Ole Henriksen w Polsce! Co musisz wiedzieć, zanim kupisz te kosmetyki?

Absolutny pielęgnacyjny hit z USA wreszcie do kupienia w Polsce! Kosmetyki Ole Henriksen są uwielbiane za Atlantykiem, niektóre (np. serum z witaminą C, maseczka z kwasami, czy krem bananowy) mają wręcz status produktów kultowych. Ten ostatni jest zresztą w Top10 bestsellerów amerykańskiej Sephory w momencie, gdy piszę ten post. Cieszę się, że można je już kupić w Polsce (oficjalnie i bez przepłacania – na sephora.pl). Jednak jest kilka rzeczy, które o Ole musisz wiedzieć, zanim ruszysz na zakupy.


W tym wpisie podpowiem, na co zwrócić uwagę przed zakupem, komu Ole może się nie sprawdzić i które produkty są najbardziej warte Waszych pieniędzy.



Kim jest Ole Henriksen


Pochodzi z Danii, ale od lat mieszka w USA i to właśnie tam rozwijał własną markę kosmetyczną. Jego zainteresowanie pielęgnacją trwa już ponad 40 lat! Pierwsze centrum urody Ole Henriksen otworzył jeszcze w Danii, w 1975 roku. Na początku sam tworzył receptury kosmetyków naturalnych (podobno we własnej kuchni). Zainteresowanie formułami kosmetyków kontynuował w Londynie, gdzie studiował chemię kosmetyczną. Po przeprowadzce do USA otworzył SPA w Los Angeles. A od 1984 roku własną markę kosmetyczną. To znaczy, że kosmetyki z logo OleHenriksen mają już ponad 30 lat!

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Fill in the blank: I’m happiest when I ______ ! We’re happiest when we’re with Ole, of course. Happy #InternationalDayOfHappiness! 😊

Post udostępniony przez OLEHENRIKSEN (@olehenriksen)


Podobno zdecydował się założyć markę kosmetyków do domowej pielęgnacji na prośbę klientów, którzy chcieli odtworzyć w domach przyjemność rytuałów beauty, znanych ze SPA Henriksena. Jednocześnie Duńczyk podkreśla, jak ważne jest dla niego połączenie w recepturach produktów składników naturalnych z osiągnięciami nauki.

Ole jest żywą reklamą swoich produktów. Za miesiąc kończy 68 lat!


Za co Henriksena kochają Amerykanie?


Marka OleHenriksen jest jednym z najlepiej sprzedających się brandów pielęgnacyjnych w USA. To prawdziwy hit amerykańskiej Sephory. Kolorowe opakowania, dość krótka lista produktów podzielonych kolorami na 4 linie pielęgnacyjne (pomarańczowa rozświetlająca, zielona regulująca, biało-niebieska przeciwzmarszczkowa i różowa nawilżająca), ładne zapachy i niezłe ceny – to je wyróżnia. Także w polskich warunkach pielęgnacja OleHenriksen będzie jedną z tańszych w portfolio sephorowych marek. Kremy za 150-160 zł, serum za 200-250 zł, oczyszczanie w cenie 100-120 zł – jeśli porównacie te ceny z większością oferty w Sephorze, okazują się atrakcyjne.

To, co jest chyba największą zaletą pielęgnacji Henriksena to bardzo duża przyjemność z używania kosmetyków. Konsystencje są świetne, kosmetyki mają fajne pastelowe kolory i wesołe opakowania bez zbędnych ozdobników. Linie pielęgnacyjne nie są przesadnie rozbudowane. A do tego dostępne w ciekawych zestawach, w sam raz na wypróbowanie.



A co budzi wątpliwości?


No cóż, paradoksalnie trochę kuleją składy. To, co jest wielką zaletą tych produktów – zapachy, kolory, konsystencje – powstaje przez dodanie sztucznych kompozycji zapachowych, barwników, wypełniaczy. Jeśli liczycie na naturalne składy i eko opakowania, to nie w OleHenriksen.

Analiza listy INCI daje jeszcze jedno ostrzeżenie – chodzi o ilość wartościowych składników w recepturach. Niestety w większości kosmetyków producent nie podaje, ile wartościowych składników jest w formule. Ma to o tyle znaczenie, że np. w kremie z witaminą C nie wiemy, ile jej faktycznie jest. Lista INCI daje informację, jakiego rodzaju jest to witamina C, ale również nie widzimy ilości składnika. A to jest kluczowa informacja, zarówno w przypadku witaminy C, kwasów, jak i bakuchiolu (to składniki-gwiazdy większości produktów Henriksena).

I niestety zdarza się tak, że na liście INCI te wartościowe składniki są niżej, niż zapach i konserwant. A to często za mało, by produkt mógł dać efekt transformujący strukturę, czy jakość skóry. Zaraz wytłumaczę Wam to na przykładzie tych produktów, które testowałam zimą.


Recenzja serii Truth z witaminą C

Krem-żel na dzień, pianka do mycia twarzy, krem pod oczy, serum – dostępne też w zestawie za 179 zł


Swoje kosmetyki kupiłam we Włoszech jesienią (tam marka była dostępna wcześniej), a cały set zużyłam zimą, dlatego mogę się pokusić o recenzję niemal w dniu polskiej premiery. Pomijam piankę do mycia twarzy (bo nie można jej kupić w Polsce), skupię się na kremie do twarzy, pod oczy oraz serum.


1/ Serum Truth

Najbardziej znany kosmetyk OleHenriksen. Podobno dla wielu Amerykanek było to pierwsze serum z witaminą C. I nic dziwnego, bo jego cena jest w porządku (zwłaszcza opakowanie 15ml, które kosztuje 24$), konsystencja bardzo lekka, a zapach mocno cytrusowy (co się może podobać, choć tak naprawdę dla działania nie ma to kompletnie znaczenia).

Beztłuszczowe serum Truth w buteleczce 30 ml kosztuje 215 zł. Jest naprawdę przyjemne w użyciu, nie klei się, nie obciąża skóry. Bardzo je lubiłam przez pierwsze dwa tygodnie, potem doszłam do wniosku, że nie bardzo widzę efekt działania witaminy C. Mimo całej sympatii do konsystencji produktu, w składzie znajduje się tylko pochodna witaminy C (sodium ascorbyl phosphate – SAP), która nie ma szans na tak efektywne działanie na przebarwienia, czy koloryt, jak kwas askorbinowy, czy choćby witamina C tetra. To jest łagodna pochodna witaminy C, z dodatkowym działaniem antybakteryjnym. Do tego nie wiemy, ile jej tak naprawdę jest. To serum sprawdzi się dla początkujących, ale nie polecałabym go jako kurację przeciwzmarszczkową, czy na przebarwienia.


2/ Krem pod oczy Banana Bright

Żółciutki jak bananowe skórki, z niemal niewodocznymi drobinkami miki i bardzo, bardzo delikatnym zapachem (nie podrażnia oczu, duży plus!). Nawilża naprawdę dobrze, daje efekt natychmiastowego lekkiego rozjaśnienia i rozświetlenia okolicy pod oczami. Bardzo dobrze nosi się pod makijażem. Krem Banana Bright to bardzo dobra propozycja dla tych z Was, które oczekują od kremu przede wszystkim nawilżenia i rozświetlenia. Czyli znów – raczej dla pokolenia 20 i 30-latek bez większych problemów z cerą (bo jeśli liczycie na działanie witaminy C w składzie ostrzegam – znów jest jej niewiele).

Bardzo lubiłam używać go na dzień i myślę, że jest to kosmetyk, do którego wrócę.


3/ Krem-żel do twarzy C-Rush

Konsystencja tego kremu-żelu jest fantastyczna, a jego używanie do prawdziwa przyjemność. Jednak mocno przeszkadzał mi bardzo intensywny, cytrusowy zapach (tak mocny, że czasem aż łzawiły od niego oczy). C-Rush Brightening Gel-Creme zawiera witaminę C (tym razem jej nowoczesną wersję 3-O-Ethyl Ascorbic Acid), natomiast – po raz kolejny – nie wiemy ile.

Jeśli jesteście zdziwione, czemu z takim uporem dopominam się o zawartość procentową i rodzaj witaminy C w składzie – po prostu po zużyciu całej serii Truth nie widziałam efektu rozjaśnienia, rozświetlenia i zniwelowania przebarwień. Czyli tego efektu, z którego witamina C słynie. Miałam bardzo dobrze nawilżoną skórę i było mi bardzo przyjemnie używać kosmetyków OleHenriksen, natomiast liczyłam na więcej. Fejm tej marki chyba wywindował moje oczekiwania zbyt wysoko.


A może warto kupić coś innego?


No właśnie – fakt, że seria z witaminą C nie była dla mnie hitem sprawił, że zaczęłam poszukiwać innych propozycji. I analizować składy pozostałych linii. Nie mogę oczywiście napisać Wam recenzji kosmetyków, których jeszcze nie używałam, ale podpowiem, co ma ciekawe składy.

  • Maseczka PHAT Glow Facial – wygląda na to, że w tej recepturze połączono składniki aż 3 różnych formuł: maski glinkowej (oczyszczającej), peelingu kwasowego oraz maski nawilżającej (z glukonolaktonem, kwasem hialuronowym, gliceryną i olejkiem z chia). Maska ma aż 4,4 gwiazdki na 5 możliwych (z tysiąca recenzji na stronie Sephory w USA) i wygląda na naprawdę innowacyjny produkt.

  • Banana Bright Vitamin C Serum – nowe, lepsze serum Truth! Zamiast słabszej pochodnej witaminy C w postaci SAP, mamy tu nowoczesny 3-O-Ascorbic Acid i to już na drugim miejscu w składzie! Do tego rozświetlające pigmenty, znane z kremu pod oczy z tej serii oraz dużo składników nawilżających.

  • Balancing Force Oil Control Toner – jeśli masz cerę tłustą, skłonną do zanieczyszczeń i trądziku, ten tonik może Ci bardzo przypaść do gustu. Zawiera wręcz zatrzęsienie składników ściągających, antybakteryjnych, oczyszczających, tonizujących skórę. A także złuszczające kwasy AHA i BHA, ekstrakty z alg i zieloną herbatę. To jest prawdopodobnie mocna rzecz (choćby przez kwasy, miętę i eukaliptus w składzie), nie dla wrażliwców.


A jakie jest Wasze zdanie o OleHenriksen? Co planujecie kupić? A jeśli znacie już te kosmetyki – zdradźcie ulubieńców!


Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x