Co warto kupić (a czego nie) z The Ordinary w 2020 roku? 5 najlepszych i 5 najgorszych kosmetyków.

Kosmetyków The Ordinary zaczęłam używać latem 2017 roku. Łącznie przetestowałam około 40 różnych produktów. Niektóre z nich do dziś pozostają fantastycznymi kosmetykami, inne nie przetrwały próby czasu (bo na rynku pojawiły się lepsze zamienniki). Wybrałam 5 najlepszych kosmetyków The Ordinary, a także 5 „najgorszych” – te w cudzysłowie, bo niekoniecznie są złem totalnym, po prostu nie ma sensu ich już kupować.


Ułożyłam je w formie rankingu, ale oczywiście jest to lista subiektywna. Chętnie poznam Wasze top 5!



The Ordinary w 2017: narodziny gwiazdy


Niedawno minęły dokładnie 3 lata, odkąd zakochałam się w kosmetykach The Ordinary i napisałam o nich pierwszy wpis. Do dziś wpis artykuł z recenzją The Ordinary przeczytało prawie 300 tysięcy osób (dokładnie 294.500). Ja testowałam coraz więcej produktów, powstały kolejne teksty (około 10 artykułów, przeczytanych przez ponad pół miliona par oczu). Jedne kosmetyki były zjawiskami, inne średniakami. Pojawiło się też kilka bubli. W tym samym czasie marka stawała się coraz popularniejsza (trafiła do oficjalnej dystrybucji m.in. w Douglas) i mieliśmy do czynienia z prawdziwym boomem na TO. Śmiało można powiedzieć, że marka zrewolucjonizowała podejście do pielęgnacji także w naszym kraju.

A ponieważ sukces był ewidentny, inne brandy postanowiły pójść w ślady TO. Tak narodziły się m.in The Inkey List, Indeed Labs, czy ostatnio Revox. Spopularyzowały się też składniki aktywne, które znamy z kosmetyków Deciem (np. niacynamid, peptyd miedziowy, kwasy), a producenci coraz częściej zaczęli nie tylko oznaczać aktywne składniki w kosmetykach, ale także podawać ich zawartość procentową. Pamiętacie jeszcze, że kilka lat temu to była domena tylko marek aptecznych i pro?


Ten wpis jest częścią serii #TydzienPielegnacji – merytorycznych artykułów napisanych tak, aby razem tworzyły przewodnik po efektywnej i bezpiecznej pielęgnacji twarzy i ciała. Jeśli borykasz się z problemami z cerą, bądź poszukujesz wiarygodnych rekomendacji kosmetycznych, koniecznie sprawdź inne wpisy Tygodnia Pielęgnacji (tu). A jeśli masz dodatkowe pytania lub propozycje tematów, napisz do nas wiadomość na Instagramie.

W dużej mierze to The Ordinary zawdzięczamy, że w 2020 roku w każdej drogerii i sklepie internetowym (nawet perfumeriach) są kosmetyki marek tanich i ze średniej półki, które mimo niższej ceny działają często tak samo dobrze (o ile nie lepiej), niż produkty ekskluzywne. Jednak ten sukces i obfitość opcji do wyboru sprawiły, że coraz trudniej ocenić, czy kupowanie TO ma jeszcze sens.


Skoro możemy wybierać spośród setek innych, równie tanich kosmetyków, może nie warto sięgać po The Ordinary w 2020 roku? Cóż, i tak, i nie.


Są takie kosmetyki, które wciąż trudno zastąpić w podobnej cenie. Ale też takie, które w każdej chwili można skreślić z listy zakupów. Mam dla Was listę obu tych grup. Zacznę od piątki najlepszych, a potem przyjdzie czas na te „niekonieczne”.

Super piątka The Ordinary


1/ Serum peptydowe Buffet 


Mija czas, a nadal nie ma na rynku tak kompleksowego serum peptydowego w przyzwoitej cenie. Peptydy zadomowiły się w kremach i serum, także polskiej produkcji, ale zwykle dodaje się 1-3 i to w śladowych ilościach. A przecież The Ordinary Buffet (30 ml/ok. 65 zł) ma bodaj 4 różne kompleksy peptydowe. I to się czuje, bo poziom nawilżenia, łagodzenia i ochrony skóry po tym serum jest fantastyczny. Zużyłam łącznie 3 butelki (dwa klasyczne Buffet i jedną Buffet z peptydami miedziowymi) i nadal mam ochotę na więcej.


2/ Czerwony Diabeł: 30% AHA + 2% BHA Peeling Solution


Najczęściej kupowany przeze mnie produkt TO. Zawsze mam zapasowe opakowanie w domu. I choć zdarza mi się nie używać go przez dłuższy czas (zdradzam czerwonego diabła z droższymi peelingami, np Glycolic Lactic Radiance Mask REN), zawsze wracam. Bo w cenie 35 złotych za opakowanie Czerwony Diabeł deklasuje konkurencję. Jest tak samo skuteczny, jak drogie peelingi / maski kwasowe, łatwo dostępny i nie kosztuje wiele. Moja domowa ikona 😉


3/ Serum-olejek: Amino Acids + B5


To nie tylko lepsza wersja hitu The Ordinary, czyli kwasu nialuronowego z wit. B5. Serum Amino Acids + B5 jest moim osobistym wielkim odkryciem The Ordinary! Nie dość, że bardzo wszechstronne, to jeszcze o wspaniałej konsystencji i wielu zastosowaniach. Jakimś cudem nie jest szeroko znane w Polsce. A powinno! Podobnie jak Buffet to serum wieloskładnikowe, tylko skupione jest nie na peptydach, a substancjach łagodzących i wzmacniających naskórek. Zawiera aż 17% kompleksu aminokwasów, które sprawiają, że buzia jest nawilżona, utrzymują wodę w naskórku, łagodzą zaczerwienienia, podrażnienia.  Konsystencja jest bardzo ciekawa – jednocześnie wodna i delikatnie olejkowa. Serum błyskawicznie się wchłania, nadaje skórze natychmiast porcję nawilżenia, gładkości i wspaniałą miękkość.

Odpowiedni dla każdej cery – od suchej i dojrzałej, przez naczynkową, wrażliwą, mieszaną czy trądzikową. Kosztuje ok. 30 zł.


4/ Serum z pochodną retinolu: Granactive Retinoid 2%


Czas zweryfikował jakość i popularność całej gamy retinoli i retinoidów The Ordinary. Zdecydowanie najlepszym z nich jest najlżejsza w konsystencji (emulsja, nie olejek). Granactive Retinoid 2% to jedna z najdelikatniejszych, acz skutecznych, formuł z pochodną witaminy A, jaką znam. Sprawdza się jako „retinol” dla początkujących, osób z cerą wrażliwą, czy trądzikową. Jest turbo uniwersalny, a najważniejsze, że działa bez większych podrażnień. W cenie ok. 40 złotych nie znam nic lepszego.


 5/ Krem nawilżający: Natural Moisturizing Factors + HA


Pierwszy krem, który przychodzi mi do głowy, gdy mam polecić coś dobrego do każdego rodzaju skóry. Świetna receptura bardzo łagodnego kremu nawilżającego z kwasem hialuronowym oraz substancjami wzmacniającymi naturalną barierę ochronną skóry. Przydaje się na co dzień, a także po zabiegach dermatologicznych, opalaniu. I do ratowania skóry po podrażnieniach spowodowanych przez inne kosmetyki (albo wtedy, gdy przesadzicie ze składnikami aktywnymi).

Taki krem w aptece kosztowałby ponad 50 zł. Ale, że jest to krem The Ordinary, tubkę kupicie już za ok. 25 złotych.



Zbędna piątka The Ordinary


1/ Serum z kwasem hialuronowym 2% 


Oj, wiele się zmieniło odkąd 3 lata temu kwas hialuronowy The Ordinary stał się najmodniejszym serum (nie tylko tej marki, ale ever). Ja nigdy nie byłam jego szczególnym fanem (wolałam Marine Hialuronics, czyli serum TO oparte na algach), ale doceniałam relację jakości do ceny. Tylko, że… to było zanim kwas hialuronowy zaczęto dodawać do wszystkiego, a marki prześcigały się w umieszczaniu w recepturach coraz więcej form HA oraz różnej wielkości cząsteczek. Teraz serum hialuronowe TO nie jest zwyczajnie potrzebne. Podobne kupicie w każdej aptece, w każdej drogerii. Za podobne, jeśli nie mniejsze pieniądze.


2/ Tonik kwasowy: Glycolic Acid 7% Toning Solution


Podobnie, jak w przypadku kwasu hialuronowego, toniki z kwasami to w 2020 roku codzienność wielu z nas. Znajdziemy je w każdej drogerii. I nie potrzebujemy już TO, żeby mieć fajny tonik kwasowy w rozsądnej cenie (kto używał toniku Miya, ten wie!).

Ale to nie jedyny powód, dla którego odradzam GA7% Toning Solution. Z biegiem lat (i obserwacji Waszych wiadomości) doszłam do wniosku, że stężenie kwasu glikolowego jest tu jednak za duże, a skład pozostawia wiele do życzenia. To, co było ok jeszcze 2 lata temu teraz uważam za przestarzałą recepturę niegodną naszych twarzy. ot co!


3/ Serum Niacynamide 10% + Zinc 1%


Narażę się Wam tym punktem, wiem! To jest, po kwasie hialuronowym, najpopularniejszy produkt TO. Dla wielu z Was pewnie stały punk pielęgnacji i niezastąpione serum dla tłustej, trądzikowej cery. Nie odmawiam mu sławy. Faktycznie, temu serum zawdzięczamy ogromną popularność niacynamidu w kosmetykach. Ale, bądźmy szczerzy, istnieją już formuły lepsze. Takie, które nie wysuszają skóry, nie szczypią ani nie pienią się na twarzy. The Inkey List, SVR, Bielenda Professional… nawet Revolution zrobił to lepiej!

Tu znajdziesz recenzję polecanych serum z niacynamidem >


4/ Olejki zimnotłoczone


Zgrupowałam w tym punkcie cała grupę produktów – jednoskładnikowych serum olejkowych TO tłoczonych na zimno. Nie dlatego, że cokolwiek jest z nimi nie tak. Po prostu mamy w Polsce to szczęście, że rodzime marki produkują fantastyczne olejki w tak samo niskiej, o ile nie jeszcze niższej cenie. Więc po co płacić za The Ordinary, skoro można wspierać mniejsze, rodzime firmy i manufaktury?


5/ Kwas L-askorbonowy 100% i serum Vitamin C 23% Suspension


Zbyt drażniące, zbyt trudne w stosowaniu, zbyt ryzykowne w dozowaniu przez przeciętnego użytkownika kosmetyków. Choć swego czasu uwielbiałam Vitamin C 23%, to teraz uważam, że efekt nie rekompensował ryzyka. Już pomijając fakt, że grudki proszku rozpuszczonego w kremie trudno jest równomiernie i do końca wmasować w skórę (co sprawia, że jedne miejsca na twarzy dostają dużo witaminy C, inne prawie wcale), to trzeba mieć naprawdę grubą i odporną skórę, żeby zniosła tak intensywną kurację.

Jest tyyyle lżejszych i milszych formuł, nawet w portfolio samego The Ordinary (choćby serum z witaminą C Tetra). Szkoda skóry na takie eksperymenty.



A co Wy myślicie o The Ordinary w 2020 roku? Czy boom na markę już minął, czy wciąż są produkty, których używacie z przyjemnością? Jeśli tak, to dajcie znać, które!


Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x