Piosenki, które zmieniały moje życie

Niektóre z nich nie wpłynęły specjalnie na historię muzyki popularnej. Jednak każdy z poniższych utworów sprawiał, że moje oczy rozszerzały się szerzej, krew docierała do mózgu szybciej, serce biło jak oszalałe. Mam wrażenie, że niemal każdy z nich był dziwnym krokiem ku dorosłości. Samodzielnym wyborem, zrozumieniem, zachwytem. Z każdym wiąże się historia. Macie tak, ze to właśnie piosenki przenoszą Was w jakieś szczególne miejsce? Słyszycie pierwsze nuty i już sekundę później jesteście na obozie albo trzymacie za rękę swojego pierwszego chłopaka. Mam też wrażenie, że w pewnym momencie mój czas piosenek nagle stanął. Pewnie za kilkanaście lat, kiedy przypadkiem usłyszę hit Katy Perry będę mogła wsadzić go do przegródki „okolic 2014”. Jednak mam wrażenie, że najważniejsze piosenki mojego życia już są usłyszane, zapamiętane, wydeptały swoje ścieżki w mojej pamięci. Weszły w krwiobieg.

Jedno z pierwszy wspomnień jakie mam i wiąże się ono z muzyką to „Summertime” Janis Joplin. Usłyszałam ją w programie „Mini lista przebojów”, a tata podkreślał jakie to piękne dźwięki. Janis była dla mnie divą na miarę Huston czy Carey, naprawdę! Nie miałam więcej niż 3 lata, zachwycałam się piękną balladą i długimi włosami dziewczynki naśladującej mamę Janis. Dziesięć lat później wróciłam ze świadomością kim są dzieci kwiatów i jak tragiczna była historia królowej bluesa.

Wróciłam z kolonii i żądałam piosenki o aniołku. Dostałam i Kelly Family było chyba moim pierwszy świadomym wyborem muzycznym. Choć byłam odrobinkę za mała na bycie psychofanem, to dostałam bluzę z podobizną całej rozśpiewanej rodzinki. I możecie mówić, że obciach, ale oni naprawdę grali na instrumentach! To nie były byle jakie melodie.

Spicetki były moją największa miłością wczesnych lat podstawówki. Nie raz o tym wspomniałam, nie raz przywoływałam gorące uczucia do jakie żywiłam do Mel Be. Najmilej wspominam „Say you’ll be there„. Z Olą K. ułożyłam całkiem zacny układ taneczny. Poza tym sielsko myśleć o latach szkolnych, lizakach ze Spice Girls, i moim pokoju pływającym w plakatach dziewczyn.

Siedziałam w za zamkniętymi drzwiami, oglądałam kasetę pożyczoną od Marcelki, a na niej anioła z widocznymi narządami wewnętrznymi. Lat miałam może z dwanaście, angielski opanowany w stopniu podstawowym i czasownik „rape me” niekoniecznie był mi znany. Słuchałam jednak In Utero Nirvany i ten utwór zawładnął moim umysłem. Wielu ludzi słuchających chłopaków z Seattle mówiło, że jako dzieciaki słyszały ból wyśpiewywaną przez Cobaina. No i ja czułam, że ten gość rozumie mnie jak nikt wcześniej. I chyba później też.

Te wszystkie historie zaczynają pojawiać się w podobnym wieku. Między 12 a 15 rokiem życia miałam tak wiele doznań muzycznych, ze aż trudno je wszystkie zliczyć, zaklasyfikować, wskazać te najważniejsze. Choć na pewno Led Zeppelin i ich najpiękniejsza pieśń o miłości była takim momentem. Tak naprawdę właśnie „Since i’ve been loving you” jest moimi schodami do nieba. To taki utwór co sprawia, że trudno oddychać.

„Shine on you crazy diamond” jest dla mnie więcej niż tylko intymnym spotkaniem z Pink Floyd. Dla mnie to historia znacznie ważniejsza niż nuty, to szereg wspomnień i obrazów związanych z konkretna osobą. Wyciskacz łez, prawdziwy melodramat, i epifania. Kto, u diaska, potrafi dzisiaj pisać taką muzykę?

Łzy w oczach miewam również na wspomnienie mojego pierwszego koncertu Iron Maiden, w Spodku w roku 2003. Kiedy pierwszy raz na żywo usłyszałam „Fear of the dark„, ujrzałam tłum fanów unoszących do góry zapalniczki i wyśpiewujących każde słowo, wtórujących każdemu dźwiękowi, to poczułam że to chyba jednak sekta. Boska!

I wiecie co? Kaplica. Mijały lata, a moje doznania muzyczne nie był już tak wielkie. Klasyka odkryta, ciarki przychodziły rzadko, zazwyczaj jako odkurzanie starych wspomnień. I zdarzyło się rok temu, podczas koncertu Down. Jako nie po drodze było mi wcześniej i z Down, i na dodatek z Panterą. Nie znałam, ja głupia. I ten moment, na koncercie, to szaleństwo. Najbardziej „New Orlean is a dying whore„. Pieprzona muzyka dla pieprzonych prawdziwych facetów. Ciężko do bólu, trzewia skręcone. Kocham szaleńczo.

 

Dajcie mi swoje muzyczne drogi, proszę!

2 komentarze

  • 10 lat ago

    Ciekawie… Spicetki (hmm.. trudno wybrać, ale chyba najbardziej 2 become 1), Kelly Familly (Fell in love witha an alien), tak jak u mnie. Ale tez mam sentyment do ‚Małej wojny’ Lady Pank, ‚Cruify’ Tori Amos, ‚Open your eyes” Guano apes, ‚Runaway’ Linkin Park czy też „Youth of the nation” POD… A z ostatnich, najnowszych to „sto tys jednakowych miast’ Comy… która kocham, wielbię, łaknę… 😉 Tak na szybko to trudno, tyle piosenek, nieraz banalnych, wręcz śmiesznych…Bo nawet taka „Majorca” ma coś w sobie… 😛

  • Lili
    10 lat ago

    Hmm, trafiłaś w kilka moich 🙂 Chociaż chyba każdy fan muzyki ma straszliwie długą listę tych ulubionych.
    Dorzuciłabym „Gloria” Patti Smith, „Garden of Man” Grace Slick, „This Corrosion” Sisters of Mercy, David Bowie „Sufragette City”, ostatnio odkryłam „Death of a Whore” Juliette and the Licks i kurczę… Nawet nie jestem w 10% listy, ale nie szkodzi 🙂 Na pewno odkryjesz więcej wspaniałych piosenek, życzę Ci tego gorąco!

Leave A Comment

Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x