ZARA Beauty – najgorsza premiera kosmetyczna ostatnich lat. Zobaczcie dlaczego!

Międzynarodowy gigant modowy, jakim jest ZARA dobrze wie, jak zarabiać. W swoim asortymencie ma świetnie prosperujący dział Home, a od dawna mogliśmy kupić zapachy do ciała czy świece. Poszerzenie wachlarzu produktów o regularną kolekcję kosmetyków kolorowych było kwestią czasu. Zwłaszcza, że ostatnie lata pokazują, że to się wszystkim markom opłaca.

Przyznam szczerze, że liczyłam na wiele. Bo to kolejna marka fashion z własną półką beauty –  ma ją H&M, TOPSHOP, a nawet Primark. Biorąc pod uwagę, że ZARA często daje nam namiastkę „lepszej” mody, miałam spore nadzieje, że i kosmetyki będą co najmniej dobre. Stąd moje ogromne rozczarowanie i nie zamierzam szukać żadnej taryfy ulgowej dla ZARY.

Zwłaszcza, że dobrze wiemy, że kosmetyki drogeryjne w ostatnich latach zrobiły tak wielki progres, że nie tylko stają w konkury z tymi selektywnymi, ale nierzadko je biją na głowę. A niezależne marki z różnych krajów kreują trendy. Po ZARZE spodziewałam się jednak jeszcze więcej, co najmniej poziomu Nyx. Bo za produktami ma stać makijażystka Diane Kendal, która współpracuje np. z Marc Jacobs Beauty.

Swatche nie zapowiadały tragedii. Od lewej: sześć kolorów z paletki, bronzer, pigment balsam i szminka.

Jak coś tak ładnego, może być takie złe?


Opakowania produktów są genialne. Minimalistyczne, z modnym designem i luksusowych odczuciach przy oglądaniu, dotykaniu, otwieraniu produktów (ba! nawet kartoniki są super!). Ciężkie, solidne opakowania o nieregularnych kształtach przywodzą na myśl Fenty Beauty, i przysięgam Wam – szminka i bronzer prezentują się nawet lepiej aniżeli produkty Riri. Zapowiadało się zatem świetnie.

Otrzeźwienie przyszło po kilku minutach, a potem po testach, i zaraz o tym. Napomknę jeszcze, że to co jest bolączką wielu mniejszych marek, czyli kupno lub produkcja atrakcyjnych opakowań, dla ZARY to pestka. Bo małe firmy wybierają z tańszych, powszechnie dostępnych komponentów i kupują je w ograniczonych ilościach. Inditex (firma matka ZARY) może sobie pozwolić na ogromne inwestycje, przez co sam koszt opakowania znacznie się zmniejsza i tak bardzo nie przekłada się na cenę produktu.


No właśnie, przejdźmy do produktów. Bo chyba najprościej powiedzieć, że wkłady tych pięknych opakowań, to nic innego jak podróż w czasie, czyli witamy w 2006 roku.


To nie żart. Ja rozumiem, że generacja Z tęskni za lata mi ’00, ale to, co się wydarzyło z kolekcją, a w  zasadzie pięcioma produktami, które zakupiłam, to absolutna porażka. I już omawiam każdy kosmetyk po kolei, a przy okazji – jeśli macie wrażenie, że jestem na fotkach zła – nie mylicie się. Byłam, i to solidnie, wkurzona!

Pomadka w kolorze Nude Premiere.

Zacznę od pomadek – wybrałam dwa wykończenia i dwa odcienie, które finalnie okazały się niemal identyczne. Cóż, zdarza się, trudno. Pomadki przychodzą w zapakowane w eleganckie kartoniki i w ich wnętrzu macie 3 części – dwa to opakowanie, a jeden to pomadka w wymiennym wkładzie, którą instalujemy samodzielnie. Plus! Bo potem można kupić wyłącznie wkład. Czyli bardziej 2021 niż 2006? Do czasu.


Podczas instalowania wkładu do Stiletto Demi-Matte (39,9zł) połowa zawartości szminki została pod korkiem ochronnym wkładu. No cóż, – moje gapiostwo, trudno.

Zostało mi dokładnie TYLE szminki w opakowaniu. Ale ok – winię tylko siebie.

Sama pomadka, o wykończeniu półmatowym z witaminami, serum i dużym pigmencie, to lekko kremowy balsam, który obficie wylewa się poza usta. Pigment jest co najwyżej średni i naprawdę nie wiem, ile miałabym jej nałożyć, by uzyskać intensywny kolor, o którym wspomina producent na stronie. A gdybym to zrobiła, to i tak większość pewnie zostałaby poza konturem, bo mój sposób na nią – minimalna ilość, by się poza wargi nie rozlewała. Ekhem, w 2021…

Najgorsze jednak jest retro odczucie na ustach! Smak szminki, jak i zapach, przywodzą na myśl pomadki babci. Albo bardzo tanie szminki z drogerii.

Przy instalowaniu wkładu Tinted Balm Lipstick (49,9zł) byłam ostrożniejsza i muszę przyznać, że całość naprawdę prezentuje się luksusowo. Faktycznie, jest to lekko barwiący balsam do ust, komfortowy w noszeniu. Jego zapach i smak znów daje mi ten retro vibe, ale jest znacznie delikatniejszy niż przy poprzedniej szmince. Mój kolor to Say Kiss i żałuję, że jest na mnie tak ciepły. Z całego zestawienia, to produkt, który rozczarował mnie na najmniej i istnieje szansa, że wrzucę balsam do torebki. Co prawda osadza się lekko w na ustach, ale to widać już w zbliżeniu.

Jednak nie sądzę, by warto było na niego wydawać 5ozł. Podobny efekt zyskacie przy pomocy barwionych pomadek ochronnych, których w drogerii jest na pęczki. I kosztują nie więcej niż 15 zł. No chyba, że chcecie mieć balsam, który zachowuje się jak taki za dyszkę, ale w opakowaniu wyglądającym na 150zł.

Tak na wkurzonych ustach wygląda balsam ZARA Say Kiss.

Wracając do podróży w czasie… Oto jest pigment Metal Foil Loose (39,9zł), który przypomniał mi makijaż, jaki stworzyłam identycznym produktem na… studniówkę w 2006 alb0 2007 roku. Rozsypujący się wszędzie, niewygodny, spadający z powiek, osadzający się na całej twarzy pigment, który wysypie się z opakowania za każdym razem, kiedy go otworzysz. Będzie sypał się z aplikatora podczas aplikacji i brudził wszystko dookoła.

To, co leży na stoliku, to w żadnym razie nie celowo rozsypany kosmetyk, by ładnie wyglądał na fotce.

By aplikacja miała sens – najlepiej wysypać go na chusteczkę, wziąć mokry pędzel i wklepać. Choć i wówczas nie liczcie na to, że nie będzie osypów. Będą. Zmęczyłam się bardzo, choć sam kolor – Charisma, jest ładny. Może wystarczyłaby zmiana opakowania i rezygnacja z aplikatora?

PS: na studniówce używałam srebrno-szaro-błękitnego pigmentu z Inglota.


Przechodzimy czym prędzej do paletki cieni Earthy Warm (59,9zł) w wersji wymienialnego sekstetu. Tutaj znów mogę zachwycić się designem i spuścić zasłonę milczenia na jakość produktów. Które nas oszukują podczas swatchowania.

Wybrałam paletkę z trzema klasycznymi matami, matem z drobiną i dwoma błyskami. Uznałam, że to zestawienie pozwoli mi zrobić pełen mejkap oka, i jest to prawda. Dodam tylko, że to jedyna z paletek ZARY, która jest samowystarczalna. Przynajmniej według mnie.

Niestety, jakość cieni jest tak słabiutka, że wyceniłabym całość na 15zł. Matowy brąz jest brudny, beż się bardzo pyli, z drobinowego matu robi się bura plama, jeśli chcę nim przyciemnić zewnętrzny kącik, a oba błyski ciężko na oku takowymi nazwać. I tylko ten odcień śliwki dał się polubić. Mogłabym kombinować, jak ratować ten mat z drobinami (np. na mokrą bazę lub czarną kredkę), ale kurcze, jestem w 2021! Mam taki wybór świetnych cieni do powiek… I tylko tych pięknych opakowań żal, serio!


Przyznaję, że największe nadzieje wiązałam z bronzerem (69,9zł) – rewelacyjny design i kolor, który lubię – chłodne kakao, czyli Sublime Intense. Podczas swatchowania zauważyłam, że mimo matowej formuły, ma on w sobie błyszczące drobinki, ale przy rozcieraniu na dłoni wyglądały elegancko i subtelnie. No i przyszedł czas użycia bronzera na twarzy. Najpierw zerknijcie na zdjęcie.

Mamy tutaj pełen pakiet brunatnych plam, których nie potrafię ładnie rozblendować za pomocą żadnego z pędzli, którymi zazwyczaj się maluję. Od tych klasycznych do konturowania, aż po grube do pudru. Im bardziej rozcieram, tym plama się robi coraz bardziej błotnista. I brzydka.

I tak, zdaję sobie sprawę, że chłodne kolory mają w sobie sporo szarości, ale jako fanka tego typu odcieni, jakoś sobie radzę. No i nie tym razem. Żeby ratować produkt, będę go nakładać w minimalnych ilościach na wcześniej nałożony cieplejszy bronzer. No i sprawdzę, jak będzie wyglądał na powiekach. Taka szkoda!

Jestem rozczarowana, to jakby nic nie powiedzieć. Zawiedziona i zła, że taki gigant nie odrobił lekcji. Co poszło nie tak? Nie sprawdzili konkurencji? Użyli tanich formuł? Nie zrobili badań fokusowych na użytkownikach? Bo mnie się zwyczajnie nie mieści w głowie, by wpuszczać na tak mocno nasycony rynek, jakim jest kategoria beauty, tak słabe i byle jakie produkty ( w tak cudownych opakowaniach!).


I wiecie co? Najgorsze, że oglądam sobie visuale kolekcji na stronie ZARY, i do cholery – ktoś zrobił świetne, modne, nietuzinkowe mejkapy tymi produktami. Ktoś, czyli pewnie pani Diane Kendal. Mnie się nie uda.

Proszę Was ładnie – nie dajcie się zwieść. Nie potrzebujecie produktów ZARA Beauty na swojej półce.


 

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x