Nowy Jork. Czy to naprawdę miasto ze snów?

Jakoś tak bywa, że każdy kto odwiedzi Nowy Jork, koniecznie chce się podzielić ze światem tym doświadczeniem. Czy to miasto ma w sobie taką niepowtarzalną moc?

Czy ono naprawdę zmienia perspektywę?

Lubię miasta. Tłok, gwar, wszędobylskich ludzi, kolorowe neony, szum samochodów. Odpoczywam, kiedy wokół mnie przelewa się strumień ludzi, a śpię dobrze wtedy, kiedy w oddali słychać głosy karetek. Jestem szalonym mieszczuchem, dla którego kilkudniowy pobyt w ciszy jest katorgą. Bo cisza, samotnia, bycie „daleko od ludzi i zgiełku”, to jednocześnie odebranie sobie opcji wyboru. Rozumiem, że dla wielu las i grzybobranie, długi spacer i gapienie się na liście, to idealny sposób na odpoczynek.

U mnie taki stan odpoczywania może trwać do kilku godzin. A potem zaczynam tęsknić.

USA (989)
Mój widok z hotelowego pokoju.
USA (1017)
Wszystko pędzi!

Wydawałoby się, że Nowy Jork będzie miejscem, które sprawi, że mój cały „miastocentryzm” wybuchnie, a ja poczuję, że to jest to miasto, ten czas, ta energia. Tak się nie stało, i dzisiaj o tym.

Muszę zacząć od tego, że NYC jest miejscem, w którym poczułam klimat „morza możliwości”. To faktycznie miasto pozwalające na wiarę w to, że wszystko może się zdarzyć, że każde marzenie może się spełnić. To także zasługa Amerykanów, którzy wierzą w słynny amerykański sen „od zera do milionera” . A także ten ich niemożliwy do ujarzmienia optymizm  i pozytywne nastawienie. Amerykanie mają go na pęczki, a Nowy Jork zachwyca bezmiarem perspektyw.

Bo to miejsce, w którym o każdej porze dnia i nocy, niemal wszystko jest w zasięgu Twojej ręki. To miasto nie zasypia, Frank Sinatra miał rację. Nie jestem pewna, czy o trzeciej nad ranem będziesz mógł wpaść na wykład o Heideggerze, ale jeśli istnieje miasto, w którym coś takiego ma miejsce, to na pewno jest to Wielkie Jabłko.

Możesz tańczyć salsę, jeść irlandzką zapiekankę, jeździć dorożką, malować ciała nagich kobiet. Od zmierzchu do świtu. I ciągle od nowa.

Jeśli poszukujesz, to pewnie tam znajdziesz. Podobnych do ciebie, albo całkiem innych. I to jest piękne. Różnorodność, koloryt, a także ogromna wolność. Chcesz chodzić w piżamie – proszę bardzo. Jesteś facetem i nosisz szpilki? Proszę bardzo. Nikt Cię nie ocenia, nikt nawet na Ciebie nie patrzy.

USA (959)
Szaleństwo świateł, kolorów, barw, zapachów.
USA (1085)1
Najlepiej „złapani” lokalsi.

Mieszkałam tuż obok Time Square, więc moje obserwacje z tych kilku dni skupiają się przede wszystkim wokół morza ludzi i budowli z samego serca Nowego Jorku.

Nie zaskoczył mnie ocean ludzi. Tak, ilość napływających i przepływających turystów i lokalsów jest nieporównywalna z żadnym innym miejscem. Myślałam, że londyński Piccadilly Circus może przyprawiać o zawrót głowy tych, co nie przepadają za tłumem. Ha! To jednak pikuś. Wiecie dlaczego? Bo na Picadilly masz możliwość złapania kontaktu wzrokowego z innymi, na Time Square zlewasz się z masą. I jesteś nią. Ludzi pilnują siebie, własnych spraw, własnych przeżyć. To dziwne uczucie, bo w innych miejscach niż Nowy Jork (choćby Chicago) doświadczyłam wszędobylskich small talków. Tam nie ma na to czasu. Pędzimy.


Biegniemy po krętych uliczkach, które… zaskoczyły mnie brudem. Powiem to nawet na głos – to najbrudniejsze miasto w jakim byłam. To tętniące życiem centrum dusi smrodem (ludzi tez!), ale i worków śmieci wystawianych przed restauracje, spalin, mieszanki knajpianych zapachów i szczyn. Jestem trochę pomylona jeśli chodzi o kwestie dezynfekcji (Lona potwierdzi moją obsesję dotyczącą żeli antybakteryjnych), więc uderza mnie brak porządku. Śmieci. Brud. I bezdomni, którzy (jak to miasto) są jeszcze „bardziej”. [ I tutaj ciekawa obserwacja socjologiczna; jak w Chicago większość bezdomnych to czarnoskórzy, tak okolice NYC, które zwiedziłam wypełnione są głównie białymi wagabondami. Ładnie ich nazywam, ale bez lukru – w większości to ćpuny. Leżą sobie wciśnięci między sklepikami z całym dobytkiem życia, nierzadko noszą Superstary i zdecydowanie problem jest hera i meta].

DSCF0015
Wole ten NYC niż wieżowce ze szkła… A Wy?
DSCF9919
Wszędzie natykamy się na strażaków i remizy.

Punktem kulminacyjnym w mieście, które zaskoczyło mnie wonią moczu i hot doga z ulicy (smakuje jak ten z Ikea, także ten) była krótka przechadzka po osławionym Central Parku. Było po siódmej, więc już się zdążyło ściemnić, ludzie powoli kończyli spacery, głównie mijaliśmy wieczornych biegaczy.

I… autentyczne gromadki szczurów, które chadzały z nami po alejkach, między nogami i chowały się w krzakach.

Uwielbiam gryzonie, szczurki były słodkie, ale ich ilość i brak strachu trochę mnie przeraził. Oczekiwałam wiewiórki, a nie szczura. (By nie być złośliwą dodam, że wiewiórki biegały w ciągu dnia w Battery Park, miejsca skąd odpływa się do Statuy Wolności). Spacer trwał kilka minut, bo szeleszczące w krzakach gryzonie troszkę nas zestresowały. Kuzynka potwierdziła – gdybyśmy przybyli godzinę wcześniej, wówczas poczulibyśmy klimat parku – miejsca wyciszenia, odpoczynku, relaksu. Spotkalibyśmy ludzi czytających książki, gadających o ważnych sprawach, a szczur mógłby być wyłącznie tym korporacyjnym. No taka karma, prawda?

Po tych wszystkich doświadczeniach z „gorszą” stroną miasta, z ulga przyjęłam spacer w okolice TriBeCi, czyli miejsca, w którym stoi (i jest zamieszkiwana) kamienica Carrie Bradshaw. Tabuny dziewcząt, które robią sobie foteczkę w okolicach słynnych schodów są dość przerażające. Będąc jedną z tych turystek poczułam się nieswojo i z żalem myślałam o mieszkańcach ślicznej ulicy, na której mogłabym rozważyć zadomowienie się. W tym miejscu zabudowania są niższe, miasto powoli się wycisza, ludzie nie pędzą jak oszaleli.

Pędzą sobie w stylu londyńskim, czyli w moim tempie. [haha].

USA (1194)
Tak też jest fajnie. Zwłaszcza te schody, jak z filmów.
USA (1227)
A zimą w tym miejscu jest lodowisko. Widzieliście go sto razy na filmach.

I w tym miejscu przychodzi do mnie krótka refleksja odnośnie „mojego” miasta. Wiecie o co chodzi? O to, że ja kocham europejski styl zabudowy. Urbanistyka mająca swoje korzenie w starych miastach, ot rzymskich czy greckich, to jest to. Uwielbiam leciwe kamienice, jeszcze starsze kościółki, renesansowe sukiennice, piękne place i amfiteatry…

Mówcie mi snobko, ale ja kocham Europę i basta.

Najbardziej tą jej brytyjską część, ale i włoskie, i austriackie miasta są bliższe temu, czym dla mnie jest „miasto idealne”. Ja wiem, że te wieżowce to pokłosie tego, ile osób szuka swej szansy w Ameryce. I trzeba wszystkich gdzieś upchnąć, a metr kwadratowy był i jest drogi, więc zamiast wszerz, szło się do górę. Ale nie musi mi się to podobać, prawda?

Na koniec, by nie być uznaną za największą marudę pod słońcem powiem Wam, że pewnie jeszcze tam wrócę bo wielu rzeczy nie zobaczyłam, ale pewnie bym chciała. Bo trzeba posiedzieć w Jabłku z miesiąc, by zobaczyć więcej niż mniej. Bo jednak to miasto ma coś takiego, że wprawia w nastrój podniecenia i pozwala na skreślenie z „listy życzeń” punktu – zobaczyć najbardziej intrygujące miasto na ziemi.

PS: No, ale tęsknię za Londynem. Z nim nic się nie równa!

IMG_1896
Piłam kawę z kubka, jechałam żółtą taksówką, mam czapkę z napisem NYC. Turystka!
Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x