądra i niewinna, ta bogata jest rozpuszczona i niezbyt rozgarnięta, ten zły otacza się dresiarzami o ptasich móżdżkach, a dwójka nastolatków potrafi w jedno popołudnie rozwiązać tajemnicę trawiącą miasto od kilku dekad. To tylko kilka z przykładów, a odnoszę wrażenie, ze większość bohaterów to sklejka ze stereotypów.

I choć wątków pobocznych, mających większy lub mniejszy wpływ, na losy śledztwa naszego belfra jest całe mnóstwo, to ciągle czułam, że twórcom brak finezji, wszystko jest łopatologiczne i nierzadko oderwane od polskich realiów. A serial, być może poza pierwszym odcinkiem, nie trzyma w napięciu, niemal zachęca do wyskoczenia po herbatkę.

/Uwaga, może być spolier/

A jak sezon drugi? Co prawda nadal trwa, ale odcinek z zeszłego tygodnia mógł być emocjonalna karuzelą. Bo przecież terrorysta-uczeń zabijający kolegów, których uwięził w szkole to samograj. Przypomnijcie sobie „Słonia” Gus van Santa, a z serialowych podobnych historii – „Shadows” z 13 serii „Milczącego Świadka”.

W polskiej produkcji próżno szukać klaustrofobicznych scen, które pozwolą nam poczuć się jak uwiezieni z szaleńcem. Zastanawiamy się jednak nad tym, że okna w liceum są pancerne, ale za to drzwi może rozwalić przy pomocy ławki. Wczuwamy się w marne analogie między „Balladyną” a „dramatem” jaki rozgrywa się w szkole.

I w zasadzie myślimy, gdzie do cholery podziewa się nasz terrorysta, bo chyba jednak nie poluje na ofiary, a większość czasu odpoczywa i pozwala uwięzionym na wycieczki, malowanie transparentów i drewniane dialogi.

[Tak sobie kombinowałam, że cały odcinek widziany oczyma atakującego, jego pogoń za ofiarami (której nie było wcale), oglądanie bólu jaki wyrządził, odczuwanie jego napięcia i zmian nastrojów, uczucie jego strachu i satysfakcji, szybsze bicie serca, przyspieszony oddech – to byłoby coś. Może coś zbyt trudnego do wygrania przez ok.50 minut w polskim serialu?]

No i jeszcze finał, nie chcę zdradzać jaki, ale w trakcie trwania odcinaka, powiedziałam do W., że jedyne rozwiązanie dające serialowi możliwość ciekawszego rozłożenia kart bohaterów, to właśnie to, które się dokonało. Przewidziałam co do joty, mając nadzieję, ze zamiast (nomen omen idiotycznej ferii strzałów, bo przecież snajperów u antyterrorystów brak, heh), zobaczymy samobójstwo.

Uwierzcie, to nie jest tak, że jestem zapatrzona w seriale z USA/UK i nie potrafię zrozumieć, że mówimy o innych budżetach i możliwościach. Przykład? Świetna włoska produkcja – „Suburra”, którą dosłownie połknęłam niecały miesiąc temu. Tak, niby stoi za nią Netflix, ale w wypadku Belfera jest fundusz od Canal+.

A serial o tym, kto i jak rządzi Rzymem, to zdecydowanie intymna historia pięknie penetrująca życie włoskiego Cygana, młodego gangstera, syna policjanta i kilku innych postaci, jak się okazuje, mających wpływ na polityczne rozgrywki w Wiecznym Mieście. Mamy jednak czas na poznanie motywacji bohaterów, dajemy się zaskoczyć, ich wybory są nieoczywiste, i absolutnie żaden bohater nie jest ani czarny, ani biały. Co bardzo uwiera mnie w „Belfrze”.

Sumując, jeśli ktoś nie ogląda produkcji brytyjskich, skandynawskich, a nawet włoskich, może faktycznie będzie zaskoczony „nowym ojcem Matuszem”. Tym razem zasiadającym za szkolnym biurkiem, a nie na ambonie.


A może się mylę, i Was „Belfer” rozkochał, a „Stranger Things” znudziło? Dajcie koniecznie znać!


Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x