Kasia Tusk „Elementarz stylu” – lektura obowiązkowa dla gimnazjalistek?

Przyznam się Wam, że czekałam na książkę Kasi Tusk. Nie dlatego, że jestem szczególna fanką jej bloga – zaglądam tam od czasu do czasu, niekoniecznie regularnie. I zawsze wychodzę z niego z myślą, że jest czysty, estetyczny, przejrzysty, minimalistyczny. Że to dobry adres dla wszystkich, którzy zaczynają zabawę w sieci i nie do końca wiedzą jak przekazywać treści, by były one przyjemne dla oka. Na MLE nie znajdziemy niczego, co drażni i wprowadza zgrzyt w harmonijny, nieco sielski klimat.

Czekałam na książkę Kasi bo miałam wobec niej pewne oczekiwania. I wobec książki, i wobec Kasi. Prawdopodobnie żadna z dziewczyn, która prowadzi bloga o podobnej tematyce nie wzbudzałaby we mnie takiej ciekawości. Stety lub nie, od Kasi wymaga się więcej. Zwłaszcza, że jej postawa przyjęta wobec mediów (pominąwszy wątek Tańca z Gwiazdami) jest raczej asekurancka. A przecież wydanie książki i jej promocja nieuchronnie kojarzy się z bywaniem, opowiadaniem, odkrywaniem tajemnic. Bo przecież nic tak nie robi dobrze sprzedaży jak pikantna historia czy anegdotka ze znanym politykiem w tle.

Od Kasi i jej „Elementarzu Stylu” dostałam to czego się spodziewałam, choć mogłam oczekiwać jeszcze więcej.


Czego brakuje? Co w nim jest? Niech tytuł Was nie zwiedzie, nie mam na myśli nic złego…


elementarz stylu-kasia tusk (7)


Bardzo piękna forma


Zacznę od opakowania, bo forma książki zasługuje na ciepłe słowo. Piękne wydane, w klimacie książek z dawnych lat. Gruba oprawa w materiale przypomina mi lektury z biblioteczki dziadka. Byłoby naprawdę wspaniale gdyby nie fakt, że książka obita jest jasnym materiałem, który w mig się brudzi. Tylna obwoluta mojego egzemplarza już nie jest pierwszej świeżości, a ma zaledwie pięć dni. Jeśli zatem kupicie książkę na prezent, to koniecznie należy go zapakować i raczej nie kartkować.

Gruby, kredowy i zmatowiony papier to kolejny plus. Czcionka jest prosta, czytelna i choć czytałam książkę w nocy (lektura na jakieś 1,5 h), to nie doszukałam się żadnych błędów, nawet bękarta. Zdania są proste, zazwyczaj dość krótkie, tak by przekaz trafiał jasno i bezbłędnie do naszych głów. I stąd też tempo w jakim pochłania się wydawnictwo. Przy 18 rozdziałach i ponad 230 stronach myślałam, że będzie to trwało nieco dłużej. I tutaj oczekiwałam od TEJ Kasi więcej, ale przecież nie każdy jest pisarzem, prawda? Mamy formę dziennika, listu do czytelniczek, standardowego wpisu na blogu, w osobie pierwszej.

Oczywiście nie specjalne gratulacje zasługują fotografie. Piękne, wysmakowane, eleganckie. Dokładnie takie jakie znamy z MLE. I takie jak lubimy oglądać. Kasia z resztą wyraźnie podkreśla, że fotografia jest jej pasją, w żadnym razie nie ubrania. I to jest właśnie credo jej „Elementarza stylu”.

elementarz stylu-kasia tusk (5)


Dlaczego dla gimbazy?


Zawężę pole – dla dziewczyn w wieku 12-15 to lektura naprawdę obowiązkowa, i już spieszę z wytłumaczeniem dlaczego. Bo po pierwsze jest napisana prostym językiem. Kasia nie stawia się w roli wszystkowiedzącego znawcy, ale starszej koleżanki, która doskonale pamięta jak to jest popełnić niejedną gafę.

Po drugie to naprawdę przewodnik dla wszystkich zagubionych dziewcząt, które usilenie poszukują stylu. Sama miałam lat 13 i wiem jak bardzo dziewczyna chce wówczas dobrze wyglądać. A natura jest jej wroga i przeszkadza jak tylko może.

Nie będę wkraczać na zawiłe ścieżki, w których na pierwszym planie pojawia się hiperseksualizacja nastolatek i ciągłe robienie z nich „małych dorosłych”, bo to nie czas, nie miejsce.

elementarz stylu-kasia tusk (3)

Jednak, żeby nie było tak różowo to dodam tezę może niezbyt przyjemną – to lektura dla tych dziewczyn, które nie chcą i nie lubią wyróżniać się z tłumu. I gdybym przeczytała ją wtedy, kiedy miałam lat 13 to i tak niewiele wyniosłabym z niej dla siebie. Dlaczego? Bo to co proponuje Kasia to pochwała przeciętności. Ja w wieku gimnazjalnym wolałam czarne sztruksy, t-shirt z Nirvaną i poezję Tadeusza Micińskiego. A przecież takich nastolatek, które gustują w czerni i „trudnej doczesności” jest mnóstwo.

Uważam jednak, że nauczycielki mogą zalecić na godzinie wychowawczej (alb spotkaniu z higienistką) swoim uczennicom przekartkowanie książki. Może nawet wspólne odczytanie kilku zasad? Bo Kasia uczy umiaru, dobrego smaku, przystosowania się do panujących wokół zasad (szkolnych, biurowych, formalnych, imprezowych). Gdyby każda gimnazjalistka stosowała się do zasad z „Elementarza stylu” to świat może byłby nudny, ale bardzo dobrze skrojony.


Co jest, a czego nie ma w „Elementarzu Stylu”?


Nie chcę dawać tutaj cytatów, bo książka jest tak lekka, że jeśli ktoś chce po nią sięgnąć, to zrobi to. A nieprzekonanych i tak nie przekonam cytatem. Opowiem jednak pokrótce co możecie w niej znaleźć.

  • kilka dobrych (i chyba teraz super modnych) rad o tym jak uporządkować swoją szafę. W skrócie – uszczuplić maksymalnie. A potem… wybrać się, oczywiście, na zakupy.
  • dostaniecie również pakiet informacji o tym co warto mieć w swojej szafie, by posiąść niezbędną bazę do udanych stylizacji. Przyczepię się tutaj kilka faktów, ot np. Kasia raczej ubrała dziewczyny, które wyglądają jak ona, ewentualnie mieszczą się w rozmiarze powiedzmy do 40. Nie ma jednak mowy np. o dużym biuście, brzuszku, grubszych łydkach… Generalnie nie mamy tutaj żadnej opowieści o tym jak radzić sobie z niedoskonałościami (poza taką, że warto wziąć się za siebie i zadbać o swoje ciało). Będąc złośliwą powiem –Kasia za wiele niedoskonałości nie ma, więc się nimi nie zajmowała (choć podkreśliła, że jej nogi do najdłuższych nie należą). Jednocześnie mogę uznać to za zaletę – blogerka przecież nie jest znawcą sylwetek, ani kolorów i nie zamierza doradzać, a jedynie opowiada O SOBIE.
  • dodatkowo będzie również kilka zdań o tym jak nosić się na randki, obiady u rodziców, do biura czy na wesele. Rady znane, zebrane w jedno miejsce, poparte konkretnymi stylizacjami.
  • są jeszcze cztery rozdziały o miastach inspiracjach i co warto mieć w swojej szafie, by dodać jej trochę paryskości, kolorów z Nowego Jorku, kobiecości rodem z Mediolanu i… staroangielskiej elegancji. To ostatnie mnie odrobinę zdenerwowało, bo Londyn to miasto krańców. Z jednej strony ogromna rola klasyki i tradycji, a z drugiej wielki kult subkultur, buntu, niezależności. I choć zdaję sobie sprawę, że modsi, punki, goci, rude boys i piewcy glam rocka to niekoniecznie inspiracja Kasi, to jednak oni definiują ulice Londynu. Jak mało kto!

I co na podsumowanie?

Moja opinia jest skrajnie różna. Bo dla siebie nie znajdę tutaj podpowiedzi jak się ubierać. I to dlatego, że mój styl i gust jest w pełni jasny . I dość odległy od kobiecych trenczy, jasnych sweterków, spódniczek z koła i balerinek (naprawdę nie znoszę tego fasonu, w swej szafie mam jedną parę czekającą na odpowiednią konstelację gwiazd , która wpłynie na mnie i poczuję chęć ich założenia, a Kasia poleca mieć dwie pary takowych). Nie lubię takiej poprawności, choć… nie twierdzę, że mi się ona nie podoba. Tylko mnie do niej daleko.

Uważam jednak, że nie tylko gimnazjalistki mogą znaleźć dla siebie dobre wskazówki, zwłaszcza jeśli ubranie ma być dla nich funkcjonalne, estetyczne i podkreślać ich walory (w przyzwoity sposób!). Będąc złośliwą, powiem nawet, że mam kilka koleżanek, którym podarowałabym książkę z nadzieją, że wezmą do siebie rady Kasi i przestaną wybierać mało gustowne, brzydkie w formie i słabe jakościowo ubrania, a nie są to koleżanki, które kochają grunge i mówią – who cares?, ale takie co kupują, wydają i lubią mieć (i kto mnie teraz nie lubi? ;). Kasia naprawdę napisała wiele, by kobiety nie… robiły sobie krzywdy modą i była ona tylko dodatkiem do ich życia.


Co może być całkiem optymistycznym zakończeniem.


elementarz stylu-kasia tusk (1)

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x