Carmex w Londynie czyli śladami Krasnala z „Amelii”

Tytuł mówi wszystko! Bo historia dzisiejszego bohatera przypomina właśnie opowieść o krasnalu 
podróżującym po świecie opowiedzianą przez Jean Pierre Jeauneta w filmie „Amelia” (kultowym prawda?). Zamiast krasnala na zwiedzanie wybrał się Carmex w kilku smakach (którego jesteśmy ambasadorkami), a świat skurczył się do stolicy Wielkiej Brytanii. I po czterech dniach udokumentowanych wojaży możemy z ręką na sercu potwierdzić – balsam spisał się na medal!

Nie tylko pozował do zdjęć, ale także (przede wszystkim nawet!) znakomicie spełniał rolę nawilżacza ust (a wersja naturalna także skórek paznokci) i upiększacza uśmiechów Leny&Lony w trudnych warunkach pogodowych jesiennego Londynu. Czy to pod Big Benem, czy w Muzeum Historii Naturalnej, czy w kawiarniach i barach – gdzie my, tam i nasze Carmexy. Najczęściej na zdjęciach zobaczycie londyńskie metro, bo i zazwyczaj właśnie w drodze do kolejnych atrakcji miasta robiłyśmy sobie małe poprawki makijażu.

Hmmm, a wiecie, że nawet teraz, gdy piszę ten post, mam go przy sobie (tym razem wersję miętową, użyłam  jakąś minutę temu). Bo to już jest nałóg mili Państwo. Uzależniłam się od tego delikatnego mrowienia (to chyba zasługa eukaliptusa), przyjemnie natłuszczającego działania i miodowej konsystencji. Klasyczny Carmex (który ja, Lona uważam za niedościgniony wzór dla innych balsamów i najlepszy z całej rodziny) zawsze noszę w kieszeni kurtki lub w torebce (dlatego też nawet na zdjęciach z Londynu jest go najwięcej), wersja miętowa natomiast służy mi głównie do celów ‚domowych’. Zdążyłam już wypróbować wszystkie smaki i konsystencje Carmexu i właściwie jedynym, który nie przypadł mi do gustu był ten jaśminowo-herbaciany. Dla mnie kompozycja zapachowp-smakowa kompletnie nietrafiona.
Lena z kolei najbardziej lubi najnowsze dziecko Carmexu – Moisture plus w wygodnym sztyfcie przypominającym pomadkę do ust. A gdy ma ochotę na słodkości sięga po Carmex wiśniowy lub truskawkowy. 

Już czas zobaczyć je w akcji nasze ‚krasnalki’, specjaliści od nawilżania ust chroniący nas przed londyńską słotą. Fotogeniczni z nich modele, nieprawdaż?

Przerwa na lunch w Subway’u, a potem… coś dobrego dla ust 🙂

No i jesteśmy w metrze. Linia Jubilee.
Moje (Lony) ulubione fotki z Carmexem. Zobaczcie na mistrza drigiego planu!
Klasyczny Carmex zaraz przejdzie przez bramki i wsiądzie do metra.
A jak już wysiądzie to zaprzęgnę do do pracy. Londyńska pogoda koszmarnie wysusza usta!

O i znowu metro. Tym razem gwiazdorzy Lena i Carmex truskawkowy.

A teraz pytanie za 100 punktów: gdzie jest Carmex?

Ha! Pod wieeeeeeelkim dinozaurem, czyli w londyńskim Muzeum Historii Naturalnej.

Ulubieniec Leny,wyglądający jak szminka Moisture Plus przeglądał z nami bloga w Starbucksie pod Tower of London 😀

A mój klasyk dotarł pod Big Bena…

…i prawie pojeździł London Eye.

Jest potrzebny Lenie…

… która zamierzała obdarzyć męża eukaliptusowym buziakiem 😉

Gdyby obsługa metra nie była z papieru też byśmy im dały Carmex. A tak… no niech patrzą, uśmiechają się i zazdroszczą 😉

bo Carmex lubi metro, lubi ludiz w metrze, ale i przejażdżką luksusowym wozem nie pogardzi.
Powiedział nam w sekrecie, że bardzo podobało mu się w Londynie, ale chce już wracać do domu. No to i wrócił 🙂

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x