5 kilo mniej bez liczenia kalorii

Dokładnie miesiąc i 3 dni – tyle zabrało mi osiągnięcie wyniku
-5 kilogramów.
I nie zawdzięczam tego żadnej diecie
ani podejrzanym środkom.

Wiecie, dlaczego o tym piszę? Bo sama nie mogę uwierzyć! Od ponad dwóch lat kilka razy podchodziłam do problemu nadprogramowych kilku kilo, które zostały po ciąży i późniejszym trybie życia – zbyt szybkim, zbyt przeładowanym obowiązkami, gdzie kwestie jedzenia schodziły na dalszy plan. Nie pomagały programy 30 dni bez słodyczy, nie pomogła siłownia, ani nawet dieta 1200 kalorii wspomagana kapsułkami 3D chili. Mało tego – nie pomógł nawet dietetyk (no cóż, jeśli pani wciska mi 3 suplementy diety Herbalife i proponuje jajecznicę z 5 jaj pół godziny po przebudzeniu, to już po pierwszej wizycie można się było spodziewać, że nic z tego nie będzie).

Zaczynałam już myśleć, że jestem przypadkiem dietoodpornym. A poza kwestiami wyglądu, jest przecież zdrowie. I życiowe postanowienie, by nie być mamą jedynaka.

IMG_0479

Gdyby nie Dukan…

Francuski lekarz nie ma pojęcia, jak wiele mu zawdzięczam. Jemu i koleżance, która po latach postanowiła jeszcze raz spróbować jego diety. Jej się udało, ja po trzech dniach dowiedziałam się, że mięsa nie akceptuję w dużych ilościach, a wędlin nie jestem w stanie już jeść . Zrobiłam sobie wewnętrzny bilans. I sama sobie zostałam doktorem Dukanem.

Sekrety diety bez diety

Nie, nie jestem na diecie. W życiu nie nazwałabym tego sposobu żywienia dietą, bo nie mam jadłospisu, list zakupów, nie liczę kalorii. Zamiast tego przyjrzałam się swoim przyzwyczajeniom i postanowiłam sprawdzić, z czego mogę zrezygnować, a co absolutnie nie wchodzi w grę. Chcecie wiedzieć, jak jem, że chudnę?

  1. 100% smaku, zero cukru. Slogan Pepsi Max wcielam w życie, zastępując słodycz cukru ksylitolem i stewią, czyli naturalnymi słodzikami. Ucięcie tych kupnych (wyjątek: gorzka czekolada) spowodowało, że nie mam już faz na podjadanie. Domowy sernik, naleśniki z otrębami, czy pudding chia to pychotki, po których nie ma ani grama wyrzutów sumienia.
  2. Bezglutenowiec. I ja zostałam bezglutenowcem, kto by pomyślał! Ale zupełnie przypadkowo – chodzi o to, by nie jeść klusek, makaronów, ryżu – tego wszystkiego, co sprawia, że jestem zbyt napchana i czuję się źle.
  3. Jedno mięso dziennie. To zasługa pana Dukana. Jego dieta sprawiła, że mi się odechciało 😀 A tak serio – chude mięso max raz dziennie syci, ale pozwala kontrolować ilość cholesterolu (jak ma być zdrowo, to po całości). Za to ryb i białka roślinnego nie odmawiam sobie nigdy, bo mają zdrowe i potrzebne nienasycone kwasy tłuszczowe. Dlatego kolacja to u mnie sałatka z wędzoną rybą albo solidna porcja hummusu z selerem naciowym.
  4. Jak najwięcej warzyw! Nasza lodówka nie była jeszcze nigdy tak pełna. Warzywa w 3 posiłkach dziennie to standard, staram się, by było ich jeszcze więcej. Jem wszystkie i w każdej postaci. Najpyszniejsze są surowe albo z piekarnika. Frytki z selera, marchwi i batata są najpyszniejsze na świecie!

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA
    Frytki z selera i batata z mojo verde. Mniam!
  5. Nie liczymy kalorii. Zupełnie. Choć parę dni eksperymentalnie zapisywałam, ile zjadam i wyszło, że ok. 1500-1700 kalorii dziennie. Jak widzicie, to sporo. Na pewno więcej, niż w tradycyjnych dietach odchudzających. A chudnie się tak samo – kilogram na tydzień.
  6. Parowar wraca do kuchni. Jedzenie robi się w nim samo, wystarczy wrzucić składniki. Nieprzegotowane jest miękkie, ale elastyczne, ryby soczyste, warzywa rozpływają się w ustach. Nie smażę, wolę zjeść awokado, niż tłuste mięso z patelni.
  7. Więcej wody! I dochodzimy do punktu, który jest moim celem. Wciąż uczę się pić więcej czystej wody. Zimą jest trudno i w razie kłopotów z nawodnieniem ratuję się herbatami, ziołami, zupami. Zupa na kolację to (obok frytek i hummusu) najpyszniejsza opcja. Nawet kremy z mrożonek są super.
  8. Nowe smaki. Najfajniejszy aspekt poszukiwania zastępstwa dla mięsa, słodyczy i fast foodów to zmiana nudnego gotowania/zamawiania na przygody w kuchni. Chia, konjac, zielone curry w zupach (spróbujcie z pietruszkową!), pieczone warzywa, hummusy, jarmuż, seler naciowy, mleka roślinne… tyle smaków w miesiąc! Zdecydowanie moja niby dieta to jedyna dieta, która pozwala mi bezkarnie (a nawet z bonusem) pozostać żarłokiem.

Są efekty!

5 kilo mniej brzmi fajnie, ale pozytywnych efektów jedzenia ‚po nowemu’ jest dużo więcej. Więcej siły, energii, uśmiechu. Bardziej gładka skóra na ciele (przestałam się przesuszać na kolanach, łydkach itp.), mniej opuchlizny pod oczami rano. Zapał i więcej planów (tak tak, uczmy się biegać!). Nie piszę po to, by się chwalić, bo w zasadzie nie ma czym – efekt nie jest jeszcze jakoś szczególnie zauważalny dla otoczenia – ale nie ma uczucia głodu, frustracji dietą, tęsknoty za śmieciowym jedzeniem (nawet kurczaki z KFC mi niestraszne!). Nie ma tych wszystkich negatywnych skutków, które odczuwałam w zasadzie przy każdej próbie pomniejszenia swoich gabarytów.

image1 (2)
Wprawne oko zauważy nie tylko makeup, ale i mniej chomicze policzki 😀
IMG_0153
Na Facebooku prosiłyście o przepis oto on: mleko kokosowe do garnka (400 ml), do tego woda (300 ml), krewetki, pasta curry, mała cukinia, kilka pieczarek i gotujemy kwadrans. Na finał dodaję nać selera i makaron konjac (może być ryżowy)

Jak zacząć?

Nie będę Wam pisać, że jak wytniecie cukier z diety, na pewno będą efekty. Niektórzy (Lena) po mięsie czują się świetnie, a za sojowymi wynalazkami nie przepadają. Ale jeśli nie lubicie liczyć kalorii, a popularne diety nie przynoszą efektów, może warto spróbować po mojemu?

To jak, wyrzucamy diety do kosza?

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x