Bubel alert! Zastanów się, zanim kupisz te kosmetyki

Nic tak nie wkurza, jak kosmetyk, który nie działa. Szczególnie wtedy, gdy był drogi i wiele obiecywał. I choć latem chciałoby się pisać tylko o dobrych kosmetykach, tym razem bez bubli się nie obędzie. Oto 7 kosmetyków, przed którymi chcę Was ostrzec.


7 największych urodowych rozczarowań tego lata



1/ Podkład Becca

Ultimate Coverage Cpmplexion Creme, podkład mocno kryjący Becca, 30 ml/159

Najgorszy podkład ever! Nie żartuję. Kto oglądał mój test na żywo na naszych InstaStories, ten widział na własne oczy, co Becca robi z moją twarzą. Źle jest od początku – podkład ma niby duże krycie, ale trudno go rozprowadzić równą cienką warstwą wokół nosa. Przez co zaczerwienienia jednak przebijają. Przypudrowany czy nie, na bazie czy bez (próbowałam w wielu konfiguracjach) zawsze robi to samo – nieestetycznie schodzi z tłustych partii twarzy (czoła, nosa i brody – mam cerę mieszaną), nie zastyga więc migruje razem z sebum gdzie popadnie. Przez to pod koniec dnia mam pół twarzy w nienagannej tapecie, a pół zupełnie bez podkładu (ewentualnie w plamach).

Jeśli mimo wszystko jesteście go ciekawe, nie kupujcie w ciemno. Weźcie próbkę.


2 / Żel aloesowy 99%

Holika Holika Aloe Soothing Gel, 200 ml/35 zł

Zachwalany i ukochany przez wszystkie blogerki (w tym nas), a jednak koszmarny bubel. Jak to możliwe? Wiecie, ja też chwaliłam jego wielofuncyjność (można nim smarować twarz, ciało i włosy) oraz działanie nawilżające i łagodzące. Do czasu, aż żel zamiast prostej roboty nawilżania przy wiosennej pogodzie, dostał prawdziwe zadanie bojowe. Miał nawilżyć i złagodzić skórę i włosy poddane działaniu hiszpańskiego słońca. Byłam go tak pewna, że nie zabrałam żadnego innego balsamu. I poza faktem, że był okropnie niewydajny (wykończyliśmy go z mężem w 3 dni), to zupełnie nie działał. Nie łagodził poparzeń na ciele, nawilżał tylko na chwilę, a na włosy mogłam nakładać go tonami – i tak nie było efektu.

Pojechaliśmy więc do supermarketu i za 4 Euro kupiliśmy hiszpański żel aloesowy. Nie tak ładny, nie tak promowany na blogach i zupełnie nieazjatycki. Ale to właśnie on przyniósł nam ulgę. Nawilżył i zregenerował skórę w dwa dni. Także… nie kupujcie go na wakacje. Nie warto.

Po lewej hiszpański magik za 4 Euro, po prawej słynny żel koreański, który nie sięga mu do pięt.

3/ 7-dniowa kuracja z wit.C

Fresh Pressed Clinique, zestaw 7 porcji proszku oczyszczającego i emulsji z witaminą C, 119 zł/zest

Kocham witaminę C i to, jak działa na moją skórę. Odświeża, pobudza, nawilża, wyrównuje koloryt, przeciwdziała zmarszczkom… jest naprawdę super i właśnie kosmetyki z tą witaminą zaliczam do grupy produktów, na które warto wydać więcej. I lekka emulsja z tego zestawu Clinique pewnie też jest całkiem spoko. Pewnie zadziała, jak każda witamina – po 1-3 miesiącach. Szkopuł w tym, że producent obiecał po tygodniu. Według Clinique wystarczy 7 dni by zobaczyć rozjaśnioną, rozświetloną twarz. A ja nie widzę. Wiem tylko, że dałam się nabrać na obietnicę szybkiego efektu, która nie mogła się spełnić.

7-dniowy mini set to zupełna strata czasu i pieniędzy.


4/ Melted Matte

Pomadka matowa w płynie Too Faced – kolor Wine Not?, 99 zł

Wine Not? to jeden z 6 nowych odcieni pomadek Melted, dostępnych na razie w USA (w polskiej Sephorze jeszcze ich nie ma), więc pomyślałam, że Was ostrzegę na zapas. Bo z Melted Matte bywa różnie. Niektóre odcienie są super, inne nie są warte ceny. Mam wrażenie, że kolory jasne i średnie (mam jeszcze Sucked i Queen B) nakładają się równo i gładko, natomiast w ciemnych są problemy z pigmentacją. Żeby z odcienia wine not? wycisnąć prawdziwą barwę bakłażana, musiałam nałożyć trzy warstwy koloru (a wiecie jak wyglądają matowe szminki, gdy się je dokłada warstwami), na środek dolnej wargi nawet cztery.

I choć bardzo lubię Too Faced i bardzo lubię ten kolor, ostrzegam lojalnie – nie kupujcie. Sprawcie sobie Hudę.


5/ Cień Twinkle Pop

Marc Jacobs Beauty, kremowy błyszczący cień w sztyfcie – kolor Au Revoir – 147 zł

Jeśli jest w mojej kosmetyczce produkt, którego nie lubię bardziej, to chyba tylko podkład Becca (nr 1 na liście bubli ;)). Do dziś pamiętam, z jaką ekscytacją wydawałam na niego pieniądze, jak pięknie błyszczał zeswatchowany na ręce, jak bardzo podobało mi się opakowanie w formie ołówka. Dziś nałożyłam do na powieki, by po raz setny utwierdzić się w przekonaniu, że to najgorszy cień kremowy/płynny jaki kiedykolwiek miałam. Bo to jest cień, który dość trudno przesuwa się po powiece, a zanim zdążycie go rozprowadzić i przystąpić do prób (!) rozblendowania palcem, już zastygnie. I jest nie do ruszenia. Ta gra na czas to kpina!

Rozumiem potrzebę trwałości, ale jeśli Pupa, a nawet Nyx, za ułamek ceny oferuje coś równie trwałego, ale przyjemnego w pracy, to po co komu cień MJ. Dla logo na opakowaniu? Hiperbubel!


6/ Kredka 4w1 Clarins

Zestaw 4 kolorów kredki do ust, brwi i oczu w formie długopisu z wymiennymi wkładami, 0,8 gr/159 zł

Pomysł na ten kosmetyk był absolutnie genialny! 4 kolory kredek niezbędnych w codziennym makijażu (czerń na powieki, brąz na powieki i brwi, niebieski na powieki, nude do ust), które ‚przełącza się’ jak w długopisach z lat 90tych. Problem zaczął się, gdy kredek trzeba było użyć. Nie wiem, co się stało akurat z tym produktem, bo kredki Clarinsa to jedne z moich ulubionych (używam namiętnie do ust i brwi) – piękne kolory, idealna miękkość, łatwość aplikacji. A tu? Cztery zbite, twarde wkłady, którymi nawet usta trudno obrysować, nie mówiąc o delikatnych powiekach. Miał być hit, wyszedł bubel. I jest mi przykro z tego powodu, bo bardzo chciałam, by właśnie ta kredka była ideałem wyjazdowo-torebkowym.


7/ Krem do włosów Kiehl’s

Creme with Silk Groom, krem odżywiająco-stylizujący, 100ml/74 zł

Opis tego produktu jest tak zachęcający, że tylko wyjątkowo odporna jednostka nie dałaby się skusić. Te wszystkie pudry jedwabne, naturalne olejki i substancje odżywcze, które mają dać jedwabistą gładkość, wspaniały połysk i wygładzenie struktury włosów. W dodatku Kiehl’s chwali się, że kosmetyk jest sławy światowej.

Ja do tego opisu dodałam własne oczekiwanie – skoro tak świetnie działa, będzie idealny na lato. Na wszelkie wyjazdy, gdy ani mi się śni zabierać tonę spray’ów i maseczek. Tymczasem jedyne, co robi ów krem, to całkowite, natychmiastowe przetłuszczenie i obciążenie moich włosów. I jeśli w tym momencie myślicie sobie ‚pewnie nakładasz za dużo’ wiedzcie, że aplikuję na włosy porcję wielkości pestki wiśni. Być może przyda się włosom ekstremalnie suchym i kręconym, ale producent zaleca go do każdych.


Jakie są Twoje kosmetyczne rozczarowania ostatnich miesięcy?

A może któryś z moich bubli jest Twoim ulubieńcem?



 Ten wpis powstał w ramach akcji blogerskiej #wakacyjnebeauty.
Sprawdź koniecznie, co przygotowały pozostały pozostałe blogerki:

  1. Justyna: www.okiemjustyny.blogspot.com
  2. Paulina: www.simplistic.pl
  3. Małgorzata: www.candykiller.pl
  4. Klaudyna : www.ekstrawagancko.com
  5. Agnieszka: www.agnieszkabloguje.pl
  6. Agnieszka: www.agwerblog.pl
  7. Alicja: www.kotmaale.pl
  8. Paulina: www.paulinablog.pl
  9. Olga: www.apieceofally.pl

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x