The Inkey List – pielęgnacja w stylu The Ordinary

Minęły prawie 2 lata, odkąd piszemy o The Ordinary (i namówiłyśmy setki, a pewnie nawet tysiące z Was do ich używania). Pamiętacie jeszcze, że przed TO zakup mocnego peelingu chemicznego, czy serum z peptydami lub dużym stężeniem witaminy C, był w zasadzie niemożliwy? Na szczęście sukces The Ordinary znalazł naśladowców – jednym z nich jest The Inkey List. To, co łączy Inkey i TO to proste opakowania o minimalistycznym designie, dość krótkie składy bez zapachów, barwników, drobin (i tych wszystkich składników, które cieszą oko i nos, ale często podrażniają skórę), a także zastosowanie nowoczesnych składników, dostępnych wcześniej tylko w droższych produktach.


A jak Inkey List sprawdza się w praktyce? Na 6 produktów, które sprawdziłam, 3 okazały się totalnymi hitami, 2 to rozsądny basic, a 1 to kosmetyk z kategorii meh. Bilans na +



The Inkey List – plagiat The Ordinary?


The Inkey List to marka założona przez dwoje Brytyjczyków: biochemika Marca Curry i Colette Newberry (managerkę marketingu i retailu, z doświadczeniem w pracy w sieci Boots dla marek Liz Earle, Soap&Glory, No7). Jak twierdzą założyciele, zależało im, by tworzyć kosmetyki premium o drogeryjnych cenach. Jednocześnie takie, które będą proste w użyciu i po prostu będą działać.

Pierwsze produkty Inkey, które weszły do sprzedaży w 2018 roku, były dość podobne do flagowych kosmetyków The Ordinary (przynajmniej w nazwach oraz doborze głównych składników aktywnych). Trzeba było wczytać się w składy, aby zobaczyć, że kosmetyki mają inne formuły i faktycznie nie są kopiami TO.

Już na pierwszy rzut okaz widać, że choć kosmetyki mają zupełnie inne opakowania, przyświeca im ta sama idea tworzenia butelek prostych, minimalistycznych i… tanich w produkcji (zauważyliście, że do produkcji butelek, tubek i kartoników nie używa się wielu kolorów?).

Nazwa The Inkey List nawiązuje do angielskiej wymowy INCI – czyli listy wszystkich składników kosmetyku (składniki występują w kolejności od tych o największym, po najmniejsze stężenie). Nazwa podkreśla więc transparentność marki (mniej marketingu i obietnic, więcej faktycznie działających składników).

Warto zaznaczyć, że nowe produkty nie nawiązują już do The Ordinary, tworząc odrębną, samowystarczalną linię pielęgnacyjną dla każdej cery, a w szczególności cery wrażliwej, mieszanej, z pierwszymi zmarszczkami.

Składy są bogatsze (często dodaje się przeciwstarzeniowe peptydy i dodatkowe substancje nawilżające), a produkty tak inne od TO, że obie linie świetnie się uzupełniają i można je swobodnie łączyć w ramach jednej rutyny pielegnacyjnej.


Gdzie kupić i ile kosztuje The Inkey List?


W tej chwili w Polsce dostępnych jest łącznie 19 produktów, w Wielkiej Brytanii 23 kosmetyki. W Polsce można je kupić online w Sephorze (TU). Jest to jednocześnie najtańsza marka pielęgnacyjna w całej Sephorze (poza częścią produktów marki własnej tej perfumerii)! Dlatego dość często zdarza się, że część produktów jest wyprzedana i trzeba czekać na dostawy.

Jeśli masz cierpliwość, to super. Jeśli nie – zawsze możesz kupić Inkey za pośrednictwem brytyjskiego sklepu Cult Beauty (ceny takie jak w Polsce, ale to właśnie w Cult szybciej pojawiają się nowości i są częstsze dostawy).

Ceny są bardzo przystępne. Przeciętny kosmetyk kosztuje mniej niż 40 zł (najtańsze mniej niż 30, najdroższe jest serum z peptydami za 65 zł). Co ważne, markę obejmują sezonowe promocje Sephory – czyli będzie można upolować Inkey za 15-20% mniej.


Czy to są dobre kosmetyki?


Muszę się Wam w tym miejscu do czegoś przyznać. Do marki Inkey List podchodziłam długo jak pies do jeża, głównie przez inspirację The Ordinary oraz… niezbyt ładnymi opakowaniami. Ani estetycznie, ani ekologicznie Inkey nie dorównuje TO (butelki są plastikowe i niezbyt ładne, tymczasem The Ordinary 90% asortymentu pakuje w szkło). Poddałam się dopiero pod naporem obserwatorek z Instagrama, które co rusz zaczepiały nas w stylu: Blessy, a wiecie, że jest nowa marka jak The Ordinary? Widziałyście, co weszło do Sephory? Testowałyście Inkey List?

Przeanalizowałam składy i wybrałam te kosmetyki, które wydawały mi się najciekawsze, najbardziej innowacyjne i najlepiej wypełniające lukę w ofercie The Ordinary. Skomponowałam zestaw produktów, który stanowi niemal kompletną rutynę (brak toniku i olejku myjącego, dlatego że po prostu nie ma ich jeszcze w ofercie Inkey List):

  • Żel oczyszczający z kwasem salicylowym
  • peeling kwasowy (AHA)
  • maseczka oczyszczająca
  • serum nawilżające
  • serum-olejek przeciwzmarszczkowy
  • krem nawilżający z probiotykiem

Cały set kosztował ok. 270 zł. Rezultat ponadmiesięcznych testów dowiódł, że zwiodło mnie pierwsze wrażenie. I jak bardzo warto było było Was posłuchać i kupić te kosmetyki!


Moje hity Inkey!


Jak pisałam wcześniej, trzy produkty mnie absolutnie zachwyciły i na pewno kupię kolejne opakowania (bo niestety te pierwsze już się kończą). Ma tu na myśli przede wszystkim fantastyczne serum nawilżające Polyglutamic Acid (30 ml/59 zł), które jest bombą nawilżenia i kosmetykiem redukującym widoczność porów w jednym. Zawiera 3% kwasu poliuglutaminowego, nazywanego nowym, lepszym kwasem huialuronowym (i słusznie, bo potrafi on zatrzymać 3 razy więcej wody w skórze!). Nie jest to płynne serum (jak więszość hialuronowych), lecz kosmetyk o konsystencji żelu-galaretki o wykończeniu wygładzającym i lekko matującym. Coś pięknego dla mieszanej, trądzikowej, tłustej cery!

Wieczorem wybieram coś bardziej treściwego (aczkolwiek nadal lekkiego), o szerszym spektrum działania. To Q10 Serum (30 ml/26 zł) – żelowa emulsja z dodatkiem olejków, koenzymu Q10 (ubichinonu), lecytyny, kwasu hialuronowego, witaminy E i kompleksu wspomagających regenerację skóry peptydów. Z nawilżaniem radzi sobie świetnie, a dzięki Q10 i peptydom stymuluje skórę do szybszej regeneracji. Dlatego świetnie się sprawdzi dla cer skłonnych do odwodnienia, ale też jako polisa ubezpieczeniowa na wypadek zmarszczek. I ochroniarz bariery naskórkowej.

Tak naprawdę oba serum można stosować na dzień i na noc. Polyglutamic rekomendowałabym dla cer bardziej skłonach do przetłuszczania, a Q10 dla tych bardziej odwodnionych, suchych.

Ale czym byłaby kompletna pielęgnacja bez trzeciej gwiazdy zestawienia – świetnego kremu-emulsji do codziennego nawilżania skóry. Multi-Biotic (50 ml/59 zł). Krem jest lekki, świeży, nawilżający, świetnie się rozprowadza i wchłania. Nie podrażnia skóry wokół oczu (może być kremem all-in-one – do twarzy i oczu na dzień i na noc). Konsystencja i działanie solo będzie odpowiednie dla cery młodej, dla wrażliwców, osób z cerą mieszaną, tłustą, odwodnioną. Jeśli Twoja cera jest dojrzała, albo sucha – pewnie trzeba będzie dodać do niego kroplę ulubionego olejku.

A dlaczego tak go lubię? Bo nie tylko bardzo przyjemnie się go używa, ale jest to kosmetyk z probiotykami (wzmacniają barierę ochronną, pomagają skórze się regenerować) i składnikami wyrównującymi koloryt skóry. Znakomicie balansuje i chroni cerę mieszaną.


Dobre, ale bez wodotrysków


W poniedziałkowym wpisie o zmianach w pielęgnacji pisałam, że nie trzeba na co dzień używać antybakteryjnych żeli do mycia. Chyba, że masz trądzik. Wtedy taki składnik, jak kwas salicylowy, dba o kondycję skóry już podczas mycia.

Salicylic Acid Cleanser (150 ml/52 zł) jest fajnie sformułowanym żelem myjącym bez SLS, który nie szkodzi skórze. Ale też nie zauważyłam, by poprawiał jej stan. Także dla osób z trądzikiem może okazać się fajny. Dla reszty populacji, zbyt przeciętny (i za drogi).

Mieszane uczucia mam też do toniku-serum z kwasami od The Inkey List. Alpha Hydroxy Acid (30 ml/43 zł) jest bardzo delikatnym peelingiem chemicznym zawierającym naturalnie złuszczające wyciągi owocowe. Jest tak delikatny i skuteczny, jak Glow Tonic od Pixi, ale w porównaniu do niego zaskakująco… drogim. Także mamy tu produkt, który działa. Ale nie sądzę, by warto było go kupić (Pixi kosztuje 55 zł, ale za 100 ml! 3 razy więcej, niż w The Inkey List).


Jeden mały bubel


Produkt, który każe mi sądzić, że na rynku brytyjskim maski glinkowe nie są tak dobre jak w Polsce. Kaolin Clay (50 ml/26 zł) ma piękny skład (glinka, sok aloesowy, olejki, glony, panthenol, ekstrakty roślinne), ale na skórze zupełnie brak efektu. Ot zwykła maseczka z białą glinką o stopniu oczyszczania lekkim do średniego. Niestety beż żadnych dodatkowych efektów pielęgnacyjnych. Już lepiej kupić sobie glinkę w drogerii za kilka złotych, serio.


Jakie są Wasze opinie o The Inkey List? Może testowałyście kosmetyki, których my jeszcze nie znamy i możecie coś jeszcze polecić?

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x