Porównuję nowe POLSKIE kremy z filtrem! Które dobrze chronią przed słońcem? A które kleją się i bielą?

Tak, chcemy mieć jak największy wybór kremów z filtrem! Tak, chcemy lekkich formuł i bardzo skutecznych zestawów filtrów (mineralnych lub chemicznych) – nowoczesnych i bezpiecznych. Nie chcemy, by bieliły, nadmiernie się błyszczały na skórze, ani były kłopotliwe w aplikacji. Szukamy nie tylko fajnych opakowań, ale przede wszystkim odpowiednich oznaczeń na kosmetyku – szczególnie tych, które informują o poziomie ochrony (nie tylko przed UVB, w końcu mamy rok 2021 i wiemy, jak szkodliwe jest promieniowanie UVA, a i ochrona przed światłem niebieskim i podczerwienią też jest super). Chcemy nosić filtry z makijażem i bez. I bezproblemowo jest dokładać w ciągu dnia.


I najfajniej by było, gdyby te kremy z filtrami były made in Poland. Bo lubimy polskie marki!



Tyle nowości z SPF jeszcze nie było!


Polskie marki jeszcze nigdy nie były tak aktywne w tworzeniu kosmetyków do ochrony przeciwsłonecznej! Tyle nowych kremów z SPF, ile ukazało się w 2021 roku jeszcze nigdy nie widziałam (a mamy przecież dopiero maj! Na pewno czeka nas jeszcze wiele premier). To fantastycznie, że producenci tak licznie odpowiedzieli na potrzebę swoich klientów.

Pytanie tylko, czy lokalni producenci są w stanie dotrzymać kroku wielkim koncernom od lat wyspecjalizowanym w produkcji kosmetyków z filtrami (jak choćby Shiseido, La Roche Posay, czy Vichy)? Sprawdzałam to testując w ciągu ostatnich tygodni 7 różnych kremów z filtrem. 6 z nich to nowości i reformulacje, siódmy to hit ubiegłego roku: żółty krem z Bielendy Professional.

Wszystkie są lansowane na sezon wiosna-lato 2021 i na pewno często widujecie je w mediach społecznościowych marek oraz u influencerów (dla pełnej transparentności: ja także otrzymałam je w przesyłkach PR. Ten wpis nie jest sponsorowany przez żadną z marek produkujących SPF-y, ale za same kosmetyki nie płaciłam).

Oczywiście nie są to wszystkie kremy z SPF, które są nowościami w tym roku. Nie byłabym w stanie przetestować wszystkich, dlatego jeśli znacie i polecacie inny polski krem (szczególnie z nowości na ten rok) z filtrem, napiszcie o nim w komentarzu.


Zacznijmy od opakowań


Wszystkie testowane kosmetyki są zapakowane we flakony z pompką (głównie airless). To higieniczny sposób pakowania chroniący formułę kosmetyku (co w przypadku filtrów jest bardzo ważne). Uroda buteleczek jest pewnie kwestią indywidualną, natomiast zastanawia mnie po pierwsze dlaczego nikt nie zdecydował się zamknąć kremu w tubce i dlaczego większość opakowań jest taka… duża (gdyby były bardziej smukłe/mniejsze/płaskie łatwiej byłoby je nosić przy sobie i reaplikować w ciągu dnia).

Krem Resibo jest dodatkowo w szklanym opakowaniu. Rozumiem, że chodzi o ekologię, natomiast takie opakowanie nie jest zupełnie travel friendly.

Jak z poziomem ochrony przed UVA i UVB?


Zanim opowiem, co mi się w poszczególnych kremach podoba, jeszcze trochę ponarzekam na ogół. Na 7 kremów tylko 2 mają ochronę przed UVB na poziomie SPF50 i więcej. Pozostała piątka tylko 30 (wiem, to nie jest mało, ale to raczej wyklucza te filtry z użycia latem, czy podczas aktywności na wolnym powietrzu). Jeśli chodzi o ochronę przed UVA, tylko 5 z siedmiu kremów ma na opakowaniu oznaczenie UVA w kółeczku, co oznacza, że poziom ochrony przed UVA jest równy co najmniej 1/3 faktora z opakowania. Takie oznaczenie (alternatywnie używane w Azji PA++++) daje nam gwarancję ochrony przed promieniowaniem UVA na dobrym poziomie.

Tak się składa, że oba kosmetyki bez UVA w kółeczku (Resibo i Yonelle) to filtry barwione. Być może są to produkty stworzone do aplikacji już na bazę z innego, bezbarwnego filtra. W takim przypadku, jako dodatkowa ochrona, są ok. Ale solo?

A teraz zgadnijcie na ilu opakowaniach kosmetyków znalazłam informację, że produkt jest wodoodporny… na jednym! ŻADEN nie zawierał info o odporności na tarcie czy sebum. Porównajcie to z właściwościami filtrów japońskich, a po kolegach znad Wisły nie będzie czego zbierać.


Zwycięzca może być tylko jeden


Tak się składa, że tylko jeden filtr z całej siódemki ma ochronę SPF 50+ i PPD (wskaźnik ochrony przed UVA bardziej precyzyjny, niż sam symbol kółeczka czy czterech plusów) na poziomie 46,6. I nie wnikając już w opakowanie, formułę, czy ewentualne błyszczenie – to przecież ochrona jest najważniejsza.

Basiclab Lekki krem ochronny SPF 50+ jest prawdziwym kozakiem jeśli chodzi o wysokość i jakość filtrów (zawiera same chemiczne filtry nowej generacji, uważane za stabilne, skuteczne i bezpieczne nawet dla dzieci czy kobiet w ciąży: Parsol Shield i Max (inne nazwy handlowe dla Tinosorb S i M) oraz Uvinul A Plus. Do tego antyoksydanty.

Bieli minimalnie i tylko przez kilka sekund (mam wrażenie, że to nawet nie efekt filtrów, ale samej formuły kremu), bardzo dobrze się wchłania, jest bezzapachowy. Ale uwaga – pozostawia bardzo nawilżającą warstewkę o średnim poziomie błysku. Mimo, że jest naprawdę lekki w konsystencji, to nie jest krem dla cer tłustych. Producent zresztą nie ukrywa tego i właśnie wprowadził drugą wersję tego kremu – tym razem w formie lekkiej emulsji odpowiedniej też do cery tłustej, trądzikowej. Nie miałyśmy okazji jej jeszcze przetestować (premiera była dosłownie dzisiaj!), ale zrobimy tu update wpisu, jak tylko krem wpadnie w nasze ręce.

Z ważnych informacji praktycznych: aby uzyskać 1,2 grama produktu (rekomendowana ilość na twarz) potrzeba półtorej pompki kremu. Kosmetyk niestety nie jest tani – kosztuje aż 119 zł. Jest to też jeden z Waszych ulubionych kremów z SPF (nr 2 w naszej ankiecie na stories).


Kremy Bielendy Supremelab: Satynowy SPF 50 i Odżywczy Barrier Renew SPF 30


Nie są aż tak turbo, jak Basiclab, ale przegrywają z nim nieznacznie. Za to mają dużo lepsze ceny (73 zł), więc warto to też rozważyć przed zakupem. Oczywiście bardziej rekomendowałabym nowszy z kremów, czyli Satynowy krem ochronny SPF50, ze względu na wyższy faktor ochronny.

Natomiast jeśli chodzi o konsystencję to klasyczny Barrier Renew SPF30 przypomina otulający krem nawilżający i to jest świetna konsystencja dla cer suchych. Zwłaszcza, że nie bieli i pozostawia nieprzytłaczający glow. Krem satynowy zostawia przyjemny półmat na skórze, natomiast nie jestem pewna, czy nosiłabym go bez makijażu, bo mam wrażenie, że skóra po nim wygląda na rozjaśnioną (to nie jest typowa biała maska na twarzy, tylko coś jakby błękitna poświata).

Krem satynowy będzie odpowiedni dla cer normalnych, mieszanych i suchych, żółty SPF 30 raczej tylko dla odwodnionych, suchych i po zabiegach estetycznych albo kuracjach dermatologicznych. Natomiast oba spisują się pod makijażem.


Pure by Clochee – nareszcie polski SPF dla cer tłustych!


Moja radość po pierwszej aplikacji była ogromna. Aż żałuję, że nie nagrałam o tym stories. Bo jako posiadaczka cery głównie tłustej, zwykle nie spodziewam się, że krem z filtrem będzie startowany akurat do mojej cery. A tu nie dość, że Krem Mineralny BB SPF 30 jest cudownie matowo-aksamitny i pięknie się nakłada (bez tego uczucia, że coś siedzi na twarzy i ją oblepia), to jeszcze jest to krem z filtrami wyłącznie mineralnymi (tlenkiem cynku i dwutlenkiem tytanu), czyli będzie przyjazny dla wrażliwców (mogę go rekomendować osobom ze skłonnością do trądziku).

I ma kolory! Yay! Clochee udowadnia, że nie każdy BB z wysoką ochroną made in Poland musi być wyłącznie dla opalonych. Kolor jasny jest pięknym neutralny beżem, który doskonale się stapia z odcieniem cery. Ma lekkie krycie, ładny finisz i naprawdę jest super kremem zamiast podkładu na lato. Tylko ten poziom ochrony… do miasta, całorocznie super, na wakacje jednak bym się bała na nim polegać. Chyba, że w roli dodatkowej ochrony, np. do poprawek w ciągu dnia albo zamiast podkładu na inny krem z filtrem.

Teraz w Hebe kosztuje 60 zł, cena regularna to ok. 75 zł.


Krem z filtrem Resibo, który w sumie jest… BB


Team Sunscreen to jedyny wodoodporny kosmetyk w zestawieniu. Za to duże brawa. Podoba mi się też naturalny skład (98,1%) i estetyka opakowania. Poziom ochrony (SPF 30) mógłby być wyższy. I niestety krem ma tylko jeden odcień. Złocisty, ciepły beż jest bardzo ładny i daje skórze zdrowy glow, no ale nie każdy może z tego skorzystać.

To jest zasadniczo krem BB lub CC z lekkim kryciem, o ładnym świetlistym wykończeniu. Będzie się podobał osobom z cerą normalną, mieszaną i suchą. Tego krycia ma na tyle, że drobne przebarwienia czy pajączki jest w stanie ukryć. Do większych trzeba korektora. Podobnie, jak w przypadku Clochee, Team Sunscreen nie wydaje mi się wystarczającą ochroną na letnie miesiące, zwłaszcza gdy spędzamy dużo czasu na dworze.

Zawiera wyłącznie filtr mineralny (dwutlenek tytanu w specjalnym kompleksie wzmacniającym ochronę przed UVA), ale niestety nie wiadomo jaki jest PPD, nie ma ani plusików, ani kółeczka przy oznaczeniu UVA. Więc znowu – nie zaryzykuję polecenia go Wam jako jedyną ochronę.


A z tą dwójką naprawdę nie wiem co zrobić…


Gdybym miała taką moc, odesłałabym je do laboratorium i prosiła o reformulację. Bo oba kremy mają potencjał, ale to nie są kremy z filtrami na miarę 2021 roku.

Ultralekki krem z SPF 30 Make Me Bio jest naprawdę lekki. Nie aż tak, abym go mogła polecić komukolwiek z tłustą czy trądzikową cerą (ale tego nawet nie oczekuję na start od jedynego filtra w portfolio marki), ale naprawdę konsystencja jest superprzyjemna. Tylko, że ochrona SPF 30 (filtr mineralny – dwutlenek tytanu – idealny nie jest, ale mamy UVA w kółeczku, więc chociaż tyle) połączona z klejącą się konsystencją i bardzo (naprawdę bardzo!) mocnym i nieprzyjemnym zapachem. Zapach jest tak dotkliwy, że oczy mi łzawią nawet, gdy omijam tę okolicę podczas aplikacji.

Z kolei Yonelle Color Change SPF 30 najpierw mnie zachwycił, potem zdenerwował. Idea białego kremu, który w kontakcie ze skórą nabiera koloru i jest jednocześnie produktem ochronnym i makijażowym (w dodatku o świetnej konsystencji, niezbyt błyszczącym wykończeniu i porządnej dawce nawilżenia) to jest naprawdę świetny pomysł. Natomiast egzekucja tegoż sprawia, że mogę tylko bezradnie wzruszyć ramionami. Kolor kremu jest ciemny, dość mocno opalony. A ochrona przeciwsłoneczna jaka jest, nie wiadomo. SPF 30 informuje nas tylko o poziomie ochrony przed UVB, ale przecież to tarcza przeciwko UVA interesuje nas najbardziej. Bo to jest promieniowanie, które działa cały rok i to ono jest przyczyną alergii i chorób.

To jest informacja kluczowa i uważam, że jej brak na opakowaniu powinno się naprawić.


A co Ty sądzisz o polskich kremach z filtrem? Czy dobrze wypadają na tle europejskiej, czy azjatyckiej konkurencji? Może masz któryś z tych kremów i chcesz podzielić się wrażeniami?


Ten wpis jest częścią serii #TydzienPielegnacji – merytorycznych artykułów napisanych tak, aby razem tworzyły przewodnik po efektywnej i bezpiecznej pielęgnacji twarzy i ciała. Jeśli borykasz się z problemami z cerą, bądź poszukujesz wiarygodnych rekomendacji kosmetycznych, koniecznie sprawdź inne wpisy Tygodnia Pielęgnacji (tu). A jeśli masz dodatkowe pytania lub propozycje tematów, napisz do nas wiadomość na Instagramie.

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x