Sprawa wagi weselnej

Zawsze otwieram szeroko oczy ze zdziwienia, kiedy spostrzegam, że ktoś daje się nabrać na opowieść o „tym jednym wyjątkowym dniu” .

Zazwyczaj dają się nabrać kobiety. Faceci oddają im pałeczkę, godnie znoszą kolejne degustacje tortów i oglądanie firanek w nastej już sali/restauracji weselnej. Nie to, żebym miała coś do ślubów – szanuję wolę każdego, kto ma ochotę w obliczu urzędu bądź kościoła wypowiedź kilka formuł, by usankcjonować swój związek wobec sił wyższych lub tych urzedowych. Niektórzy robią to dla papierka, inni dla pewności, dlatego że taka jest tradycja, i dlatego, że wierzą i chcą dotrzymać sakramentu. Rozumiem, niekoniecznie zalecam, bo to decyzja indywidualna.


By być jeszcze bardziej wiarygodnym dodam, że przeżyłam i ślub kościelny, w uroczystości mieszanej; ateistyczno-katolickiej. Przeżyłam także własne wesele. I łzę ronię po dziś dzień, ciśnienie skacze do góry, kiedy przypominam sobie, że dałam się wmanewrowywać w owo wydarzenie.

Wina? Rodzina!

Muszę się wytłumaczyć nim zacznę opowiadać, że to kiepski pomysł. Bo skoro kiepski, to po co brałam w tym udział? Ano ze względu na Mamy, jak się okazało. Bo obie mamowe strony czuły, że tak być powinno i swoimi siłami przekonały. Brzmi jak komunał, ale jednak. Postanowienie, że ślub bierzemy przyszło dokładnie 6 grudnia, sam akt zaślubin odbył się 5 marca. Mniej więcej do świat trwały negocjacje wielkorodzinne na temat przyjęcia weselnego. Luby uległ pierwszy; poczułam, że na tym statku zostałam sama, uległam i ja. Żałuję.

W sowim dorosłym życiu przeżyłam wesel siedem albo osiem, włączając własne. No i na żadnym nie bawiłam się dobrze, dalej włączam w to własne. To dlaczego nie bawiłam się dobrze nawet na własnym?

Bo, po pierwsze, niewiele z niego pamiętam, jak i z samego ślubu.


Co pamiętam ze ślubu (a minęły zaledwie cztery lata)?

  • Że kupiłam kieckę na dzień przed uroczystością, w Vero Modzie za 129 zł. Noszę ją do dzisiaj. I to jest fajne.
  • Że w kościele zapomnieliśmy o tym, iż para i świadkowie powinni też mieć pieniądze „na tacę” i w trakcie trwania uroczystości rodzina zrzucała się drobniakami i podawała całej czwórce miedziaki do pierwszego rzędu.
  • Że byłam lekko ubrana, a nie zmarzłam, i że ksiądz nas rozśmieszał. Nie wiem co mówił – nie pamiętam ani żartów, ani kazania, niczego absolutnie.
  • Że pod kościołem był ogonek do składania życzeń, a na jego końcu lokalni menele z kwiatkami. Czekali na wódkę i chcieli koniecznie złożyć mi życzenia. Więc Rodzino i Przyjaciele – nie pamiętam Waszych życzeń bo skupiłam się na tych menelach, co odjeść z ogonka nie chcieli mimo próśb i gróźb braci Lubego mego. Odeszli jak dostali wódkę.
  • Że po przyjęciu wszystkich życzeń i obcałowaniu pod kościołem, nie miałam na twarzy grama makijażu. Malowałam się samodzielnie i od tego dnia wiem, że podkłady Inglota są do bani.
  • Że na tydzień przed zrobiłam sobie ombre i to też było spoko.

IMG_8797(2)-horz

O co chodzi z weselem?

Po pierwsze, jak już uległam, to postanowiłam, że musi być po naszemu, by choć trochę uśmierzyć ból. Podziękowaliśmy zatem za wszystkie zabawy weselne, włączając witanie „chlebem i sola (i wódką) pary młodej w progu restauracji. Mierzi mnie ten zwyczaj wyjątkowo bo tak nieudolnie nawiązuje do tradycji, że zwyczajnie ją ośmiesza. Nie było również oczepin, pierwszego tańca, rzucania bukietem, podziękowań dla rodziców, zabaw zmuszających innych do kompromitowania się i pocenia w najmniej odpowiednim momencie. Nie było niczego (za Kononowiczem). A nie, w sumie zapiliśmy lampiony i puściliśmy w nieco. Podobało mi się bo było nielegalne, ha!


Po drugie, konieczne, walczyliśmy jak lwy o muzykę. I pewnie podobała się wąskiej grupie. Nie było disco polo, przyśpiewek, biesiady, kaczuszek, walczyków i czego tam się nie śpiewa. Był swing, rock’n’roll, disco z lat 70 i 80’, i metal (na szatana!). Dominik-znajomy, który był dj, nie chciał się zgodzić „bo wesele to wiocha”. I wcale mu się nie dziwię, bo gra chłopak jako niszowy dj na alternatywnych imprezach (też OFFie). Zgodził się jak zobaczył nienachlaną playlistę. Muzyka to dla mnie podstawa; nie umiem wysiedzieć w knajpie, kiedy gra coś co mi nie odpowiada. I dlatego nie trawię muzyki weselnej.

Po trzecie – cała reszta. Właściciele restauracji, w której było wesele, nie chcieli się na nie zgodzić, bo to raczej skromne miejsce na wieczorki poetyckie. Ale ulegli. Bo chcieliśmy tej skromności, czystości, naturalnej atmosfery. Bez zadęcia. Stara, bielona chałupa w wiśniowym sadzie, wewnątrz oryginalnie drewniana, z antresolą, na której siedziała młodzież. Na stole białe obrusy, między zastawą szklane czerwone serduszka. Jako pamiątka dla gości i jak się przypadkiem okazało – motyw weselny (bo tort był tez biały i miał kilka czerwonych serc „rozlanych” na powierzchni, a i lampiony były czerwonymi sercami – przypadek!).

Reszta? Nie pamiętam, ot choćby jak wyglądały nasze zaproszenia.


Co pamiętam z wesela?

  • Że pobiegłam sprawdzić, czy tort jest tak skromny jaki miał być i czy przypadkiem cukiernik nie wsadził figurki młodej pary na czubek. Nie wsadził, a chciał.
  • Że Mama denerwowała się, że „zimna płyta” nie jest na czas. A była, zgodnie z ustaleniem.
  • Że nie tańczyłam w parach bo… nie znoszę w parach tańczyć w ogóle. Nie mam ochoty na partnera, który robi to, na co on ma ochotę. Bawię się sama ze sobą, wśród ludzi i tak mi dobrze.
  • Że wc było na dole, jakby w piwnicy.
  • Że nie było rosołu, a zupa-krem. Nie wiem jaki. Reszta jedzenia? Nie wie, nie wiem! Dużo jednak go zostało i jedliśmy go przez parę dni. I z tego momentu pamiętam schab ze śliwką.
  • Że mój Luby tańczył Queen.
  • Że wujek z Krakowa złożył mi fajne życzenia.
  • I jeszcze te nielegalne lampiony puszczone w nocne niebo.

I raczej, to by było na tyle.

Aa!

Po imprezie wróciliśmy do naszego nowego mieszkania. Świtało. I okazało się, że tego dnia wymienili klucze od klatki i o 5 rano budziliśmy sąsiadów, by nas wpuszczono. Luby nie chciał hotelu, bo w mieszkanku przygotował dla mnie niespodziankę, chyba mą ulubioną – wielgachnego miśka. I to pamiętam.

IMG_8976-horz

I kiedy tak to sobie podsumuję, to naprawdę nie było warto. Nie wiem ile osób bawiło się dobrze na naszym weselu. Nie byłam to ja. Na weselach innych ludzi, nie obrażajcie się, czekam do koło północy by się z nich jak najszybciej ulotnić. Nie bawią mnie tańce, zabawy, napuszona atmosfera. Nie lubię modny ślubnej, weselnych fryzur, pijanych wujów, drugiego ciepłego dania. Nie lubię spiny, sztucznego nadęcia i tego momentu, koło 21, kiedy tak naprawdę wszyscy są już zmęczeni, znużeni i przejedzeni. Nie dla mnie to, nie dla mnie.

Może mam ścisk tyłka, może nie potrafię się wyluzować.

Jednak biorąc pod uwagę koszty takich imprez, to najchętniej, Drodzy Młodzi, posłałabym Was na najpiękniejszy wyjazd w życiu, gdzieś daleko albo egzotycznie. I dam sobie rękę uciąć, że któryś z tamtych, wyjazdowych dni byłby tym naprawdę niezapomnianym.


Kontrargumenty:

„ten dzień chcę dzielić z bliską rodziną i przyjaciółmi” – rozumiem. Ale po co w takiej hucznej, sztucznej oprawie?

„bo kto bogatemu zabroni” – a, to przepraszam. Nie ja!

„bo tego dnia chcę czuć się wyjątkowo. Jak księżniczka” – oczywiście, jasne. W sukni z bajki, z tiarą na głowie i w szklanych pantofelkach. No, skoro ktoś ma takie potrzeby, i skoro księżniczką będzie tylko raz w życiu, to smutno…

„bo tak wypada, kuzyn miał, trzeba bo co rodzina pomyśli” – zapewne obrazi się i przeklnie na wieki. Taka to cudowna rodzina, którą na wesele warto zaprosić, oczywiście.


Pewnie o jakimś zapomniałam. To nie o to chodzi, że kogoś krytykuję. Ja tylko stanowczo odradzam. Z pełną mocą, świadomością, doświadczeniem. Bo ciąży mi balast marnotrawienia pieniędzy, niedopasowania kreacji do tańczenia kaczuszek, panny młode w sukniach jednorazowego użytku, i sztuczne sesje foto. O których banalności, powtarzalności i śmieszności powinnam napisać osoby post. (i dlatego  fotografa nie miałam i udawanej sesji tez).

3…,2…,1…: Możecie mnie znielubić.

  • Ja Cię nie znielubię, wręcz przeciwnie – lubię jeszcze bardziej 😉 Bo najlepsze są takie wesela, na których dobrze czuje się młoda para. Nie ma nic gorszego niż wesele robione pod dyktando Ciotki Klotki, które się potem wspomina z zażenowaniem. Mi się marzy huczne wesele, ale takie z klasą, nowoczesne, „miastowe”. Już mam wybrany kościół i restaurację, już wiem, że będzie dobra, różnorodna muzyka, tematyczne drinki (nie tylko czysta wóda), filmik z wesela a’la teledysk (a nie kilkugodzinne nagranie pokazujące całą mszę, całą imprezę, wujka śpiącego w sałatce…). Wszystko w głowie poukładane, ale pierścionka na palcu jeszcze brak ;P

    • Lena&Lona

      mnie się podobają bankiety, które widuję na amerykańskich filmach – eleganckie, tak jak mówisz „miastowe”. Tylko nie każdy wuj i Ciotka Klotka kuma o co chodzi ;)))))

    • Lena&Lona

      aa – to go ponaglaj:P

  • Nareszcie ktoś podziela moje zdanie.

    • Lena&Lona

      polecam się ;)))) załóżmy klub antyweselny!

      • Bardzo chętnie! 🙂 Ja pewnie za jakiś rok/dwa będę musiała zacząć myśleć o moim weselu. Już się boję… szczególnie teściowej, która kocha disco-polo i wielkie, falbaniaste, błyszczące suknie ślubne ;/

  • Justyna

    Pewnie w tym, co piszesz jest prawda. Ale pewnie jest też tak, że większość osób (zapewne głównie kobiet) dojdzie do takiego wniosku dopiero w przeddzień/dniu/dzień po swoim weselu. No cóż, ile ludzi tyle opinii i każdy będzie sobie robił jak się mu podoba, by na koniec móc stwierdzić „mądry Polak po szkodzie” lub w tym wypadku po wywaleniu kupy pieniędzy niepotrzebnie 🙂

    • Lena&Lona

      to racja – mądrość przychodzi po. a szkoda przecież!

  • Anita B.

    Widzę, że nie tylko ja czuję niesmak myśląc o weselichu w rodzimym wydaniu. Tak się zwykle męczyłam na tego typu uroczystościach, że był to dla mnie raczej towarzyski obowiązek niż przyjemność. No nie lubię i już, tej tandety w szerokim wydaniu. Przyśpiewek i przaśnych zabaw alergicznie wręcz. Podpitych biesiadników podobnie. Jak czytam i tak sporo wywalczyłaś i forma Twojej uroczystości była do przełknięcia. Ale tak czy siak nie lubię i dziękuję mojemu rodzeństwu, że ograniczyli się w tej kwestii tylko do obiadu w restauracji. Uff…:)

    • Lena&Lona

      wiem, że wywalczyłam kosztem dobrego humoru i oczekiwań niektórych. ale wyszłam z założenia, że nie jestem w stanie zadowolić wszystkich. skoro mogę zostać sobą, to zostanę;))))

      • Anita B.

        Czasami mam wrażenie, że zgrzyty i kwasy są częścią składową takich imprez. Gratuluję konsekwencji w walce o swoje 🙂

  • Kitekatu

    Nie umiem krótko pisać i już prawie opisałam moją historię ze ślubu, ale powiem Ci tylko, że masz rację 🙂 w 99 %

  • dagmarka

    Lubię i to bardzo 🙂 Zgadzam się w 100 % !

  • marcik

    Stara! Z gęby mi to wyjęłaś! że się wyrażę …
    Jak widzę te wszystkie „perfekcyjne” wesela to mnie szlag trafia hahha

    My mamy ślub w sierpniu, a wesele?… grill w ogrodzie ze znajomymi 😀 Już wszysztkie ciotki czyhaja na zaproszenie, a tu będzie klops, także ten- rodzinna ekskomunika na 100%

    Jedyne z czym zaszalałam- moje pierwsze, i pewnie jedyne- Purpurowe „lołbutiny” 😀 pozdrawiam AVE!

    • Lena&Lona

      grill – zajebioza! to rozumiem;)

    • marcik

      taaak 😀 już zamowilismy i znjaomego gospodarza prosiaka poćwiartowanego. także wszystko na ruszt 😀 na luzie, bez spiny. sasiadow mamy fajnych, wiec tez beda- i bez dzwonienia na policje 😉 –

  • irminator

    Fantastycznie to ujęłaś!! Właśnie z tych samych powodów powtarzam od kilku lat mojej rodzinie, żeby sie nie nastawiali na zadne wesele 🙂 część oczywiście ma ochotę mnie ukamienować za takie barbarzyństwo i zerwanie z tradycją jednak są też tacy, którzy… Gratulują rozsądku ( wsrod nich moja mama i teściowie)! I to juz postanowione, że ślub (kieeedys tam :)) bedzie skromny a zamiast wesela – wczasy!

  • Ja gdybym mogła cofnąć czas zrezygnowałabym z wesela. To samo co u Ciebie, ulegliśmy rodziom. Dziś zrobiłabym małe przyjęcie dla rodziców i przyjaciół i koniec. Teraz będziemy mieć 10 rocznicę ślubu, i na przekór wszystkim oczekiwaniom – imprezy nie będzie 🙂

  • Justyna S.

    Nie mogłabym się z Tobą bardziej zgodzić. Nie rozumiem kompletnie tej całej presji, żeby „celebrować hucznie najwspanialszy dzień swojego życia” – przy okazji zaciągając kredyt, a potem i tak nic z tego dnia nie pamiętać! Za to podoba mi się ten pomysł wesela-bankietu, o którym wspomniałaś w komentarzu, bo to chyba najfajniejsze wyjście. Zamiast 10 potraw – różne przystawki, zamiast litrów wódki – koktajle, lużna atmosfera, gdzie każdy może spędzić czas z kim chce, a nie z tymi, gdzie akurat ich usadzono. Przysięgłam sobie, że nigdy nie będę jak te kobiety, które od dzieciństwa planują w najdrobniejszych szczegółach swój ślub, ale jeśli kiedyś miałabym zorganizować swój, to właśnie byłby w stylu bankietowym. 🙂

    PS I pochwalam decyzje, co do sukienki! Nie dość, że praktycznie to jeszcze zyskałaś talizman szczęścia, który będziesz mogła założyć na inną szczególną chwilę. 🙂

  • Krzysia

    Leno droga…z 2 lata temu podpisalabym się pod tym co tu napisałaś, bo na każdy ślub który zaliczalam reagowałam dosłownie agresją i ciągłym zniechęceniem mojej drugiej połowy. Az pewnego razu w wakacje 2013 powiedziałam- cholera, co tam, bierzemy ten ślub. I tak się stało. I było totalnie po naszemu. Jestem pewna że panie z tzw salonu ślubnego uważany mnie za kosmitke bo reagowałam na nie alergią (tu na szczęście zawsze interweniowała moja siostra mówiąc proszę zabrać to coś). Kompletnie ucielismy temat ślubu w naszej rodzinie – nie zrobiliśmy niczego pod jej dyktando. I tak babcia musiała wreszcie zrozumieć, że nie wierzymy i do kościoła nie pójdziemy, że nie zaprosimy ludzi których wypada, ale których chcemy, moja teściowa musiała milczeć gdy powiedziałam jej ze żadnego dzika nie będzie i ze rosołu tez nie zje bo ja wolę krem. Piszę to wszystko nieco na wyrost- to co chcę powiedzieć to to, że my kompletnie nie przygotowaliśmy się do ślubu. Wszystko załatwione było szybko, spontanicznie i bez debat. Ja nie spędziłam wieczorów myśląc jaki co malec kolor, jak będę wyglądać. Złożyliśmy sobie przygotowane przez nas samych przysięgi i ja się czułam wtedy naprawdę jak fajna babka, która znalazła na tym świecie super faceta. Było bez schematów a jednak tak fajnie, że zaskoczyła sama siebie 😉

    • Lena&Lona

      No właśnie o tym wydaję mi się, że piszę. By nie ulegać presji – no i samego ślubu nie neguje. Tylko tej części drugiej – weselnej. Niestety często nie wychodzącej poza schematy, często robionej na zasadzie „zastaw się, a postaw się”.

  • Ha ha ja się też dałam rodzicom namówić na wesele, a od roku planowaliśmy bez i to była jedna z dwoch najgorszych decyzji w życiu.
    Ostatecznie nawet na swoim weselu nie byłam (choruje przewlekle) i wtedy mnie równo wzięło plus grypa i dla mnie zabawa skończyła się po 21. Zdążyłam z mężem zatańczyć, potem Izba przyjęć i po zabawie i tak niechcianej. Do tego część gości (w zasadzie gości rodziców) sugerowała, że na pewno się upiłam, lub jestem w ciąży – milusio.
    Generalnie wesele kosztowało za dużo stresu, nerwów, energii w przygotowania. No ale cóż, stało się i czasu nie cofnę niestety.

  • no to to ja rozumiem! Nie cierpię tych wszystkich obciachowych, zawstydzajacych ‚zabaw’ weselnych… My mieliy male przyjatko z najblizsza rodzina w ukochanej pizzeri! Ltora na ten jeden dzien cudowny wlasciciel zamienil na boska, kameralna miejscowke 🙂 zrobil nam niespodziankowy pokaz slakdow, a na gitarze zagral uzdolniony licealista! Ahhh bylo pieknie

  • GabiSBB

    Całe życie mialam identyczne podejście. Byłam na kilku weselach przyjaciół i źle się tam czułam więc swojego w ogóle sobie nie wyobrażałam….do czasu. Po zareczynach padl temat ze bierzemy cichy slub w malej kapliczce i cisnieniemy na lotnisko. I…nie pptrafilam sobie tego wyobrazic! Jestesmy bardzo zzyci z rodzicami i rodzenstwem, mamy mnostwo znajomych ktorych lubimy i szanujemy…Jakos nie moglam sobie wyobrazić ze w tym dniu ich przy mnie nie ma a jesli beda to tak po prostu ich zostawie i pojade sobie. A oni co? Beda stali pod tym kosciolem i zastanawiali sie co teraz? Juz widze jak mpja mama ociera lzy wzruszenia i kmini z tesciowa ze w takim razie to moze chodzmy na jakas kawke czy cos…I nie choszi mi o to ze zrobilam wesele bo balam sie co mama pomysli, zrobilam je wlasjie z milosci do rodzicow, przyjaciol, rodzenstwa. Ostatecznie zdecydowakismy sie na rustykalne wesele w pieknym miejscu w Jaworzu Nalezu i do dzis nasi goscie mowia ze bylo to najlepsze wesele na jakim byli. Moze nie huczne bo nieco ponad 50 osob a ja w sukience z wyprzedazy i butach antyslubnych z Zary ale liczyl sie klimat. I mozecie mowic co chcecie ale klimat tworza wlasnie panstwo młodzi bo to ich dzien i od tego jak do niego podejda zalezy wszystko. Jesli poddadza sie naciskom lub nie maja wlasnego pomyslu i biora wszystkie opcje, caly pakiet slubny w ciemno to potem wychodza takie wesela-horrory z ktorych chce sie jak najszybciej uciec.

  • wzielam ślub bo … Mam starszego męża, po rozwodzie, ze starszym synem;)chciałam zeby nasz synek ( a niedługo dzieci ) miał uregulowana sytuacje prawna w razie czego… Dodam ze jesteśmy dwóch rożnych narodowości, mieszkamy w innym kraju i uznałam, ze przy różnorodności przepisów legalne małżeństwo rodziców jest najbezpieczniejsze …ślub to my, nasz syn, świadkowie i jedna ciocia ( do opieki nad małym ), szybka piłka, dużo śmiechu … Maź zamiast powiedzieć prawnie poślubiona żona rzekł ukochany, poślubiony nóż …. Czyli trochę sie zestresował 😉 potem obiad w restauracji w tym samym gronie i po krzyku … Cos jak miła, rodzinna niedziela 🙂 po kilku latach nawet przez monent nie żałowałam a rodzina oswoiła sie z myślą i wybaczyła 😉 nie jestem aktorka , nie biorę udziału w teatrzykach 🙂

  • Samselka24

    A ja cię uwielbiam za ten wpis 😉 My mieliśmy obiad weselny w restauracji do tego kawa, ciasto i tort. Po tym poszliśmy z gośćmi do domu gdzie posiedzieliśmy kto chciał ten tańczył i nie zamieniła bym tego dnia na żaden inny . Nie wyobrażam sobie zrobić wesela w remizie ale podjechać limuzyną by sąsiedzi zazdrościli :-p Albo zaprosić wujka ciotecznego szwagra syna by podeptał mi paluchy przy tańcu połamańcu 😀 Na naszym weselu z nami i dziećmi było 25 osób i ze szczerego serca powiem wam ze cieszyłam się jak diabli bo ten dzień spędzałam z najbliższymi mi osobami 😉

  • Ona

    Ja z moim chłopakiem już dawno ustaliłam, że jeżeli do ślubu dojdzie, a takie są plany, to żadnego wesela. Tylko najbliższa rodzina i świadkowie. Ba, nawet ślubu kościelnego nie chcemy. Ja nawet nie chcę białej sukni (myślę o błękitnej). Po złożeniu przysięgi wybrać się po prostu do restauracji na obiad i tyle. Wiem, że moi rodzice całkowicie mnie poprą, nie wiem jak mama Bartka, bo ona lubi „się pokazać”, ale będzie sama przeciwko reszcie, więc się nie obawiam. Oboje nie lubimy tańczyć, wolimy posiedzieć, pogadać, więc myślę, że takie rozwiązanie będzie najlepsze.

  • A wiesz, mi by może i to całe wesele się podobało, gdyby ktoś zajrzał do mojej głowy, zobaczył jak powinno wyglądać i wszyyyyystko zorganizował za mnie. Tak. To by przeszło. W innym wypadku będzie ciężko.

  • magda-lena

    Na reszcie ktoś prawdę pisze. Moje wesele to też koszmar. Niby mała kameralna impreza dla najbliższych… Tylko 30 osób. Zaproszenia wydrukowane w domu. Muzyka z pożyczonego laptopa. Nieprzyzwoicie skromna suknia i szaleństwo fryzjera na mojej głowie. Tyle z idealnego planu. A rzeczywistość? Podpity wujek wymyślił konkurs która rodzina więcej wypije. W efekcie tego drugi wujek mało nie bije się z bratem męża. Ten pierwszy wujek cały wieczór wypomina ze nie zaprosilam taty całego rodzeństwa- bagatela tylko 7 czy 8 osób z rodzinami. Nawet dobrze nie wiem ile ich jest bo nie znam. Ostatecznie wszyscy rozeszli sie obrażeni, my sami musieliśmy zwinąć cały sprzęt. W domu obraza bo moi goście zostali odwiezieni pierwsi. U męża obraza bo wesele było a po weselu nie ma co jeść. Gnaliśmy do nich w południe z odebranym z sali jedzeniem bo z głodu pomrą. Pocieszać się ze na większym weselu byłoby więcej zgrzytów…

  • Lili

    Tym wpisem ratujesz życie „prawie-złamanym” przez gremium mamowe.

    Teraz już wiem, że absolutnie nie ustąpimy! Już na etapie ślubu nic, tylko pertraktacje. Jakby nagle rodziny wstąpiły na wojenną ścieżkę, dla niepraktykujących katolików ślub kościelny jest ni z tego ni z owego najważniejszą rzeczą na świecie, a i to nie koniec.

    Niestety, nie jestem urodzoną organizatorką. Moja druga połówka jabłka też nie. I nie wiem, skąd te wszystkie opowieści o „bajkowym” weselu, to raczej przepis na spiralę stresu. Szczególnie, jak się pracuje i jeszcze zamiast relaksu po pracy trzeba zająć się jakąś wydumaną uroczystością. Nie i nie.

    Dla mnie ślub to przeżycie intymne, prywatne. Chętnie połączę go z obiadem i kolacją dla najbliższej rodziny oraz przyjaciół. I nikogo więcej. Nie rozumiem, czemu ludzie nieobecni w moim życiu mieliby nagle wkraczać w nie w takiej chwili. A jeszcze bardziej niezrozumiałe jest to, dlaczego tyle osób uważa, że to konieczne.

    Pozdrowienia, dziewczyny 🙂

    • Lena&Lona

      Trzymam kciuki! Absoltunie sie nie daj bo nawet po komemtarzach wyzej widzisz, ze malo kto wspomina dobrze ta decyzje!

  • gabiii

    A ja mam mam mieszane uczucia. Na moim wesele bawiło się 70 osób. Grała sześcioosobowa rockowa kapela, oczywiście nie było disco polo ani żadnych kompromitujących zabaw. Wszystko na najwyższym poziomie bo nie lubimy tandety. Ja z kolei na przekór powiem, że moje wesele było najlepszą imprezą na jakiej byłam, bawiłam się fantastycznie. Goście ku mojemu zaskoczeniu byli zadowoleni.
    Twoje argumenty są zasadne i bardzo zgrabnie przekazane 😉 co kto lubi. Ja byłam szaloną rockowä panną młodą 🙂
    Świetny blog dziewczyny! 🙂

    • Lena&Lona

      Jesteś chyba w gronie tych szczęśliwców, którym się udało;))

      dziękujemy bardzo!:*

  • Jeszcze raz napiszę – świetny wpis <3

  • Emilia

    Mysle dokladnie tak samo 🙂 ja myśle, że najlepszym rozwiązaniem jest własnei rodzinny obiad i potem impreza dla znajomych. Rodzina jest mała wiec można zrobić piekny kameralny obiad i przy okazji znajomi mają czas zeby sie przebrac (jesli ktos woli) i wieczorem isc na impreze weselną 🙂

  • Pat

    doskonałe! dziękuję za ten wpis 😀

    • Milena Paciorak

      Bardzo się cieszę:)
      Podobnych komentarzy były naprawdę sporo, ale podczas przechodzenia na włąsny serwer zniknęły. Więc jest nas więcej:)))

  • sophie czerymoja

    U nas był skromny ślub cywilny plenerowy, potem szybki obiad, tort i koniec.
    Część rodziny to zaakceptowała, część nie, ale to nie był mój problem 🙂

  • Marta

    Suuper wpis i dobrze, że ktoś to w końcu napisał! Ja sądzę tak samo. My robimy kilkugodzinne przyjęcie (obiad, tort) z elementami, ktore nam się podobają (np. toasty). Jest to opcja pośrednia, i tak wydamy za dużo 😀 ale jeszcze w granicach rozsądku 😀

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki
Akceptuj Cookie.
x