Moja filtrowa historia. Dlaczego tak trudno znaleźć lekki krem z filtrem? Lepsze mineralne, czy chemiczne? SPF 30, czy 50+? Czemu przestałam używać mgiełek, a nie kremów BB?

Codzienne nakładanie kremu z filtrem sprawia, że masz ochotę uciec z łazienki? A wszystkie SPFy polecane przez koleżanki i influencerki nie sprawdzają się tak dobrze, jak u innych? Byłam tam, przeżyłam to. I ponieważ mam właśnie taką trudną cerę oraz za sobą prawdziwy love-hate relationship z filtrami, staram się zawsze realistycznie podchodzić do kwestii aplikacji. I jednocześnie jestem bardzo wybredna jeśli chodzi o formuły.


Dlatego pomyślałam, że zanim zacznę Wam polecać kosmetyki z SPF, które uważam za świetne, to jestem Wam winna wyjaśnienia i kilka info o tym, co w ochronie przeciwsłonecznej uważam za najważniejsze.


Po latach prób i błędów wyrobiłam sobie kilka skutecznych strategii na ochronę przeciwsłoneczną. Ale też przyjęłam do wiadomości, że ideał nie istnieje i trzeba zawsze warzyć za i przeciw. Jestem dla siebie i kosmetyków bardziej wyrozumiała. Już tłumaczę dlaczego.


Co wiem o filtrach?


Mam za sobą etap intensywnego zaczytywania się w źródłach i śledzenia badań. To chyba kompleks chemika (niezrealizowane marzenie z dzieciństwa), a może po prostu ciekawość. I o ile analizowanie składów, opisów składników i wyników badań przydaje się w preselekcji kosmetyków do testów (o tym, jakie preferuję napiszę potem), to niestety badania nie odpowiadają na najważniejsze pytanie: jak nosić SPF konsekwentnie i z przyjemnością.

Dlatego w ostatnich latach skupiam się bardziej na tym, jak formuła sprawdza się w codzienności (domowej, miejskiej i na wakacjach), natomiast zwracam uwagę, by kosmetyk z filtrem, który wybieram zawierał jak najpełniejszą ochronę przed UVB i UVA (a dokładniej, by dawał mi ochronę przed UVA 1 i UVA2, bo niestety nie wszystkie to potrafią). Staram się przy tym wybierać takie kosmetyki, które zawierają w formule jak najwięcej filtrów bezpiecznych (takich, do do których nie ma zbyt wielu wątpliwości co do przenikania przez skórę do krwi). I cały czas mam z tyłu głowy, że nie pojedynczy filtr, ani nawet nie kombinacja, ale cała formuła (tak! ważne jest też to, jak filtry zostały zmieszane, w czym i jak inne składniki kremów wpływają na ich potencjał ochronny).

Ale wracając do samych filtrów, oczywiście są takie, których szczególnie szukam w kosmetykach:

  • z filtrów mineralnych wybieram chętniej te z tlenkiem cynku (ochrona przed UVB, UVA1, UVA2), niż tytanu (głównie ochrona przed UVB), ewentualnie mieszanki obu,
  • w kramach z filtrami chemicznymi (organicznymi) stawiam na mieszanki, które dają jak najpełniejsze spektrum ochrony. Szczególnie skuteczne i bezpieczne (wg mojej wiedzy) są: Tinosorb S i M, Uvinul A Plus. Uzupełnieniem formuł, które chętnie wybieram jest też Uvinul 150 i Avobenzone (stabilny w złożonych formułach i choć bywa oceniany jako kontrowersyjny to sprawdza się w dodawaniu innym filtrom ochrony przed UVA) oraz Mexoryle. Oczywiście są to nazwy handlowe i w formułach występują pod nazwami składników, ale podaję je tu, bo googlując nazwę handlową możecie łatwo dotrzeć do kart produktowych na stronach producenta i zobaczyć sobie, jakie są główne cechy każdego z tych filtrów.
Tu widzicie kartę Tinosorbu S (całość dostępna w linku po kliknięciu na obrazek).

Nie wybieram kosmetyków przez pryzmat ochrony przed światłem niebieskim – fajnie, że jest, ale to działanie przeciwko UVA uważam za najważniejsze (UVA wywołuje alergie, choroby skóry, łącznie z nowotworami). Nie zrozumcie mnie źle – nie twierdzę, że światło niebieskie nie szkodzi. Dla mnie to za świeży temat, gdzie trudno oddzielić marketing od niezależnych opinii. Dlatego poczekam na więcej danych i na razie skupię się na ochronie przed UVA + UVB.


Jaka jest moja skóra? I dlaczego tak trudno dobrać mi dobry krem z filtrem?


Bez przyjrzenia się skórze i jej potrzebom, ani ja nie znajdę kremu dla siebie, ani też nie pomogę Wam. Dlatego przeczytajcie tych kilka akapitów.

Moja skóra jest zasadniczo mieszana, ale! Bardzo tłusta na czole, tłusta na nosie i normalna na brodzie i policzkach. Gruba i odporna, choć wokół oczu cienka i bardzo wrażliwa (szczególnie za zapachu i alkohol). Do tego bardzo łatwo się zapycha, łatwo łapie zaskórniki (otwarte na czole i nosie, zamknięte na brodzie i policzkach) i ma skłonność do przebarwień. A to oznacza, że z jednej strony bardzo potrzebuję ochrony przed słońcem (i po przebarwieniach bardzo szybko widać, czy to czego używam działa, czy nie), a z drugiej bardzo trudno jest nie obciążyć skóry filtrami. I wciąż poszukuję idealnie lekkiej, bezproblemowej konsystencji przy wysokiej ochronie.

To właśnie dlatego większość moich rekomendacji z SPF będzie formułami jak najlżejszymi (czasem nawet kosztem składu filtrów). Bo wiem z doświadczenia, że zbyt ciężki krem z filtrem trudniej nałożyć w odpowiedniej ilości. A i tak się na skórze długo nie utrzyma (latem z mojej twarzy spływa absolutnie wszystko, co nie jest wystarczająco lekkie).

I zdarza mi się nosić dwa kremy jednocześnie – lekki na strefie T, bardziej nawilżający na policzkach i szyi (która jest akurat dość sucha i lubi cięższe konsystencje). Więc to nie jest tak, że nawilżające formuły się nie przydają – są dla mnie dobre na zimę, albo właśnie do noszenia na bardziej przesuszonych partiach.

Jeszcze jedno. Ponieważ mam cerę, która szybko i łatwo się wyświeca, na co dzień noszę pudry (często też podkłady). I w zasadzie każdy krem z filtrem, który polecam, jest sprawdzony pod tym kątem. Musi się dobrze nosić pod makijażem i już!


Mineralne czy chemiczne? I dlaczego pokazuję Wam SPF 30, a nie tylko 50+?


Uwielbiam uniwersalność dobrych kremów z filtrem mineralnym (tlenkiem cynku). Nie podrażnia mi oczu, więc mogę taki krem śmiało nałożyć wszędzie. I mojej skórze pasuje to, że taki krem często daje lekko matowy finisz. Ale większość cynkowych kremów ma SPF 30 i nie jest to poziom ochrony, który wybieram na wakacje, czy wtedy, gdy wiem, że będę długo na słońcu. Bo krem z filtrem mineralnym trudniej mi utrzymać na skórze, gdy jest gorąco (niestety spływa) i obawiam się, że ochrona nie jest wystarczająca.

Dlatego filtry mineralne wybieram (i często Wam proponuję) jako miejskie, całoroczne z pominięciem lata. A im więcej słońca, im więcej czasu na dworze, tym częściej sięgam po filtry chemiczne i faktor przynajmniej 50 (oraz jak najwyższa ochrona przed UVA wyrażona np. plusikami na tubce kremu azjatyckiego lub UVA w kółku na opakowaniu kremu z UE). Ponieważ kosmetyki z filtrami mineralnymi są często barwione (by nie było widać bielenia skóry) to lubię ich też używać zamiast podkładu, nakładając jako dodatkową warstwę na krem z filtrem chemicznym.


Uwielbiam filtry barwione! A mgiełek już nie…


Kremy z kolorem mają ostatnio gorszą prasę. Częściowo słusznie – bo trudniej jest ich nałożyć tyle, ile trzeba (długość około 2 palców) i nie mieć efektu ciastka na twarzy. Ale to są doskonałe filtry pomocnicze oraz takie… do nauki aplikacji SPF.

Dzięki zabarwieniu (i to najlepiej takiemu o nieco innym odcieniu niż nasza skóra) dobrze widać, gdzie i ile takiego kremu nakładamy na buzię. Mnie ćwiczenia z filtrami barwionymi nauczyły, że za mało uwagi poświęcam czubkowi nosa, linii włosów i skórze nad górną wargą. A było to o tyle istotne, że właśnie nad górną wargą przez lata w wakacje miewałam przebarwienia (wyglądały, jak wąsy). A kiedy w grze jest mieć wąsa, albo nie mieć wąsa… same rozumiecie, warto się przyłożyć z aplikacją SPFu 😉

Mgiełki zużyłam podczas ubiegłorocznych wakacji głównie do ciała – fajnie sprawdzają się jako preparat na plecy, dłonie, czy stopy.

Filtry barwione są też super do reaplikacji w ciągu dnia i ogólnie do noszenia jako wierzchnia warstwa na bazowy filtr – zamiast makijażu. Bardzo je lubię także na szyi i dekolcie, bo wyrównują ich koloryt (czy tylko ja mam szyję jaśniejszą, niż reszta ciała?). Natomiast zrezygnowałam z mgiełek, bo trudno je dobrze wycelować w konkretne obszary twarzy i trzeba używać bardzo dużo, by coś zostało na twarzy. A w sumie i tak nigdy nie wiedziałam, czy to wystarczy. Poza tym mgiełka – chcąc nie chcąc – trafiała mi do oczu i powodowała łzawienie.

Niech Was nie zwiedzie kolor skóry na zdjęciu. To głównie… samoopalacz 😉

Nie mam złudzeń: filtra na pewno nakładam za mało


Podobno przyjmuje się, że realnie nakładamy 1/3 do połowy porcji kremu z filtrem, która powinna pokryć skórę, by dać jej ochronę na poziomie wartości z opakowania. Dobrze to mieć z tyłu głowy i starać się przykładać do aplikacji jak najbardziej zbliżonej do rekomendowanej kremu. To jest łatwiejsze przy lżejszych konsystencjach. Ale z drugiej strony – ilość nie jest wartością samą w sobie. Liczy się efekt, który uzyskujemy, czyli RÓWNOMIERNA i trwała aplikacja. Mam wrażenie, że rzadziej się o tym mówi.

Krem z filtrem na skórze jest jak niewidoczny kombinezon ochronny. I żeby dobrze działał – niech będzie dobrze założony. I szczelny.

Sam fakt, że nakładasz dużo kremu, nie wystarczy. Trzeba poświęcić sporo uwagi, by nauczyć się równomiernie go nakładać. I to jest dobry moment, by polecić Wam technikę 13 kropek, której używałyśmy do aplikacji kremów nawilżających. Oczywiście przy zastosowaniu odpowiedniej ilości kremu z filtrem (2 palce na twarz, pół płaskiej łyżeczki, albo – jeśli ktoś chce być bardzo dokładny – 2 mg/cm2 skóry, czyli ok. 1,2 gr na przeciętnej wielkości twarz).

 

Ale znowu wracamy do kwestii mojej przetłuszczającej się części twarzy i skłonności do odrzucania przez skórę zbyt dużej ilości i zbyt ciężkich konsystencji kosmetyków. Realistycznie podchodząc do sprawy, staram się użyć jak najwięcej i szukać kosmetyków jak najlepiej leżących na mojej skórze, by uchronić się przed nieszczelnościami mojego niewidocznego kombinezonu ochronnego.


A jak jeszcze chronię się przed słońcem? Czy reaplikuję filtry (i jak)? Które polskie, japońskie i drogeryjne/apteczne kremy polecam? I co zrobić, gdy filtr bieli albo za bardzo się błyszczy na skórze? Wszystko to będę Wam opowiadać jeszcze w tym tygodniu! Spotykamy się na blogu codziennie o 20.00.

Czekam też na Wasze filtrowe historie, podejście do ochrony przed UV i polecany kremy! Dzięki, że jesteście!


 


Ten wpis jest częścią serii #TydzienPielegnacji – merytorycznych artykułów napisanych tak, aby razem tworzyły przewodnik po efektywnej i bezpiecznej pielęgnacji twarzy i ciała. Jeśli borykasz się z problemami z cerą, bądź poszukujesz wiarygodnych rekomendacji kosmetycznych, koniecznie sprawdź inne wpisy Tygodnia Pielęgnacji (tu). A jeśli masz dodatkowe pytania lub propozycje tematów, napisz do nas wiadomość na Instagramie.

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x