Kosmetyczne BLESSY i MESSY stycznia!

Nowy rok, nowi ulubieńcy! W zmienionej formule – teraz co miesiąc będziecie dostawać porcję naszych najlepszych kosmetyków, ale od razu w pakiecie z bublami. Nie zawsze będą to nowości – w ulubieńcach będziemy starać się pokazywać te kosmetyki, których używałyśmy najczęściej i najbardziej nas zachwyciły.


Zaczynamy Blessy i Messy stycznia!



1/ Bazy Guerlain

Największe odkrycie ostatnich tygodni!

Na fali uwielbienia do bazy Gold (Bless Roku 2017), testujemy kolejne produkty Guerlain. I powiem Wam – chyba nie ma lepszej marki oferującej bazy. Zarówno Blurring Active Base (pachnąca jak Meteoryty baza wygładzająca bez silikonu), jak i Stop Spot (zielono-beżowy korektor na wypryski i zaczerwienienia, który jednocześnie walczy z bakteriami, ukrywa trądzik, matuje i zmniejsza widoczność porów) działają świetnie. Do tego są bardzo wydajne. Używam codziennie!


2/ Rozświetlacze Sugar GlowKit

Wszystko, co najbardziej lubię w rozświetlaczach, w jednej palecie.

Beżowe, złote i różowe tony przepięknie mieniące się na kościach policzkowych. Zmieszane – jeszcze bardziej wielowymiarowe. Intensywne, ale nadające się też na dzień. Anastasia Beverly Hills zrobiła coś niezwykłego i jeśli tylko macie możliwość zamówić kosmetyk z GB czy USA, albo przywieźć go sobie z podróży, zróbcie to!


3/ The Ordinary Vitamin C 23% + HA 2%

Jak pewnie wiecie, z The Ordinary przetestowałam już prawie wszystko (tu i tu). A mimo to marka potrafi mnie pozytywnie zaskoczyć.

To jest prawdziwa bomba witaminowa! Działa w zasadzie od pierwszej nocy (używam wieczorem ze względu na formułę dość tłustawej emulsji z zatopionymi ziarenkami kwasu askorbinowego – ten miks nie nadaje się pod makijaż). Silnie nawilża, wygładza, rozjaśnia. Nawet wypryski się go boją, bo zmniejszają się jak po preparacie punktowym (a w składzie nie ma ani cynku ani AHA). To jest tak silna formuła, że większość osób pewnie będzie musiała ją rozcieńczać z innym serum lub kremem. Uczucie szczypania jest dość silne i trwa nawet 15 minut. Ale warto wytrzymać dla tak spektakularnych efektów. Do tego absurdalnie niska cena – ok. 25 zł za tubkę 30 ml (serum Clinique z mniejszą ilością witaminy C w tej samej formule kosztuje prawie 400 zł).


4/ Krem do mycia twarzy Eris

Wspaniale zmywa makijaż, dba o cerę i zupełnie jej nie przesusza.

Dr Irena Eris Cleanology to żel oczyszczający o konsystencji kremowego mleczka, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wielka tuba kryje bardzo wydajny i uniwersalny produkt. Sprawdza się zarówno jako drugie mycie przy podwójnym oczyszczaniu, jak i solo – do demakijażu, czy też porannego mycia buzi. Pięknie pachnie, nie ściąga skóry, nie podrażnia nawet mojej hiperdelikatnej okolicy oczu. Uwielbiam go.


5/ Korektor Maybelline

Mimo, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia cieszę się, że dałam mu szansę.

Słynny Eraser Eye (zwany też Age Rewind) uwielbiają chyba wszystkie blogerki. Ja do tego korektora musiałam się przyzwyczaić – polubiłam go dopiero po 2 miesiącach używania! Na początku wydawał mi się zbyt kryjący na korektor na co dzień, ale zbyt mało na korektor na specjalne okazje. Dopiero po czasie doceniłam, jak szybko i bezproblemowo się aplikuje (gąbka może się i brudzi, ale świetnie działa), jak pięknie stapia z cerą i nie odcina się od żadnego z moich podkładów. I choć bez przypudrowania zbiera się w zmarszczkach, na co dzień jest idealny. Co ważna – nie przesusza przy dłuższym codziennym użytkowaniu.


6/ Lancome Matte Shaker

Nakłada się jak olejek, barwi jak tint i zostawia aksamitno-matowe wykończenie. Szminka, którą w styczniu nosiłam najczęściej.

W zabawnym opakowaniu przypominającym prawdziwy shaker kryje się kosmetyk, który nie zrobił piorunującego pierwszego wrażenia. A potem z dnia na dzień okazało się, że nie umiem bez niego wyjść z domu. Niebywale lekka konsystencja, wręcz niewyczuwalna na ustach. Matte Shaker w kolorze 270 Beige Vintage to piękny zgaszony róż, który pasuje do wszystkiego. Zupełnie nie wysusza ust, aplikuje się szybko i łatwo, a kolor trwa przez kilka godzin.


7/ Maseczki

Świetna oczyszczająca Pixi (chyba najlepsza, jaką stosowałam) oraz cukrowy peeling z olejkową maską w jednym od Skinfood.

W styczniu używałam naprawdę wielu masek. Najbardziej polubiłam te dwie. Z jednej strony świetną oczyszczającą Pixi Glow Mud (zawiera glinkę, morskie minerały i ekstrakty roślinne), z drugiej – delikatny peeling miodowy Black Sugar Honey Skinfood, który jednocześnie jest kojącą, olejkową maską (sprawdzi się też przy cerach suchych). Są świetne, wydajne i mają dobre ceny.


8/ Glitter Primer Too Faced

Baza pod brokat, którą nakładam pod niemal każdy cień błyszczący. I jeszcze nigdy nie miałam tak błyszczącego, wyrazistego makijażu oczu!

Ta baza to magik! Niesamowicie podbija błysk wszystkich moich cieni, nie tylko tych z brokatem. Niesamowicie wydajna i łatwa w stosowaniu. Nie wyobrażam już sobie bez niej makijażu.

Glitter Primer sprawia, że nawet błyszczący beż wygląda intensywnie!

10/ Tusz Stila Huge Extreme

Maskara, którą mam od roku, ale jest tak dobra, że nie chciałam jej używać zbyt często, by się nie skończyła…

Dla mnie ideał tuszu. Daje tak samo spektakularny efekt jak Too Faced Beter Than Sex, ale jest bardziej czarna, odporna na ścieranie, kruszenie. Czyli ma zalety Too Faced, ale nie ma jego wad. W styczniu wreszcie postanowiłam przestać ją oszczędzać i cieszyć się szybkim i wyrazistym makijażem rzęs na co dzień. Huge Extreme jest dostępna na Cult Beuty, bez problemu można ją więc zamówić do Polski.


11/ Puder La Mer

Bardzo lubiłam go używać pod oczami, ale dopiero, gdy zaczęłam wykańczać nim makijaż całej twarzy przekonałam się, jak genialny jest to produkt.

To, jak niesamowicie zmiękcza rysy, jak dodaje delikatnego blasku skórze, jak ukrywa zmarszczki… niesamowite! I używam go wszędzie, nawet na strefę T. Może nie ma właściwości matujących, ale przepięknie stapia się z podkładami i wydobywa z nich to, co najlepsze. Cudo!


MESSY czyli buble!

Produkty tak wkurzające, że postanowiłam Was przed nimi ostrzec…

Po pierwsze Puder Paese. RYŻOWY. To, jak przerażająco płaską, ultramatową twarz pozostawia po aplikacji to jedno, ale jak ciastkuje podkłady – drugie. Nie życzę tak kiepskiego efektu makijażu nikomu. Drugi mess to zdecydowanie maseczka w piance NIA. Sunday Detox to produkt, który wygląda jak mus, zawiera glinkę, ale ma zastygać jak maska peel off. Brzmi fajnie, prawda? Niestety, bardzo trudno zaaplikować tę piankę, a po jej zdjęciu ukazuje się… nic szczególnego. Nie widzę różnicy przed i po, ani w oczyszczeniu, ani gładkości. A kosztuje to cudo 169 zł. Nie warto!


A jakich kosmetyków Wy używałyście najchętniej w styczniu?


Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki
Akceptuj Cookie.
x