Sprawa wagi weselnej

Zawsze otwieram szeroko oczy ze zdziwienia, kiedy spostrzegam, że ktoś daje się nabrać na opowieść o „tym jednym wyjątkowym dniu” .

Zazwyczaj dają się nabrać kobiety. Faceci oddają im pałeczkę, godnie znoszą kolejne degustacje tortów i oglądanie firanek w nastej już sali/restauracji weselnej. Nie to, żebym miała coś do ślubów – szanuję wolę każdego, kto ma ochotę w obliczu urzędu bądź kościoła wypowiedź kilka formuł, by usankcjonować swój związek wobec sił wyższych lub tych urzedowych. Niektórzy robią to dla papierka, inni dla pewności, dlatego że taka jest tradycja, i dlatego, że wierzą i chcą dotrzymać sakramentu. Rozumiem, niekoniecznie zalecam, bo to decyzja indywidualna.


By być jeszcze bardziej wiarygodnym dodam, że przeżyłam i ślub kościelny, w uroczystości mieszanej; ateistyczno-katolickiej. Przeżyłam także własne wesele. I łzę ronię po dziś dzień, ciśnienie skacze do góry, kiedy przypominam sobie, że dałam się wmanewrowywać w owo wydarzenie.

Wina? Rodzina!

Muszę się wytłumaczyć nim zacznę opowiadać, że to kiepski pomysł. Bo skoro kiepski, to po co brałam w tym udział? Ano ze względu na Mamy, jak się okazało. Bo obie mamowe strony czuły, że tak być powinno i swoimi siłami przekonały. Brzmi jak komunał, ale jednak. Postanowienie, że ślub bierzemy przyszło dokładnie 6 grudnia, sam akt zaślubin odbył się 5 marca. Mniej więcej do świat trwały negocjacje wielkorodzinne na temat przyjęcia weselnego. Luby uległ pierwszy; poczułam, że na tym statku zostałam sama, uległam i ja. Żałuję.

W sowim dorosłym życiu przeżyłam wesel siedem albo osiem, włączając własne. No i na żadnym nie bawiłam się dobrze, dalej włączam w to własne. To dlaczego nie bawiłam się dobrze nawet na własnym?

Bo, po pierwsze, niewiele z niego pamiętam, jak i z samego ślubu.


Co pamiętam ze ślubu (a minęły zaledwie cztery lata)?

  • Że kupiłam kieckę na dzień przed uroczystością, w Vero Modzie za 129 zł. Noszę ją do dzisiaj. I to jest fajne.
  • Że w kościele zapomnieliśmy o tym, iż para i świadkowie powinni też mieć pieniądze „na tacę” i w trakcie trwania uroczystości rodzina zrzucała się drobniakami i podawała całej czwórce miedziaki do pierwszego rzędu.
  • Że byłam lekko ubrana, a nie zmarzłam, i że ksiądz nas rozśmieszał. Nie wiem co mówił – nie pamiętam ani żartów, ani kazania, niczego absolutnie.
  • Że pod kościołem był ogonek do składania życzeń, a na jego końcu lokalni menele z kwiatkami. Czekali na wódkę i chcieli koniecznie złożyć mi życzenia. Więc Rodzino i Przyjaciele – nie pamiętam Waszych życzeń bo skupiłam się na tych menelach, co odjeść z ogonka nie chcieli mimo próśb i gróźb braci Lubego mego. Odeszli jak dostali wódkę.
  • Że po przyjęciu wszystkich życzeń i obcałowaniu pod kościołem, nie miałam na twarzy grama makijażu. Malowałam się samodzielnie i od tego dnia wiem, że podkłady Inglota są do bani.
  • Że na tydzień przed zrobiłam sobie ombre i to też było spoko.

IMG_8797(2)-horz

O co chodzi z weselem?

Po pierwsze, jak już uległam, to postanowiłam, że musi być po naszemu, by choć trochę uśmierzyć ból. Podziękowaliśmy zatem za wszystkie zabawy weselne, włączając witanie „chlebem i sola (i wódką) pary młodej w progu restauracji. Mierzi mnie ten zwyczaj wyjątkowo bo tak nieudolnie nawiązuje do tradycji, że zwyczajnie ją ośmiesza. Nie było również oczepin, pierwszego tańca, rzucania bukietem, podziękowań dla rodziców, zabaw zmuszających innych do kompromitowania się i pocenia w najmniej odpowiednim momencie. Nie było niczego (za Kononowiczem). A nie, w sumie zapiliśmy lampiony i puściliśmy w nieco. Podobało mi się bo było nielegalne, ha!


Po drugie, konieczne, walczyliśmy jak lwy o muzykę. I pewnie podobała się wąskiej grupie. Nie było disco polo, przyśpiewek, biesiady, kaczuszek, walczyków i czego tam się nie śpiewa. Był swing, rock’n’roll, disco z lat 70 i 80’, i metal (na szatana!). Dominik-znajomy, który był dj, nie chciał się zgodzić „bo wesele to wiocha”. I wcale mu się nie dziwię, bo gra chłopak jako niszowy dj na alternatywnych imprezach (też OFFie). Zgodził się jak zobaczył nienachlaną playlistę. Muzyka to dla mnie podstawa; nie umiem wysiedzieć w knajpie, kiedy gra coś co mi nie odpowiada. I dlatego nie trawię muzyki weselnej.

Po trzecie – cała reszta. Właściciele restauracji, w której było wesele, nie chcieli się na nie zgodzić, bo to raczej skromne miejsce na wieczorki poetyckie. Ale ulegli. Bo chcieliśmy tej skromności, czystości, naturalnej atmosfery. Bez zadęcia. Stara, bielona chałupa w wiśniowym sadzie, wewnątrz oryginalnie drewniana, z antresolą, na której siedziała młodzież. Na stole białe obrusy, między zastawą szklane czerwone serduszka. Jako pamiątka dla gości i jak się przypadkiem okazało – motyw weselny (bo tort był tez biały i miał kilka czerwonych serc „rozlanych” na powierzchni, a i lampiony były czerwonymi sercami – przypadek!).

Reszta? Nie pamiętam, ot choćby jak wyglądały nasze zaproszenia.


Co pamiętam z wesela?

  • Że pobiegłam sprawdzić, czy tort jest tak skromny jaki miał być i czy przypadkiem cukiernik nie wsadził figurki młodej pary na czubek. Nie wsadził, a chciał.
  • Że Mama denerwowała się, że „zimna płyta” nie jest na czas. A była, zgodnie z ustaleniem.
  • Że nie tańczyłam w parach bo… nie znoszę w parach tańczyć w ogóle. Nie mam ochoty na partnera, który robi to, na co on ma ochotę. Bawię się sama ze sobą, wśród ludzi i tak mi dobrze.
  • Że wc było na dole, jakby w piwnicy.
  • Że nie było rosołu, a zupa-krem. Nie wiem jaki. Reszta jedzenia? Nie wie, nie wiem! Dużo jednak go zostało i jedliśmy go przez parę dni. I z tego momentu pamiętam schab ze śliwką.
  • Że mój Luby tańczył Queen.
  • Że wujek z Krakowa złożył mi fajne życzenia.
  • I jeszcze te nielegalne lampiony puszczone w nocne niebo.

I raczej, to by było na tyle.

Aa!

Po imprezie wróciliśmy do naszego nowego mieszkania. Świtało. I okazało się, że tego dnia wymienili klucze od klatki i o 5 rano budziliśmy sąsiadów, by nas wpuszczono. Luby nie chciał hotelu, bo w mieszkanku przygotował dla mnie niespodziankę, chyba mą ulubioną – wielgachnego miśka. I to pamiętam.

IMG_8976-horz

I kiedy tak to sobie podsumuję, to naprawdę nie było warto. Nie wiem ile osób bawiło się dobrze na naszym weselu. Nie byłam to ja. Na weselach innych ludzi, nie obrażajcie się, czekam do koło północy by się z nich jak najszybciej ulotnić. Nie bawią mnie tańce, zabawy, napuszona atmosfera. Nie lubię modny ślubnej, weselnych fryzur, pijanych wujów, drugiego ciepłego dania. Nie lubię spiny, sztucznego nadęcia i tego momentu, koło 21, kiedy tak naprawdę wszyscy są już zmęczeni, znużeni i przejedzeni. Nie dla mnie to, nie dla mnie.

Może mam ścisk tyłka, może nie potrafię się wyluzować.

Jednak biorąc pod uwagę koszty takich imprez, to najchętniej, Drodzy Młodzi, posłałabym Was na najpiękniejszy wyjazd w życiu, gdzieś daleko albo egzotycznie. I dam sobie rękę uciąć, że któryś z tamtych, wyjazdowych dni byłby tym naprawdę niezapomnianym.


Kontrargumenty:

„ten dzień chcę dzielić z bliską rodziną i przyjaciółmi” – rozumiem. Ale po co w takiej hucznej, sztucznej oprawie?

„bo kto bogatemu zabroni” – a, to przepraszam. Nie ja!

„bo tego dnia chcę czuć się wyjątkowo. Jak księżniczka” – oczywiście, jasne. W sukni z bajki, z tiarą na głowie i w szklanych pantofelkach. No, skoro ktoś ma takie potrzeby, i skoro księżniczką będzie tylko raz w życiu, to smutno…

„bo tak wypada, kuzyn miał, trzeba bo co rodzina pomyśli” – zapewne obrazi się i przeklnie na wieki. Taka to cudowna rodzina, którą na wesele warto zaprosić, oczywiście.


Pewnie o jakimś zapomniałam. To nie o to chodzi, że kogoś krytykuję. Ja tylko stanowczo odradzam. Z pełną mocą, świadomością, doświadczeniem. Bo ciąży mi balast marnotrawienia pieniędzy, niedopasowania kreacji do tańczenia kaczuszek, panny młode w sukniach jednorazowego użytku, i sztuczne sesje foto. O których banalności, powtarzalności i śmieszności powinnam napisać osoby post. (i dlatego  fotografa nie miałam i udawanej sesji tez).

3…,2…,1…: Możecie mnie znielubić.

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki
Akceptuj Cookie.
x