Koniec z The Ordinary! 3 powody, dla których przestałam używać kosmetyków TO. I Wam też radzę.

Wielu z Was nasz blog bardzo kojarzy się z The Ordinary. Nieskromnie szacując, zapoznałyśmy z marką kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset tysięcy osób (wpisy o marce na blogu przeczytano ponad 800.000 razy!). I wiemy, że Wy też bardzo polubiliście TO, że są stałymi punktami Waszej pielęgnacji. Ale mimo wszystko mówimy dość. Od kilku miesięcy nie kupujemy kosmetyków The Ordinary. Inie chcemy pisać o nich na blogu. Dlaczego?


Są przynajmniej 3 ważne powody. I musicie koniecznie je poznać.



1/ Zero komunikacji, trudna dostępność


Jeśli jesteście z nami od dawna, pewnie pamiętacie, jak rodził się hype na TO. Zaczęło się od tego wpisu. Przeczytało go ponad 300 tysięcy osób, a my nie mogłyśmy nadążyć z odpowiedziami na pytania w komentarzach i mailach. Potem pojawiały się kolejne wpisy o marce, w dużej mierze były to przewodniki po ofercie marki dla zdezorientowanych klientek.

Zobacz wszystkie wpisy o The Ordinary na blogu>


Ten wpis jest częścią serii #TydzienPielegnacji – merytorycznych artykułów napisanych tak, aby razem tworzyły przewodnik po efektywnej i bezpiecznej pielęgnacji twarzy i ciała. Jeśli borykasz się z problemami z cerą, bądź poszukujesz wiarygodnych rekomendacji kosmetycznych, koniecznie sprawdź inne wpisy Tygodnia Pielęgnacji (tu). A jeśli masz dodatkowe pytania lub propozycje tematów, napisz do nas wiadomość na Instagramie.

Mniej więcej od roku do roli społecznego konsultanta Deciem (i to nawet nie samozwańczego – doradzałam, bo pytaliście, a marka sprzedawała kosmetyki nie zapewniając polskojęzycznej obsługi klienta) dodałam jeszcze sobie rolę szpiega-Sherlocka. Bo okazało się, że kosmetyki się wyprzedają ze sklepów, nie ma nowych dostaw i nie wiadomo gdzie kupić kolejne buteleczki ulubionego serum. Nie liczyłam, ile takich zapytań dostałam, ile razy szukałam konkretnych produktów na różnych (polskich i zagranicznych stronach), żeby Wam pomóc, ale było tego moc.

W tej chwili kosmetyki The Ordinary zrobiły się trudno dostępne. Nie mnie zgadywać, z jakiej przyczyny. Ale są produkty, których nie było w stocku od miesięcy. Wy tymczasem pytacie. A ja nie wiem, jak pomóc. Jedyne, co mogę zrobić, to przestać o nich mówić, by dodatkowo nie podkręcać zainteresowania marką.


2/ Marka się nie rozwija


To jest grzech The Ordinary, który mnie osobiście bardzo boli. Jak to się stało, że z brandu, który był trzy kroki przed innymi, teraz ledwo jedzie w peletonie? Dzięki Deciem (producent The Ordinary) cała branża zmieniła się o 180 stopni. Marki luksusowe poprawiają składy, marki niszowe dostały wiatru w żagle (bo widzą, że można zrobić spektakularną karierę), a te drogeryjne… tak się zainspirowały, że poprawiły jakość 10-krotnie. Albo i lepiej.

Jak ten zastój wygląda w praktyce? Ostatnia premiera (jesienią 2020) TO to był… proszek 100% niacynamidu. Czyli półprodukt kosmetyczny zapakowany w słoik. Innowacyjność? Formuła? Raczej kiepski żart. W czasie, gdy w The Ordinary pracowali nad korektorem (będzie miał niedługo premierę) ich bezpośredni konkurenci (The Inkey List) zrobili balsam oczyszczający, dwa kremy do twarzy, preparat punktowy na wypryski i całą serię do pielęgnacji włosów. I każdy z tych produktów to jest wieloskładnikowa, innowacyjna formuła!

Próbowałam liczyć, kiedy zrobiłam ostatnie zakupy w TO. Wyszło mi, że przyjemniej 5 miesięcy temu. I naprawdę nie mam ani potrzeby, ani ochoty w najbliższym czasie na żaden kosmetyk z etykietą The Ordinary. Także dlatego, że…


3/ Inne kosmetyki są lepsze


Ot, najbanalniejszy z powodów – konkurencja. I to nie tylko ze strony dużych, zagranicznych brandów. Polskie kosmetyki mają dobre składy, coraz częściej podają stężenia składników aktywnych i sięgają po aktualnie modne, trendowe formuły, konsystencje i składniki (wiem, że ‚moda’ w kontekście pielęgnacji to nie jest najszczęśliwsze określenie, ale na pewno wiecie, co mam na myśli). A do tego mamy je tu na miejscu! Nie musimy kombinować zamówień z zagranicy, płacić za przesyłki i dumać, czy będzie cło, czy jednak nie.

Idziemy do drogerii, albo zamawiamy online i w najgorszym razie w ciągu 2-3 dni kosmetyk już mamy w domu. A wcale nie jest on droższy, niż The Ordinary.

Wyniki rankingu marek kosmetycznych, który robiliśmy ostatnio na stories, też nie pozostawiają złudzeń. Najbardziej lubicie i najczęściej używacie tych kosmetyków, które są polskie, niedrogie (albo w cenie medium) i pomagają w problemach skórnych. Podwójne zwycięstwo Bielendy Professional, wysokie miejsca takich marek, jak Resibo, Samarite, Tołpa, Soraya, Miya, czy Bielenda to dla nas też znak, że dla TO jest alternatywa.


I mam wrażenie, że nie tylko ja zrywam z The ordinary. Wy też to robicie. Już zrobiliście!


Czy to znaczy, że nigdy nie użyję już nic z TO i nie zobaczycie tych kosmetyków nigdy na blogu, czy Instagramie. Nie wiem, oby nie.

Po pierwsze – mam do zużycia jeszcze dwa flakoniki Czerwonego Diabła, jeden Niacinamide i Amino Acids. Nie pozwolę im się zmarnować. A potem… kto wie. Może Deciem się otrząśnie i zmieni politykę dostaw? A może zrobią taki kosmetyk, który sprawi, że znów wszyscy będziemy marzyć o buteleczce serum  z białą etykietą…


Ale póki co, ten rant zakończę krótko i zwięźle: bye, bye The Ordinary. Z nami koniec.


Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x