Kosmetyczne buble 2014 w drugiej odsłonie

Skoro jesteśmy w ducie, to podwójna ilość dobrych i złych odkryć kosmetycznych (i nie tylko) pewnie Was nie dziwi. Zeszłotygodniowa lista bubli roku 2014 Lony spotkała się z wielkim zainteresowaniem! Pewnie, że to co dla mnie jest świetne, dla kogo innego może okazać się bublem. I odwrotnie. Często się to nam zdarza nawet tutaj, na Blessie. Jednak nic nie robi tak dobrze jak opinia drugiej osoby. Bo dany kosmetyk przesuszył moje włosy, a Wasze również mają z tym kłopot, to istnieje wielka szansa, że się nie polubicie. A co wygooglujecie to Wasze! Przed Wami lista niezwykle subiektywna; znajdują się w niej produkty cenionych marek i drogeryjne. Mam nadzieję, że zapobiegnie ona wielu tragediom.

1. Makijaż: twarz

twarz1

Benefit, They’re Real, liner. To kosmetyk, który wszedł na rynek z wielką pompą. Wiele obiecywał i wiele robił, ale… tylko przez kilka pierwszych tygodni. Kreska była bardzo trwała (może nawet odrobinę zbyt mocna – Benefit musiał stworzyć własny płyn do demakijażu, który potrafiłby sobie z nią radzić), co ważne – faktycznie prosto było ją narysować dzięki gumowatemu pisakowi, który ścięty jest pod dobrym kątem. Cóż z tego skoro po dwóch miesiącach wysycha na wiór? Niestety pędzel jest zeschnięty i nijak nie mogę aplikować kosmetyku. A dam sobie głowę urwać, że nie ma w tym mojej winy i źle dokręconej nakrętki.

DIORSHOW Backstage, tusz do rzęs. Cóż to było za rozczarowanie! Moje ulubiona marka jeśli chodzi o tusze do rzęs i sromotna porażka! Tusz nie tuszuje, rzęsy nie są do nieba, nie są kruczoczarne. Trzeba się bardzo wysilić, by były jakiekolwiek, a w mym przypadku nie jest to jakaś trudna sztuka. Faktem jest, że się nie kruszy i jest trwały. Ale żaden to plus jeśli nie tworzy pięknego, teatralnego „looku”. Ładnie pachnie. Ale nie po to znalazł się w mej kosmetyczce! Bardzo źle wydane 129 zł.

INGLOT, szminka nr 417. Bardzo ładny, naturalny kolor i matowe wykończenie. Niestety nie widać ani jednego, ani drugiego. Za to mamy cudownie podkreślone wszelkie niedoskonałości, suche skórki, a usta wyglądają na wyschnięte i chore. No i na domiar złego mini efekt, który się pojawia znika z prędkością światła pozostawiając przesuszone wargi. Stanowczo odradzam.

Urban Decay Naked2, cienie do powiek. Oto największe zaskoczenie z tej wyliczanki. Kultowe paletki UD intrygowały mnie bardzo. Jednak ich cena (199zł regularna!) skutecznie mnie odstraszała bo nie pod drodze mi z makijażem powiek (tak w ogóle). Jednak naturalne, wielbione przez dziewczyny kolory zaczęły mnie kusić. Szczęśliwie Lona ma swoją paletkę i przez kilka dobrych dni każdego dnia testowałam kolory. I co? Na pewnie nie polubiłam błyszczącego wykończenia niektórych kolorów. Jako, że czuję, iż w cieniach do powiek wyglądam tandetnie, to jeszcze błysk dołożył swoje. Ale to drobnostka przy największym mankamencie – cienie po 3 godzinach użytkowania na moich powiekach się rolują. Nałożone bezpośrednio na oko bądź na podkład – koszmar. Odrobinę lepiej jawią się na bazie, ale daleko im było do ideału, którego się spodziewałam. Pigment jest niczego sobie, ale podczas malowania trochę się osypują, jednak umówmy się – nie jestem specjalistką. Po tych dniach testowania absolutnie bym ich nie kupiła i nie poleciła.

So Susan, róż do policzków. Jak dla mnie to słodka błyskotka, która aplikuje się na pędzel w jakiejś niebotycznej ilości, bardzo źle się rozprowadza i na dodatek świeci dziwnym brokatem. A to nie jest wskazane dla cery, której jeszcze odrobinę brakuje by być idealną. Do tego jest nietrwały. Biorąc pod uwagę, że produkt kosztuje 94 zł (!!) to jestem oburzona tandetnym opakowaniem i bardzo tanim designem. Gdzie im do Clarinsa, gdzie im do Benefita, do kultowego Burżuja! Plus? Kolor. Lubię takie Barbie barwy. I cóż z tego?!

2. Pielęgnacja: twarz

twarz2

 

Lancome, Dreamtone nr 2, krem wyrównujący koloryt. Wyobrażacie sobie, że kupujecie kosmetyk za niemal 300 zł, który nic nie robi poza tym, że ma piękne opakowanie, ładny kolor i zapach? Spotkałam się z nim na jakiś miesiąc, by stwierdzić, że to krem dla dziewcząt o cerze idealnej, które mogą używać go jako zwykłego kremu. Po aplikacji na noc nie zauważyłam żadnej różnicy, poprawy. Nic a nic! Nie nadaje się także jako kosmetyk pracujący z podkładem – roluje każdy, którego nań użyłam. Nie nawilża dostatecznie. Po nałożeniu skóra jest przed kilkadziesiąt sekund rozświetlona i na tym efekt się kończy. Zatem jeśli macie cerę idealną i lubicie kremiki w kolorze różowym, trzy stówki w portfelu – proszę bardzo. Nie oczekujcie niczego.

Benefit, It’s Potend, krem pod oczy. Aż dziw  bierze, że w moim zestawieniu znów znajduje się Benefit. To jedna z moich ulubionych marek, ale ten kremik do ucz wywołał u mnie ogromne uczulenie. Wokół oczu pojawiły się białe zgrubienia – okropność! A dodam, że to PIERWSZY w życiu kosmetyk, który wywołał na mojej skórze reakcję alergiczną. Oddałam Lonie, której ponoć służy.

Goodskin Labs, Z-Pore, preparat zmniejszający widoczność porów. Może i zmniejsza pory, ale przy tym bardzo wysusza i sprawia, że nałożony na niego podkłady zmienia się w małe ruloniki. Nie do noszenia! Parokrotnie próbowałam go użyć z różnymi kremami i podkładami, ale zawsze kombinacja okazywała się fiaskiem. Szkoda wielka bo akurat rozszerzone pory to mój ogromny problem.

Lbiotica, Aktywne serum do rzęs. Kolejny produkt, który nie robi nic. Możemy nakładać, tuszować, odżywiać, a nasze rzęsy będą dokładnie takie jakie były przed stosowaną kuracją. Rozsądnej kupić naturalny olejek i nim dokarmiać nasze rzęsy. Całe szczęście, że odżywka kosztowała niecałe 11 złotych. Dziękuje, żegnaj.

3. Pielęgnacja: Włosy i ciało

cialo1

BingoSpa, maska do włosów ze spirulą i keratyną. Poznajcie produkt, którego nakładanie i noszenie nie zmienia kondycji włosów. Maskę używałam, by wzmocnić włosy (w dłuższej perspektywie użytkowania) i by pięknie się rozczesywały, nie puszyły. Nic się z nimi nie działo. Ani nie widzę poprawy jeśli chodzi o ich kondycję, a co najgorsze – po myciu nie były one miękkie, gładkie i zupełnie źle się rozczesywały. A w co najgorsze – obciążały włosy i sprawiały, że mycie dnia następnego było normą. Nie!

Pantene, błyskawiczny tonik wzmacniający. Taki to tonik, który na pierwszym miejscu w swym składzie ma alkohol. Ratunku, pomocy! Któż serwuje włosom takie osłabienie, przesuszenie?! I śmie to nazywać -wzmocnieniem? Niechaj Wam nikt nie próbuje wmówić, że coś co bazowo jest alkoholem może pomóc Waszym włosom. Niedobry Pantene, niedobry!

Pałeczki higieniczne. Dziwne? Otóż produkt ten jest doskonały, kiedy chcemy poprawić makijaż, usunąć jego resztkę czy niedoskonałość. Jednak NIE WOLNO ich używać jako preparatu do czyszczenia uszu. Zamiast pomagać w wydostawaniu się woskowiny sprawia, że wciskana jest ona jeszcze bardziej do ucha i co najgorsze – im częściej czyścimy, tym większa jest jej produkcja. A potem trafimy z zapaleniem ucha do laryngologa i naprawdę cierpimy. Lekarze polecają kropelki na bazie olejów, które pięknie rozpuszczają woskowinę.

Calvin Klein, Dowtown, balsam do ciała. Uwielbiam ten zapach! I lubię, kiedy perfumy wzmacniane są poprzez słodki aromat w balsamie. Cóż z tego skoro balsam nie robi nic prócz tego, że pachnie? Wchłania się nieźle, ale skóra wcale nie jest gładsza czy milsza w dotyku. To kosmetyk stworzony „na siłę” i w żadnym razie nie wart swojej ceny (ok. 100 zł za 200 ml).

A teraz Wy!

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x