Lekkie i upiększające. Poznaj nowe podkładowe hity!

W tym sezonie szukam jeszcze lżejszych, mniej obciążających i wtapiających się w skórę podkładów. Na szczęście trendy mi sprzyjają i w drogerii można znaleźć całą masę nowości, które obiecują naturalną skórę. W ostatnich tygodniach sprawdzałam kilka hitów z drogerii i dziś wspólnie sprawdzimy, które nowości zasługują na Waszą uwagę.


I już podrzucę spoiler. Mam dwóch faworytów, a jeden z nich to prawdziwa bomba! Zanim przejdziecie do recenzji – proszę obstawcie swoje typy. 3…2…1… Zaczynamy!



L’Oréal Paris, True Match Nude Plumping Tinted Serum, cena 52-83zł


W sieci zawrzało, kiedy tylko się pojawił. Bo łączy w sobie pielęgnację i trend na bardzo naturalny, niewidoczny dla oka majkap. Czyli wszystko to, o czym możemy marzyć. No dobra, gdyby miał jeszcze SPF, to mógłby trafić na Olimp. Choć prawdę powiedziawszy, u mnie zrobił niemałą rewolucję i mogę śmiało powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych podkładów, jakie testowałam od lat. I zwyczajnie na świecie – chcę go nosić non stop. Dlaczego? Posłuchajcie!

Przede wszystkim uwielbiam jego niesamowicie lekką, wodnistą konsystencję. Tak, to jest podkład jak serum, choć obie z Iloną przyznajemy, że poza kwasem hialuronowym nie ma w nim więcej pielęgnacji. Ale to nie zmienia faktu, że dosłownie wtapia się w skórę, pięknie rozświetla, by po chwili zamienić się w neutralny aksamit. Tak, przebijają przez niego niedoskonałości, ale zupełni mi to nie przeszkadza. Ostatni raz taki zachwyt nad tym, jak można tworzyć woalkę koloru, miałam przy Chanel Les Beigeseau de Teint. To podkład upiększający, ale nie możecie liczyć tutaj na ukrywanie, budowanie, tuszowanie. To lekkie tonowanie. 

Przypomina mi Face&Body od MAC i nawet zrobiłam porównanie pół na pół. I odkrycie, że Loreal wypada jeszcze bardziej naturalnie sprawia, że prawdopodobnie zostanie na długo moim numerem jeden. Bo jeśli mam ochotę coś ukryć, ruszam po korektor.

Nie przeszkodziło mi nawet to, że kupiłam odcień 3-4 Light Medium, który okazał się odrobinkę za ciemny. Kupię jaśniejszy bo wiem, że chcę go używać codziennie. Nawet w dni, kiedy nie mam ochoty na podkład, właśnie ten będzie idealny. Bo faktycznie nadaje zdrowego koloru, a przy tym praktycznie go nie widać, jest długotrwały i nie przesusza. Po stokroć – TAK!


Dr Irena Eris, Clinic Way krem BB  SPF 50, cena 65-82zł


Kremowy, bardzo leciutki i z wysokim filtrem. No i zdecydowanie najbardziej pielęgnujący ze wszystkich dzisiejszych propozycji. Jego największą zaletą jest SPF50, ale tutaj przypomnę, że barwione filtry traktujemy wyłącznie jako dodatkowy walor ochronny, a bazą jest filtr w kremie, które ilość możemy nanieść zgodnie z wytycznymi. Jakimi? Zobaczcie w tym wpisie.

Tworzy lekką woalkę koloru, nieco większa niż poprzednik, ale nadal jest to kategoria prawdziwego #nomakeup. No i nie można go nadbudować. Za to ładnie się wtapia i choć nie jest bardzo trwały, to jeśli znika w ciągu dnia, to w taki niezauważalny, naturalny sposób. Na plus! A jeśli dorzuci się do niego puder, to naprawdę dostajemy bardzo przyjemny produkt.

To mój numer dwa w tym zestawieniu i sięgam po niego chętnie i z przyjemnością, zwłaszcza w dni, kiedy potrzebuję niewielkiego krycia sporej dawki nawilżenia.


Eveline, Better than Perfect, cena 29 zł


To chyba był pierwszy zakupiony przeze mnie podkład z myślą o testach „hitów z sieci”. Bo trzeba mu oddać – Betther than Perfect zyskał miano przeboju z internetu i praktycznie każdy chciał sprawdzić, co kryje się w plastikowej tubce. A obiecuje wiele – nawilżenie, trwałość, krycie, odporność na wycieranie. I już Wam mówię, co z mojego testu wynika, ale zacznę od tego – nie jest to produkt, którego szukałam i klasyfikuje jako klasyczny fluid.

Faktycznie łączy w sobie niezłe krycie i dość nawilżającą formułę, ale nie zauważyłam ani ani, by jakkolwiek nie migrował pod maseczką. No nie, zachowuje się jak każdy fluid – ściera się przy nosie czy brodzie. Ale dzięki nawilżającym składnikom (m.in. kwas hialuronowy czy skwalan) całość wygląda dość naturalnie.

Muszę jednak podkreślić, że nawet w kategorii „zwykły podkład” nie zrobił na mnie szczególnie dużego wrażenia i jestem zaskoczona, jakim cudem robi takie zamieszanie w sieci. To taki zwyklak, średniaczek. Nawet na poniższe fotce widać, że „szału brak” i znamy lepszych zawodników o większym kryciu.


Rimmel, Kind&Free, cena 20-40 zł


Kolejny podkład, który traktuje jak klasyczny fluid i nie oczekuje od niego niemal niewidocznej woalki. Ma być lekki, ale zdecydowanie kryć. I poniższe zdjęcie pokaże Wam, jak ładne to robi! Natomiast zacznę od wady, o której nie sposób zapomnieć – bardzo słabego wyboru jasnych kolorów. Sama mam 160, który lekko oksyduje, a sam w sobie jest dość ciemny. A poza nim jest tylko 150, który wg mnie wpadał lekko w róż.

Skoro ponarzekałam, to teraz go pochwalę bo w kategorii zwykłego, lekkiego dzienniaczka sprawdził się u mnie bardzo dobrze. Nawilżał, ujednolicał, nie obciążał, choć dość mocno się wyświecał na czole i przy nosie. Ale wystarczyło zebrać bibułką nadmiar sebum i spokojnie cieszyć się nim do końca dnia.

Podkład zawiera w sobie antyoksydanty, w tym witaminę E czy aloes, ładnie pracuje z pudrami czy kremowymi kosmetykami, Przeczuwam, że posiadaczki skóry suchej lub normalnej mogą poczuć do niego miętę. A dodam tylko, że do testu podchodziłam z rezerwą, bo pamiętam, że jedna z naszych obserwatorek nie była nim zachwycona.


Bourjois, Healthy Mix Clean, cena 35-60 zł


No i pojawia się największy przegrany całego rozdania, którego bardzo chciałam polubić bo uwielbiam serie Healthy Mix i na dodatek jedna z Was go mocno polecała. Niestety, nie sprawdził się u mnie. Nie sprawdził się także u Ilony, bo konsultowałyśmy nasze opinie. Czyli zarówno cera sucha mieszana, jak i tłusta mieszana nie pokochała nowej, „czystszej” wersji  bibika od burżuja.

Jego największą wadą jest mocne wysuszanie skóry. Już sama aplikacja pokazuje, że formuła kremu jest matowa, dość tępa i zwyczajnie u mnie kompletnie niekomfortowa. Pokazywałam się Wam na story po jego aplikacji i też zauważyłyście, że skóra wygląda na zmęczoną, przesuszoną, a tint wchodzi w zmarszczki, wgłębienia i podkreśla niedokonaności. Zerknijcie na fotkę, to było drugie podejście do tego gagatka.

Jak na tint ma dość spore krycie; i akurat dla mnie kompletnie niepotrzebne bo liczyłam na podobny poziom, jak w Lorealu. Zwłaszcza, że nazwa tak sugeruje. Zawiera witaminy, ale nie mogę go rekomendować. Zdecydowanie zostaje przy świetnym bibiku z rodziny HM, o którym możecie więcej dowiedzieć się w tym poście.


Jestem bardzo ciekawa, czy namówiłam Was na zakup nowego podkładu albo… czy któryś już znacie?


Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x