Sweets or carrots?

Nie ma co zaprzeczać – pianki marshmallows w polewie czekoladowej są boskie. Jednak tak w diecie, jak i pielęgnacji, lepiej niż do cukierni, czasem warto pójść po rozum do głowy i wybrać się do… warzywniaka. Albo ziołowego ogrodu. Dzisiaj recenzja kilku kosmetyków, które powstały z wiary w moc natury. Jak się sprawdzają w świecie różowych cukierków, sztucznych aromatów i utrwalaczy?

Test Lony:  Yes To Carrots, mini box naturalnych kosmetyków marchewkowych do twarzy i ciała.

Zanim cokolwiek napiszę o ‚marchewkach’ muszę się do czegoś przyznać – uwielbiam serię ‚yes to’ w wersji pomidorowej (krem matujący + maseczka oczyszczająca są super) i ogórkowej (balsam do włosów to jeden z najlepszych kosmetyków pielęgnacyjnych, jaki przez lata wpadł mi w łapki). Często używam także balsamów do ust z tej serii (szczególnie fajny jest miętowy), dlatego, gdy dostałam od Prekursorek propozycję przetestowania serii marchwiowej wiedziałam, że pudełko trafi w dobre ręce.
W zestawie znalazły się mini wersje kremu nawilżającego do twarzy, żelu oczyszczającego, żelu pod prysznic i masła do ciała. Wszystkie przeznaczone są do cery normalnej. Kosmetyki Yes To Carrots są naturalne, nie zawierają barwiników, konserwantów i nie są testowane na zwierzętach. Można je kupić w Sephorach.
Najbardziej z serii lubię żel do mycia twarzy – delikatny, łagodny dla skóry, nie pozostawiający uczucia ściągnięcia po myciu z wodą. Żel pod prysznic też jest niezły, choć ukochanej Tołpy nie zastąpi. Natomiast masło do ciała, hmmm. Niestety nie mogę go ocenić gdyż w pudełku znajduje się trudna do rozprowadzenia breja o konsystencji starej wazeliny. Oj, coś mi się wydaje, że transport w chłodzie nie służy naturalnym kosmetykom. Nie zmienia to jednak faktu, że masło nadaje się do śmieci. Na szczęście podobny los nie spotka kremu do twarzy – przyjemnie pachnącego, dobrze nawadniającego skórę kosmetyku, który dobrze nadaje się dla młodej skóry.

Rezultaty stosowania ‚marchewek’? Czysta gładka buzia i czysta, choć nieco przesuszona skóra ciała. Cóż, chyba jednak wrócę do ogórków i pomidorów, bo marchewki wolę w… soku 🙂

Test Leny: Cytrusowe masło do ciała Pat&Rub oraz różany błyszczyk Pat&Rub by Merlin.pl

Żurawina i cytryna to najważniejsze ze składników, które wchodzą w skład masła do ciała od Pat&Rub. Zapach naprawdę przyciąga uwagę i miesza w głowie! W sam raz na zimowe dni, kiedy trzeba użyć wszelkich sił, by dodać sobie odrobiny energii. Ten zapach to ma. I na dodatek długo utrzymuje się na skórze, więc dawka pozytywnego szaleństwa jest z nami cały dzień! Producent wspomina, że konsystencja balsamu przypomina krem tortowy… W sam raz do schrupania, prawda? Faktycznie błyskawicznie się wchłania, jest lekki i nie tworzy na ciele tłustej warstwy. Co prawda skórka nie jest idealnie gładka, czuje się na niej emulsję, ale jest to pozytywne odczucie. Najważniejszy jednak dla mnie jest zapach cytrusów i to on sprawia, że mam ochotę używać owego masła dzień po dniu. Super!   

Różany błyszczyk Pat&Rub mieści się w bardzo poręcznym opakowaniu tubce, które lubię i zazwyczaj wybieram błyszczyki tak zamykane. To nie tylko poręczne, ale i higieniczne. Cóż, niestety kosmetyk poza cudownym zapachem i kolorem nie powala na kolana. Niestety nie utrzymuje się długo na ustach i jest dość ciężki. Nie daje też efekty błyszczenia, bardziej nawilżenia. Co jest jego plusem, zwłaszcza z w mroźne dni. Zapach spodoba się na pewno prawdziwym fankom różanych wonności, które (o dziwo!) u mnie się jakoś nie przyjęły. Prawdopodobnie jest to kwestia przyzwyczajenia. Na zachętę dodam jednak, że producent stawia właśnie na nawilżanie, a nie błyszczenie, więc jest usprawiedliwiony. .  

Fender Kot musi znaleźć się wszędzie!

 

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x