Co mnie wkurza w Hogwarcie? /Prócz tego, że mnie tam nie ma?!/

Wakacje dobiegły końca. W tym roku miały one wymiar magiczny. I nie dlatego, że byłam w najbardziej ekscytującym miejscu na świecie (to jeszcze przede mną!). Znów udało mi się wejść do niesamowitego świata zmajstrowanego kilka lat temu przez J.K.Rowling. I choć wiem jak skończy się ta historia, to za każdym razem daję się wieść za nos i spędzam wieczór z Harrym, Hermioną, Ronem.

Nadal też wierzę, że moja sowa zabłądziła. Falka i Fender mają wyraźnie powiedziane, że gdyby na parapecie usiadł puchacz, to nie mogą ani drgnąć tylko wołać mnie czym prędzej. Bo wiadomość, którą niesie sówka w dziobie jest chyba najlepszą jaką dostanę. Bycie w szkole magii i czarodziejstwa nadal kręciłoby mnie tak mocno, jak wtedy gdy… no właśnie. Moja miłość do Pottera nie była prosta.

hogwart-s-orlando-united-states+1152_12819771786-tpfil02aw-21704

Nie ma nic lepszego niż Tolkien

Pierwsza książka Rowling  została przetłumaczona na język polski w 2000 roku. Miałam wówczas lat 13 i byłam grupą docelową, bez wątpienia. Jednak nie dałam się wmanewrować w potteromanię. Jako fanka literatury w ogóle, także fantasy i horrorów, miałam tylko jednego mistrza i był nim John Ronald Reuel Tolkien. I już wtedy czułam na plecach oddech „udawanych” tolkienowskich fanów. Ci zaczęli wyrastać jak grzyby po deszczu, bo nadchodził dzień premiery „Drużyny Pierścienia”. To było dla mnie za wiele, więc historia młodego czarodzieja, która kręci wszystkie bajtle świata wydawała mi się skokiem na kasę. A już na pewno nie literaturą godną mojego czasu.

Bo przecież była Sabrina (nastoletnia czarownica), cudowny Terry Pratchett, bardzo dorosły Andrzej Sapkowksi i Wiedźmin. Do spółki miałam jeszcze Sagę o Ludziach Lodu i resztę dzieł Sandemo, wszystkie wampirze i czarownicowe książki Anne Rice. Wiec po co komu szkoła dla czarodziejów? Ano właśnie… A jednak.

Przez kilka lat trwała wojna popularności między Potterem i Władcą Pierścieni. W obu przypadkach zainteresowanie mediów masową histerią na punkcie Hogwartu i Śródziemia było naprawdę spore. I tak spokojnie udawałam, że Potter mnie nie interesuje. Wytrzymałam do końca liceum. Przeczytałam, wpadłam i nie chciałam przyznać, że nie tylko „nie jest źle”. Jest całkiem fajnie (choć poniżej znajdziecie moje pomysły, co warto byłoby zmienić;). Wykrzyczałam moje uczucia do Pottera, kiedy młodzież zakochała się w „Zmierzchu”. Okropnym, pisarskim gniocie. Wtedy zaczęłam na głos wyznawać miłość do sagi o młodym czarodzieju. I rozkochałam się w licznych fanfikach. Kreatywność dzieciaków i dorosłych na całym świecie jest imponująca.

Czego nie lubię w sadze o Potterze?

Mój najbardziej oczywisty problem skupia się na trójce przyjaciół, a przede wszystkim związku Hermiony i Rona. Mam dzikie wrażenie, że Joanne poszła na łatwiznę i po prostu musiała połączyć tych dwoje na zasadzie przeciwieństw. Kujonka i leser, mózg i serce, szkiełko z okiem kontra uczucia. Wiecie kto powinien być z Hermioną? Oczywiście Draco! Również na zasadzie przeciwieństwa, ale także wielkiej lekcji o tym, że pochodzenie nie ma znaczenia. Od nienawiści do „szlamy” po wielkie uczucie. Uważam, że niewiele trzeba byłoby zmieniać fabułę (temat przeze mnie przemyślany!). Ron, swojski kolego, dostałbyś jakaś sympatyczną i cytatą czarodziejkę.

Wracając do Draco… Ha! Uważam, że bohater jest nazbyt czarno-biały. Rowling nie udało się stworzyć dobrego antagonisty. Draco w książce jest nędzą kreaturą. Wredną, nie do lubienia, niezbyt mądrą i złośliwą. Łamie się tylko wówczas, gdy… boi się o swoje życie. Wielka to szkoda bo przy „genialnym” Potterze ta relacja jest okropnie oczywista. No i co za mędrzec karze takiemu gagatkowi zabić Albusa? Ech, słabe!

PS: podobne spostrzeżenia mam co do całej rodziny Malfoy. Lucjusz też wypada blado, a miałby szansę być krwistą postacią.

harmiona draco
Temat tego związku to jedne z ulubionych na wielu fanfikach ;)))

Wpadka z Severusem

Mój ulubiony bohater to Severus Snape. Bo jednak można (jak się chce!) stworzyć bohatera niejednoznacznego. Czarnego, białego, szarego. Skrzywdzonego, ale jednocześnie pełnego woli walki. To absolutnie najodważniejsza postać z całej sagi. Jednak jej moc dojrzeliśmy dzięki nieprzeciętnej roli Alana Rickmana. To jego gwiazda błyszczy najmocniej i jeśli ktoś nie pokochał Snape’a w powieści (a to jest możliwe bo wiecznie przetłuszczone włosy nie dodawały mu uroku), tak filmowy Severus porywa. No i myślę sobie, że to nie lada wpadka. Bo zwyczajnie nie potrafimy go nie lubić. I podskórnie czujemy, że on nie jest taki zły na jakiego wygląda.

Przesadny Neville

Nie wiem kiedy ostatni raz czytaliście książkę, ale ja robiłam powtórkę kilka tygodni temu i zwyczajnie dostawałam spazmów, kiedy czytałam opisy zachowań Nevilla. Rozumiem – niezdara i bohater jak ze slapsticku. Jednak Rowling, delikatnie mówiąc, przesadziła. Każda scena, w której uczestniczy Longbottom doprawiona jest kilkoma epitetami, w których mowa jaki z niego fajtłapa. Każda, absolutnie każda. Wiem, że to książki dla dzieci, ale wierzę, że rozumieją kiedy im się trzykrotnie powie, że Neville ma mało gracji. Film dodał bohaterowi odrobinę więcej „jaj”, szczęśliwie.

Wedding

Fleur Delacour i Bill Weasley

W tym miejscu niezwykle małostkowa kwestia, ale niestety nie mogę jej pominąć. Uroda. Wejście Fleur na teren Hogwartu przyprawiło chłopców o zawrót głowy. Taki absolutny huragan hormonów, to się czuło. A na ekranie widzimy Clémence Poésy. Jej uroda nie jest oczywista. To delikatna, smukła blondynka, ale w żadnym razie nie piękność. Nie ten typ urody, który wprowadza młodych chłopców w stan odrętwienia. Gdybym miała rzucić przyjemną dla oka blondynkę, która wypala lędźwie młodzian to może Robbie Margot? Dianna Argon?

Podobnie jeśli chodzi o Billa, który jako jedyny z całej rodziny Weasley miał być ni mniej ni więcej, gorącym towarem. No i co? I bardzo niewiele. Długowłosy, rudy uwodziciel smoków był chuderlawym chłopakiem o urodzie dla koneserek. Bu!

Albus na końcu świata

To czujecie w książce, czujecie pewnie i w filmie. I to chyba kolejny zarzut do pisarki, która pisała książki dla dzieci. Brak Dumbledore’a. Dyrektor, świadomy tego kim jest Potter, niemal bez przerwy naraża go na niebezpieczeństwo. To w żadnym przypadku nie jest zrozumiałe i mimo pokrętnych tłumaczeń w książce, to czujemy, że to nie gra. Ten kazus jest z resztą dość powszechny w filmach i serialach (a i książkach, oczywiście!) dla dzieci. Bohaterowie przeżywają przygody, które są zarezerwowane dla nieco starszych. I to stwarza pewien dysonans, bo doskonale wiemy, że w życiu dzieciaki prędzej czy później (stawiam na to pierwsze) poszłyby po radę do pana dyrektora. Przyjaznego, dobrodusznego, najmądrzejszego. No, ale rozumiem, że fabuła się musi toczyć.

Jestem ciekawa Waszych spotkań z Harrym Potterem. Daliście się uwieść od pierwszego zdania? Lubicie ten magiczny klimat, czy może czujecie, że to tylko książka dzieci (mugol!)? A może przygoda jeszcze przed Wami?

Ach, no i powiedzcie do jakiego domu przydzieliłaby Was tiara! Ja obstawiam dla siebie Slytherin.

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x