Letnie hity i kity, nie tylko kosmetyczne

Lato w pełni, urlop za pasem. Wy czytacie mój wpis, a ja pewnie jestem w drodze na wymarzone wakacje. Albo piję drinka z palemką. I mam w swojej torbie sporo ulubieńców, o których będzie mowa.


W dzisiejszym zestawieniu gorące premiery, dużo błysku, spełnione marzenia. Chodźcie!



Pielęgnacja twarzy


Zaczynam z wysokiej półki i produktu, który jest warty wszystkich słów zachwytu, choć zaznaczam – nie należy do tanich. Oto serum Murad – Rapid Age Spot Correcting. I nazwa oddaje jedynie cześć tego, co dobrego robi. Przede wszystkim pięknie nawilża, zmiękcza i naprawdę działa aktywnie na buzi. Aż tak, że przy codziennej wieczornej aplikacji odczuwam przez kilka sekund subtelne szczypanie (ale nie mam żadnych podrażnień!).

Za to kosmetolog pochwaliła stan mojej skóry. Że jest jędrna, nie widzi na niej żadnych zmarszczek, i wreszcie nie jest sucha, a dobrze nawilżona. To nowość w polskiej Sephorze, ale w amerykańskiej bestseller. Najchętniej poświęciłabym mu osobny wpis, bo potrzeba znacznie więcej miejsca, by opowiedzieć o jego działaniu. Dajcie znać, czy macie ochotę!

Jowae to również marka, która całkiem niedawno miała swoją premierę w Polsce. To francuskie kosmetyki, których twórcy inspirowali się wieloetapową pielęgnacją koreańską. Dla mnie hitem okazał się lekki krem na dzień i na noc – do każdego rodzaju skóry. Dobrze nawilża, nie zapycha, tworzy przyjemny, lekki filtr nawadniający skórę nawet przy ciężkim fluidzie.

Peeling enzymatyczny 3 enzymy Tołpa z serii dermo face sebio, lubię używać dwa, trzy raz w tygodniu podczas kąpieli. Jeśli masz jak ja skórę wrażliwą, skłonną do przesuszania, to jako lekka, samodzielna pielęgnacja w domu będzie ok. Nie spodziewaj się cudów, ale oczyszczonej cery.


Pielęgnacja ciała


Szybka piłka – bubel nad bublami, czyli maszynka do golenia BIC Miss Soleil. Muszę Wam ją pokazać, ostrzec przed nią i naprawdę powiedzieć – never, ever. To, jak bardzo podrażnia już przy pierwszym użyciu, zacina i zwyczajnie sprawia ból podczas depilacji, jest aż nie do opisania. A fuj, bublozaur. Macie wrażenie, że golicie się baaaaardzo starą maszynką. Sprawdziłam dwie, by mieć pewność i mówię Wam – a kysz!

Za to olejek do ciała z płatkami róży od Veoli Botanica, to bardzo miły produkt. Uwielbiam dodawać go do kąpieli, bo świetnie relaksuje i zmiękcza skórę. Nie potrzebuję balsamu, a różany zapach unosi się w całej łazience. Składniki olejku pochodzą z Polski, marka jest wegańska i mocno stawiająca na bycie eco-friendly. Poszukując kosmetyków z „dobrym pochodzeniem w tle” warto przyjrzeć się Veoli bliżej. Ja zabieram się za test kremu!


Tylko błyszczące cienie


Jak lato, to lato. Nie ma tutaj żadnych cieni matowych, bo i po co. Za to jest ekstremalnie napigmentowany cień od Pupa Milano z kolekcji Summer in L.A. o wdzięcznej nazwie Sex on the Beach. Ma niemal kremową faktuę, pięknie klei się do powieki, jest diablo trwały i robi cały makijaż w dwie sekundy.

Drugi kosmetyk, który pozwoli Wam stworzyć roziskrzony makijaż w kilka sekund, to Long Wear Sparkle Stick od Bobbi Brown w kolorze Rose Quartz. Piękny, brązowo/różano/złoty odcień mieni się jak szalony, doskonale przylepia się do powieki i może być używany samodzielnie, jako baza pod inne cienie, albo jako produkt nakładany na cienie matowe. Nie warzy się, nie zbiera i jest trwały. Bardzo intuicyjny, zwłaszcza dla początkujących.

A teraz prawdziwe cacuszko dla sroczek. Moja ulubiona seria mini paletek od Huda Beauty – Obsessions zawiera cudeńko Gemston, czyli dziewięć błyszczących cieni o słynnej formule sprasowanego, metalicznego brokatu. Maślane, wyraziste, jedyne w swoim rodzaju.

Kolory są wakacyjne, utrzymane w modnej kolorystce fioletowej i holo, ale znajdzie się i coś cieplejszego, a i elegancka zieleń i granat. Jedyna uwaga – brokaty są delikatne, i obie paletki Gemston, jakie mamy, nie przetrwały przesyłki. Jak widzicie jeden z fioletów ucierpiał, więc trzeba być ostrożnym. No i podczas aplikacji trochę się osypują, ale to brokat. Ma prawo! Bo przecież wybaczamy mu wszystko.


Usta w kolorach nude


Dwie szminki, dwa ulubieńcy noszone przeze mnie niemal wyłącznie i zamiennie. Bo to kolory pasujące do każdego makijażu, i dwie przyjemne formuły. Mój numer jeden – MAC i matowa pomadka w kolorze Bronx. Barwa, która była modna w latach 90′ i została wycofana z oferty. Po długich namowach fanów, znów się pojawiła. I zostaje. I dobrze, bo to moje lepsze usta. Naprawdę!

Drugi kosmetyk to Givenchy Le Rouge Liquide w kolorze 106 (Nude Taffetas). Aksamitna formuła lekko zastygająca na ustach, bardzo komfortowa i kremowa, ale nie wychodząca poza kontur to ideał na lato. Zwłaszcza takie upały. Niewielka jej ilość wystarczy, by mieć wyrazisty kolor. I co bardzo fajne – nie podkreśla zmarszczek na ustach.


Duet idealny


Wiecie, że kocham produkty Kat Von D, a jej wegańskie pędzle są ulubieńcami w mej kosmetyczce. Jakże się ucieszyłam, kiedy za niecałe 80zł złowiłam na wyprzedaży pędzel do konturowania i rozjaśniania z serii Shade&Light. Próbujcie stacjonarnie, widziałam je w kilku perfumeriach na wyprzy. Miękkie włosie i precyzyjny kształt sprawiają, że nawet oporny bronzer pracuje jak trzeba (czyli znienawidzona przeze mnie słynna paleta ABH;).

Druga strona pędzla to gruba kuleczka, która możemy rozjaśniać okolicę pod oczami i żuchwę, nanosić rozświetlacz i puder. A skoro o nim mowa…

To Ilonka znalazła swój ideał (puder Hudy, zobaczcie), a ja mam swoje odkrycie wakacji. To Tranlucent Loose Setting Powder od PUR Cosmetics. Nie zawiera talku, ale za to ma mnóstwo składników naturalnego pochodzenia (żeń-szeń, zielona herbata, a nawet masło Shea!), które sprawiają, że możemy zrobić nim wszystko.

Zapiec, rozjaśnić, dodać pięknego aksamitnego matu, poprawić makijaż w ciągu dnia. I jeszcze powąchać, bo puder pachnie jak słodki, waniliowy budyń. Nie bieli, pięknie utrzymuje makijaż, nie przesusza. Gdybym musiała znaleźć jeden mankament, to chyba tylko gumową nakrętkę. Szybko się brudzi, ale prosto ją domyć. Za to wieczko w środku jest zamykane, puder się nie wysypie. No i jest wegański, bez parabenów, a nawet bez glutenu.


Marzenie spełnione


No i teraz przechodzimy do spełnienia marzeń. Bo wiecie, ja byłam Spicetką i nią pozostanę. A biorąc pod uwagę, że z krótką przerwą na okres burzy i naporu, buty Buffalo London podobają mi się już prawie 20 lat (sic!), to musiało się to wydarzyć. Sprawiłam sobie te najbardziej szalone, upragnione, wystrzałowe adidasy na platformie, dokładnie tej marki, co tworzyła buty Spicetkom.

Nie pytam, czy się podobają. To bez sensu. Bo albo się je kocha, albo nienawidzi. W mojej szafie zdetronizowały na ten moment wszystkie bucisze, i możecie mi wierzyć – upał 40 stopni, ja je noszę bez przerwy od dwóch tygodni.


Więc jeśli to nie ulubieniec, to co? A kupiłam je na Zalando.
I o dziwo, wyprzedają się.


Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x