Ulubieńcy sierpnia: kiedy świat beauty był żądny dramy! Ale nie na Blessie.

Gorący, urlopowy i przepełniony testami kosmetyków. Taki był tegoroczny sierpień, a jego podsumowanie znajdziecie w dzisiejszym poście. I tym razem mniej kolorówki, bo z tą byliście na blogu i instagramie na bieżąco.


I choć sierpień tego roku w świecie beauty zapamiętamy jako miesiąc afer, to u mnie odbyło się bez dram.



Włosy


Miesiąc rozpoczęłam od botoksu dla włosów. Thermo Repair to zabieg wzmacniający, odbudowujący i przywracający nawilżenie, gładkość włosom. Wykonany w niezawodnym, katowickim salonie Barocco pozwolił moim delikatnym, bardzo zniszczonym włosom wreszcie na chwilę wytchnienia, i naprawdę niezły wygląd.

Zabieg trwa kilkadziesiąt minut i jest to nic innego, jak naniesienie specjalnego płynu z ceramidami, który odbudowuje włosy. A Ty siedzisz pod tzw. sauną i zupełnie nic nie robisz. Jedynie co, to po zabiegu nie możesz myć włosów przez 48h i nie używasz przez ten czas żadnych produktów do stylizacji i pielęgnacji.

Minął prawie miesiąc, a ja widzę, że moje włosy są nadal w dużo lepszej kondycji niż zazwyczaj. Lepiej się układają, są miększe i gładsze. Nawet po 10 dniach mocnego słońca w Chorwacji, a przez to codziennym ich myciu. Już niebawem będę umawiać się na kolejną wizytę, bo regeneracja botoksem powinna być przeprowadzana co 6-8 tygodni.

Włosy tuż po zabiegu Thermo Repair w salonie Barocco.

Po zabiegu uznałam, że wybiorę pielęgnację kompleksową, ale nie bardzo skomplikowaną. Przede wszystkim ze względu na wyjazd. Jednocześnie zrezygnowałam z prostownicy i szczotki prostującej, a jedynym kosmetykiem „stylizacyjnym” był suchy szampon.

Wybrałam szampon i maskę do włosów od Phyto Paris, z serii do włosów farbowanych Phytomellisime. Produkty francuskiej marki mają bezpieczne składy, a w nich mnóstwo naturalnych składników, jak olejki z owoców, antyoksydanty, wyciąg z kwiatów jabłoni. No i nie zawierają żadnych siarczanów.

I co najważniejsze – są delikatne dla włosów. Zwłaszcza takich jak moje – zniszczonych, farbowanych, puszących się.  Nie będę Wam wmawiać, że teraz ma cudownie układające się, zdrowe pukle. Ale jest lepiej, i nie powtarzam jak mantry „nienawidzę swoich włosów”. Tylko daję im szansę na powrót do zdrowia.


Na koniec jeszcze słówko o suchym szamponie Nivea Fresh Revive. Okazało się, że w wersji Dark Tones radzi sobie jeszcze lepiej niż mój ulubiony Batiste. Spryskuję nim wyłącznie nasadę włosa, lekko wcieram i kładę się spać. Rano włosy wyglądają świetnie, i w takim trybie mogę utrzymać ich świeżość nawet do 3 dni (czwarty to pierwszy dzień, tuż po umyciu). No i bardzo ładnie radzi sobie z odrostami. Do tego nie brudzi skóry głowy i nie pozostawia tego nieznośnego osadu na włosach.


Makijaż


Na dzień dobry zacznę od dwóch sposób na piękne, rumiane policzki. Jeden to niezawodny róż od Benefit, tym razem w kolorze Gold Rush. Brzoskwiniowo-różowy, bardzo uniwersalny i na dodatek z lekkim błyskiem. Sprzyja opaleniźnie, pachnie jak cukierek i jak każdy róż od Bene jest bardzo ekonomiczny. Używałam go cały wyjazd do Chorwacji. Do każdego makijażu.

A jak wróciłam do domu, to zauważyłam, że w palecie Eveline – Blush Sensation 4:1, znajduje się bardzo podobny odcień, co Gold Rush. Więc wzięłam się za testowanie całej czwórki. W mini paletce znajdziemy dwa róże matowe i dwa błyszczące. Ładnie dopasowują się do skóry, są dość trwałe i jak za cenę 29,9zł, to niezwykle przyzwoite.

Przymykam oko na lekki osyp, mniej masełkowatą konsystencję i mniejszy pigment niż róż Benefit, bo kolory są naprawdę przyjemne.


Ten miesiąc upłynął również pod znakiem (niemal!) tylko jednego korektora pod oczy. I był to Flawless Fusion Ultra-Longwear Concealer od Laury Mercier. Bardzo ładnie kryjący, naprawdę mocno. Jednocześnie niezwykle lekko zachowujący się na skórze, zasługuje na mnóstwo ciepłych słów. Nie wchodzi w zmarszczki, nie warzy się, współpracuje z każdym pudrem, możecie nim zakryć także wypryski i poprawić makijaż w ciągu dnia. Bo nie zrobi na skórze ciastka!

Kosztuje 159 zł i ma 7 ml (do kupienia w Douglasie). I uwierzcie mi na słowo – nie potrzebujecie Tarte Shape Tape, by czuć się jak gwiazda, i to każdego dnia. Na dodatek zawiera w swojej formule witaminę C, więc działa również pielęgnacyjnie. To jest hit, o którym warto wspominać!


No i jeszcze słówko o czymś, co misie lubią najbardziej. Czyli rozświetlacz w płynie NARS w kolorze Copacabana. Kremowa konsystencja, lekka formuła mi cudownie, elegancki blask jaki pozostawia na skórze sprawiły, że mieszam go nie tylko z bazą (albo nakładam w ramach bazy dla makijażu twarz z efektem dewy), dodaję do podkładów, nanoszę na szczyty kości policzkowe, nad usta i nawet na nos, tuż przed pudrowaniem. A jeśli mi mało, to również i po nałożeniu pudrowego rozświetlacza.

Uwielbiam go za to, że się nie warzy, nie ciastkuje i wygląda bardzo luksusowo. Był moim faworytem podczas premiery NARS w Polsce i nadal takim pozostał. Niesamowicie wygląda również na opalonej skórze dekoltu czy ramion. Odcień chłodnawy, z różowymi podtonami i delikatnym, szampańskim błyskiem, to miła odmiana po efektach holo i klasycznym złocie.

Swatche produktów kolprowych

Akcesoria


W tym miesiącu wreszcie udało się nam poznać pędzle marki Hulu i od pierwszego użycia znalazłam swojego faworyta. To pędzel P60 do konturowania, bronzera i różu. Dla mnie ideał właśnie do podkreślenia konturu chłodniejszym odcieniem bronzera. Grube, ale zbite i dobrze ukształtowane włosie (syntetyczne) pozwala na narysowanie wyjściowej linii konturu i przepiękne jej roztarcie.

Całość pracy trwa dosłownie sekundy, pędzel nie robi plam i jest niezwykle intuicyjny. Jeśli szukacie dobrego pędzla w jeszcze lepszej cenie (39,90zł) to naprawdę ten model Hulu jest warty uwagi. A resztę kolekcji nadal testujemy i obiecujemy – wrócimy z podsumowaniem.

Ostatni w dzisiejszym rozdaniu to łup z H&M, i to na dodatek z wyprzedaży. Zapłaciłam za niego 5zł i jak się okazało sprawił mi wiele szczęście. Mówię o płynie do czyszczenia pędzli. Robi to szybko i skutecznie, więc nawet w trakcie makijażu możecie spryskać pędzel, wytrzeć go o szmatkę i malować bez obawy o pojawienie się niepożądanego odcienia na oku.

Jednak prawdziwe szczęście przyniósł mi, kiedy okazało się, ze rewelacyjnie czyści również zamszowe opakowanie cieni z Anastasii Beverly Hills. Moja paletka Modern Renaissance dużo przeszła i naprawdę wyglądała kiepsko. Wystarczyły dwa psiknięcia spreju, sucha szmatka i voila, ABH jak nowa.

Co jeszcze bardziej mnie cieszy, bo ostatnie cztery makijaże oczu właśnie stworzyłam przy pomocy mojej ukochanej Nastki.


Podobne wpisy