Lekcja samoopalania z St. Tropez


Śródziemnomorski look z najwyższej półki – kobiety smukłe jak gazele o zdrowych i rozwianych włosach, sączące piękne drinki i spacerujące w słomkowych kapeluszach i stylowych espadrylach po nadmorskich deptakach i przystaniach jachtowych. One nie smażą się godzinami na słońcu, one korzystają z życia, a ten piękny, złocisty odcień opalenizny ‚dopada je’ jakby przypadkiem (ewentualnie mają go ot po prostu – w DNA). Oj tak, złocista opalenizna może być smaczna i stylowa. Jednak by ją osiągnąć potrzeba kilku sprytnych pomocników. A ci z drużyny St. Tropez są naprawdę top of the top!

Lona testuje:
1. Bronzing mousse, pianka samoopalająca St. Tropez, 120 ml, 124,80PLN – gwiazda kolekcji, bardzo dobry samoopalacz. Brązuje od razu, opala po 4 godzinach, zmywa się do 5 dni.
2. Balsam samoopalający Gradual Tan light/medium, 200 ml, 86PLN – świetne uzupełnienie pianki samoopalającej. Pięknie pachnie, nawilża i podtrzymuje brąz wywołany samoopalaczem.
3. Instant Glow body lotion, 150 ml, cena ok. 80PLN – kosmetyk ratunkowy, przed wielkim wyjściem. Pachnie, lśni, brązuje. Dobry na ręce i nogi, jednak uwaga – może pozostawiać smugi. Warto miksować go z balsamem do ciała dla łatwiejszej aplikacji.


Pierwszy raz użyłam samoopalacza jako bodaj 13-latka. Tej marchewkowej okropnie sztucznej barwy nie zapomnę do końca życia (a był to samoopalacz Soraya i do marki po dziś dzień podchodzę z rezerwą). Potem następowały lata bardziej i mniej udanych zmagań ze środkami zawierającymi DHA, aż w końcu – jak sądziłam – znalazłam superprodukt, samoopalacz barwiący Pat&Rub. Przy okazji udoskonaliłam technikę nakładania preparatów opalających. I dobrze, bo teraz, po testach St. Tropez mam wrażenie, że wreszcie dotarłam do celu podróży – jest brąz, jest komfort, jest jakość. Połączenie intensywnego i trwałego efektu pianki z podtrzymującą kolor pielęgnacją balsamem to jest to!
Na przykładzie rewelacyjnej pianki St. Tropez przygotowałam krótki instruktaż skutecznego samoopalania. Aby kolor był równy i odpowiadał oczekiwaniom, wystarczy przestrzegać kilku zasad:

1. Samoopalacz nakładamy tylko na czystą, złuszczoną peelingiem (nietłustym), niepokrytą balsamami czy oliwkami skórę.

Zamiast tradycyjnego peelingu świetnie sprawdzi się rękawica peelingująca – na zdjęciu z lewej rękawica Elite (Rossmann, ok. 20 PN), a do ochrony kostek, kolan i łokci polecam bezzapachowy balsam Balneum.
2. Najlepiej sprawdzają się produkty o lekkiej konsystencji i brązowej barwie – szybko się wchłaniają, a dzięki substancjom koloryzującym dokładnie widać, ile produktu już nałożyliśmy na daną partię ciała.

3. Warto zaopatrzyć się w specjalną rękawicę do nakładania kosmetyku (ta z St Tropez jest bardzo dobra i trwała, wydane na nią 25 złotych nie boli tak bardzo, gdy pomyśleć jak długo posłuży), by aplikacja przebiegała sprawnie, a dłonie nie brudziły się.

Ten duet się sprawdza! Rękawica&pianka opalająca

4. Jeśli będziecie samoopalać kończyny polecam okolice kostek, kolan i łokci posmarować cienką warstwą balsamu do ciała. Są to miejsca, które zwykle przyjmują ciemniejszą barwę, a kropla balsamu minimalizuje to ryzyko.

5. Są różne techniki nakładania samoopalacza – ja lubię od dołu do góry – zaczynam od stóp (tak, tak stopy też smarujemy, oczywiście tylko wierzch), potem łydku, uda, pośladki, brzuch, dekolt szyja, plecy (do pokrycia ich środkowej części jednak zwykle niezbędna jest pomoc), ręce. Przedostatnia twarz. Potem obowiązkowo dokładne umycie rąk (nawet po aplikacji rękawicą) i na końcu pokrywamy dłonie (na wacik kosmetyczny wyciskamy kroplę produktu i przecieramy delikatnie wierzch dłoni).

6. Dobry samoopalacz wchłania się całkowicie w ciągu maksymalnie 10 minut, mimo to warto około pół godziny pobiegać po mieszkaniu w skąpej bieliźnie i dużym t-shircie (najlepszy ten od męża ;)).

7. Jeśli jednak coś nie wyszło i pojawiły się nierówności, najszybciej zniweluje je brązer, który natychmiast przyciemni niepokryte samoopalaczem miejsca.

Znakomity filmik na temat nakładania samoopalaczy zrobiła kiedyś Agi, bardzo go polecam i pozwalam sobie go tu wkleić (Aga, mam nadzieję, że z Twoim pełnym błogosławieństwem ;)).

Lena testuje
1. Skin Illuminator Gold, 50 ml, ok. 75 PLN
Choć opalanie to nie moja domena i latem skrywam się w cieniu, to jednak lubię, kiedy skóra wygląda kusząco. Oto z odsieczą na doczesne problemy bladej skóry przyszedł ten Illuminator w kolorze złoty (jest jeszcze opcja bardziej różowa i fioletowa). Delikatny, całkiem nieźle rozprowadza się po ciele, nadaje skórze delikatny błysk. Na plus – nie klei się, podczas upałów nie czuć ani odrobinki nieprzyjemnego filtru na skórze, szybko się wchłania i naprawdę błyszczy. Nie jest to jednak błysk tandetny, który można zaobserwować na opalonych ciałach w pretensjonalnych klubach ;), acz błysk subtelny i delikatny. Polubiłam się z Illuminatorem zwłaszcza po koncercie, kiedy pomimo gorących wrażeń, duchoty i naprawdę dość intensywnych godzin, on nadal był na mojej skórze i błyskał zalotnie. Wrażenia ogólne – produkt wart polecenia. Dziewczyny lubiące słoneczne kąpiele na pewno będą zachwycone tym jak jak wygląda na ich opalonych ciałach. Dla zachęty dodam jeszcze, że można go także rozporządzać na kościach policzkowych. I nadal kusi!  

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x