The Balm – Balm Jovi. Heca malownicza dla fanki rocka!

Hej, czy ktoś z Was widział bardziej rockową paletkę? Te nazwy, ten design, ta całość, która przyspiesza bicie serca każdej rockmance. Lona wiedziała, że nie ma opcji, bym nie zakochała się w Balm Jovi (wiadomo – w Bon Jovim już jako nastolatka!). Ot, przedstawiam Wam mój rockowy, urodzinowy prezent wypełniony po brzegi kolorami rockowymi akordami. A co kryje się wewnątrz tego cudeńka?

Opakowanie The Balm jest lekkie, praktyczne i bardzo spektakularne. Wykonane z mocniejszego kartonu, co może być minusem dla tych, którzy podróżują z kosmetykami. Jeśli robimy to rzadko, wówczas raczej nie powinno być problemów z trwałością. Do tego kartonik jest kolorowy, w stylu retro i wykończony pięknym lusterkiem w kształcie serduszka. Wewnątrz nie mamy żadnego pędzelka.

Nim przejdę do cieni, które są najważniejszym elementem, wspomnę jeszcze o pozostałych kosmetykach. Po pierwsze jest mocno różowy róż POP. Jego nazwa idealnie odzwierciedla kolor. Policzki są słodko zaróżowione, a kosmetyk jest intensywny. Zdarzyło mi się zapomnieć strzepnąć nadmiar z pędzla i zrobiłam sobie krzywdę, więc wystarczy minimalna ilość. Róż daje przyjemny, zdrowy efekt. Ciekawie prezentuje się rozświetlacz Disco Disco. I tym miejscu również trzeba uważać, by nie przesadzić. Według mnie jest bardzo lśniący, daje efekt niemal wieczorowy. Stosuję na kości policzkowe, na łuk brwiowy, a nawet i na powiekę. Na zdjęciach niestety nie widać pięknego błysku.

W paletce znajdują się również dwa błyszczyki Milly i Vanilly (no i jak nie kochać?). Wbrew oczekiwaniom oba błyszczyki są dość intensywne. Zdecydowanie bardziej lubię Milly bo podbija kolor moich ust. Jest naturalny, neutralny i bardzo dzienny. Minus – nakładanie. W domu, oczywiście, że robię to palcem lub pędzlem. Jednak w podroży całkowicie odpada. Plus za uroczy zapach i możliwość nakładanie na policzki, choć ja nie przepadam bo kosmetyk jest dość lepki.

the balm - balm jovi (6) the balm - balm jovi (8)

Przejedźmy do sedna i paletki kolorowych, rockowych cieni. Aż 12! Zacznę od minusów, bo takie są bez dwóch zdań. Nie mam wielkiego doświadczenia w malowaniu się cieniami, jeszcze do niedawna praktycznie wcale ich nie używałam. Ostatnio przetestowałam np. Urban Decay Naked2 i uznałam, że roluje się na mych powiekach po dwóch godzinach. Zostałam pouczona, iż powinnam nakładać cienie na bazę. Ok, oczywiście. Przy Balm Jovi tak było. Niestety cienie mają tendencję do osypywania się. Bardzo obfitego, i niestety są to kuszące, ciemne barwy – The Stroke, Lead Zeppelin, Moderato. I srebro w postaci Metal-ici. Kolory neutralne – Adagio, Iron Maid-in, Allegro, Blink 1982 czy Third Eye Blinded są znacznie prostsze w obsłudze, ale nie możemy liczyć na 100% pewność. Paletka skomponowana jest tak, że bez problemu stworzymy wielobarwne smokey – niemal każda barwa pasuje do kolejnej. Możliwości zatem jest co nie miara, i prawdę powiedziawszy przy bardziej wytrawnych dłoniach niż moje pewnie można osiągnąć efekt wprost z czerwonego dywanu. Jednak po to są, by się uczyć! Pięknie łączy się The Stroke z rem, Alice Copper z Blink 1982 czy Lead Zeppelin z Moderato. Mocne, wyraziste i seksowne.

Polecam wszystkim – tym, którzy jak ja nadal się uczą, i wytrawnym graczom także. Potrzeba cierpliwości i umiejętności, ale efekty są imponujące. Cienie są dość trwałe, ale… niebawem opowiem Wam o paletce, bardzo minimalistycznej, której trwałość bije na głowę The Balm.

the balm - balm jovi (1) the balm - balm jovi (6) the balm - balm jovi (7)

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x