Zapach miesiąca: Lancome, La Vie est Belle EDT
Podczas gdy do perfumerii trafia kolejna odsłona klasycznych perfum La Vie est Belle, na mojej toaletce gwiazdą jest wersja EDT. Moim zdaniem najpiękniejsza odsłona perfum Lancome.
Podczas gdy do perfumerii trafia kolejna odsłona klasycznych perfum La Vie est Belle, na mojej toaletce gwiazdą jest wersja EDT. Moim zdaniem najpiękniejsza odsłona perfum Lancome.
Już za siedem dni lato 2015 naprawdę przejdzie do historii i stanie się miłym wspomnieniem. I astronomicznie również powiemy sobie – jesień.
Ach, lata 90te. Eva Herzigova opowiadająca w wywiadach, że włosy tleni wódką (próbowałam, nie działa!), Britney i jej Baby one more time, pierwsze kontakty z golizną w reklamach, rozmowy intymne w stylu rubryki w Bravo (Miłość, czułość&namiętność) i zapachy wolności od Coty.
Pamiętacie mój tekst o włosowych eksperymentach? W tym momencie mój kolor nadal nie jest w pełni dopieszczony, ale za radą fryzjerów – odżywiam i leczę, a dopiero potem zastanowię się co robić dalej.
Ostatni miesiąc wakacji upłynął nam pod znakiem ogromu pracy, ale też kilkudniowego wypoczynku. Dlatego większość ukochanych kosmetyków ma rozmiar podróżny. Z powodzeniem używam ich także we wrześniu, podczas urlopu w malowniczej Kavarnie, skąd zresztą piszę ten post (na iPadzie, także bez literówek się pewnie nie obejdzie).
Odpowiedź na pytanie tytułowe jest chyba prosta – pewnie, ze się da. Ale po co? Konturowanie, strobing i najzwyklejsze w świecie rozświetlanie kości policzkowych czy łuków brwiowych stało się nieodłącznym elementem codziennego makijażu.
Są takie kosmetyki, o których się marzy. Piękne, popularne, legendarne wręcz. Marzyłam i ja. Od dwóch lat trułam Lenie o tym, jak bardzo chciałabym je mieć, jak one odmieniłyby moją skórę nadając tak lubianego subtelnego glow.
Zwarte szeregi, karty płatnicze i uciułane oszczędności w dłoń bo oto nadeszły nowe odcienie legendarnych matowych szminek M∙A∙C. Bicie mego serca przyspiesza, a ja czuję się jak na torze wyścigowym.
Jeszcze kilka lat temu nie zwracałam na nie uwagi. Potem sądziłam, że to pamiątka po ciąży. Jednak ostatnio natknęłam się na jedno z pierwszych zdjęć zrobionych wspólnie z ówczesnym chłopakiem (obecnym mężem ;)).
True Match to podkład, który pamiętamy z czasów liceum i pierwszych lat studiów. Był mocno kryjący, dobrze sprawdzał się z cerą mieszaną i tłustą.