Przetestowałam WSZSYTKIE kosmetyki Drunk Elephant. Co warto kupić, a co jednak nie?

Dokładnie 13 miesięcy temu kupiłam pierwszy zestaw kosmetyków Drunk Elephant. I zaczęło się. W ciągu całego roku używałam 17 różnych produktów Drunka, wszystkich poza mydełkami do mycia twarzy (później wyjaśnię, dlaczego nie zamierzam ich nigdy kupić). Wszystkie produkty kupiłam za własne pieniądze, niektóre już dwukrotnie (niedawno zrobiłam zapas ulubieńców). I mogę nieśmiało stwierdzić, że znam ofertę DE jak nikt! Dlatego jeśli zastanawiasz się co kupić z Drunk Elephant, a na co jednak szkoda tracić pieniędzy, jesteś w idealnym miejscu.


W tym tekście opiszę kosmetyki DE w trzech grupach: a) moich must have, b) kosmetyków OK, ale niekoniecznych, c) bubli lub produktów, dla których są tańsze i lepsze zamienniki.



Dlaczego kupuję Drunk Elephant?

Mogłabym napisać, że chodzi o połączenie zabawnych, ale bardzo praktycznych opakowań, dobrych składów i filozofii pielęgnacji, z którą się zgadzam. Tak było na początku (przeczytaj recenzję DE po pierwszym miesiącu używania >). Teraz jednak, gdy minął już pełny rok stałego używania kosmetyków Drunk Elephant i używałam praktycznie każdego kosmetyku tej marki, mam pewność, że one zwyczajnie działają. Widziałam kilkukrotnie, jak poprawiał się stan cery w trakcie kuracji kilkoma kosmetykami z tej gamy. I widziałam, jak się pogarszał, gdy wybierałam inne (choć często nie tańsze – tu nie o cenę chodzi) marki.

Choć nie każdy produkt jest super, to całościowo Drunk Elephant jest jedną z najlepszych marek kosmetycznych, jaka jest w tej chwili na rynku. Kosmetyki mają bardzo ciekawe formuły, których superprzyjemnie się używa (mimo braku silikonów i podobnych składników dających złudzenie piękniejszej skóry od razu). A do tego naprawdę działają. Mogę je lubić bardziej lub mniej, ale żadnemu nie mogę zarzucić braku efektu zadeklarowanego na opakowaniu. I to jest ekstra!

Także zacznijmy od zachwytów – moich totalnych ulubieńców…


a) Must have!

Ulubione, ukochane wręcz produkty, których nie umiem zastąpić niczym innym. Każdy z nich zużyty w całości (pełny wymiar), część kupiona kilkukrotnie (w dużych i mini pojemnościach).

Zacznijmy od fantastycznego kremu do twarzy, ideału dla mojej mieszanej cery skłonnej do zapychania, wyprysków i… zmarszczek. Protini Polypeptide Cream (krem-żel z peptydami, 50 ml/ok. 260 zł). Odżywczy, ale lekki krem z bardzo bogatym składem (m.in. w aż 9 nawilżających i opóźniających starzenie peptydów), o świetnej kosnsytencji (bez silikonów, a jednak niesamowicie wygładza buzię), braku zapachu (można go używać z powodzeniem także pod oczy oraz do cery wrażliwej) i dodatkowym efekcie kojącym, otulającym skórę. Coś pięknego!

Jestem pod ogromnym wrażeniem także nawilżającej maski DE. A to zaskakujące, bo F-Balm Electrolyte Waterfacial (maseczka nawilżająca, 50 ml/ok. 200 zł) to najnowszy produkt marki, na rynku dopiero od około miesiąca. A jednak w kategorii masek całonocnych już zdążył pobić mojego dotychczasowego ulubieńca, maskę Laneige (tu jej recenzja). Maska-balsam jest niewiarygodnie świeża, chłodząca po nałożeniu, a jednocześnie zawiera kuleczki z kwasami tłuszczowymi, które zapewniają odżywienie. Z kolei ceramidy stymulują odbudowę bariery ochronnej naskórka. Ta maska jest super na noc zamiast kremu, w dzień po masce oczyszczającej. A jeśli masz cerę suchą możesz ją zmieszać z serum aktywnym dla dodatkowej porcji nawilżenia.

Jeśli czytanie bloga od dawna, to na pewno już wiecie doskonale, że serum C-Firma Drunk Elephant (30 ml/ ok. 320 zł) to moje ulubione serum z witaminą C (dokładniej: z kwasem askorbinowym) wszech czasów. Ma idealne opakowanie i formę dozowania dla tak trudnego składnika, jak kwas askorbinowy (który bardzo łatwo się utlenia i naprawdę trudno utrzymać jego moc w kosmetyku na bazie wody). Ideale stężenie witaminy C i skład, który dodatkowo wzmacnia jej działanie i podbija właściwości naprawcze, rozświetlające i niwelujące przebarwienia.

Natomiast wymieszanie pompki serum C-Firma z pompką kwasowego serum TLC Framnboos Glycolic Night Serum (30 ml/ok. 380 zł) tworzy z obu wybuchową (pozytywnie) mieszankę bardzo szybko rozjaśniającą, rozświetlającą, nawilżającą i wręcz prasującą zmarszczki. Serum TLC jest drogie i w trakcie używania pierwszej butelki solo była pewna, że nie robi niczego, czego nie potrafi dobry tonik z kwasami. Dopiero, kiedy się skończył dostrzegłam, jak bardzo się myliłam. Nie dość, że sam przepięknie oczyszcza, rozjaśnia i balansuje skórę, to zmieszany z serum C-Firma sprawia, że buzia aż promienieje szczęściem i zdrowiem.

Pamiętajcie tylko, że to połączenie jest naprawdę mocne i nieodpowiednie dla cer wrażliwych, delikatnych.

Tu będzie krótko i na temat: C-Tango Multivitamin Eye Cream (15 ml/ok. 250 zł) to najlepszy krem po oczy, jaki kiedykolwiek miałam. Odpowiednio gęsty i odżywczy, faktycznie rozjaśniający okolicę oka, wygładzający zmarszczki i przy tym świetny pod makijaż. Zużyłam jeden duży i dwa małe (15 i 10 ml), nie zamierzam przestać go kupować.


b) Dobre, ale nie niezastąpione.

W tej kategorii też są bardzo fajne kosmetyki, które działają i dotrzymują obietnic. Ale nie są aż tak rewelacyjne, żebym nie mogła ich zastąpić niczym innym.

Zacznę od hitu, którego nie da się upolować w Unii Europejskiej ofecjalnie (ze względu na stężenie i proporjcę kwasów AHA w składzie), natomiast można go sprowadzić przez strony typu Shopaholic Dolls. Mowa o słynnym peelingu chemicznym TLC Sukari Babyfacial, który ma w składzie aż 25% kwasów alfa i 2% kwasu BHA (salicylowego). To jest świetny peeling-maska, naprawdę. Bardzo, bardzo silnie złuszcza, pozostawiając buzię natychmiast zdrowszą, świetlistą, oczyszczoną. A przy tym w ogóle jej nie przesusza, ani nie ściąga. Formuła jest znakomita, ale cena… 15 ml za 200 zł. Gdyby to było serum lub olejek, zrozumiałabym. Ale kwasy nie są drogimi składnikami, a olejku marula nie ma w składzie tyle, by usprawiedliwiało to cenę. Ja jednak pozostanę przy czerwonym diable. I Was też namawiam.

Podobne odczucia mam co do olejku marula z DE. Virgin Marula Luxury Facuial Oil (15 ml/150 zł) jest naprawdę świetnym, dobrze tolerowanym przez właściwie każdy rodzaj skóry olejkiem o gęstej, żelowej konsystencji. Bardzo lubię, gdy jest dodawany do innych produktów DE, ale jego samego nie kupuję, bo znam kilka innych tańszych propozycji, które lubię tak samo mocno (np. olejki Youth To The People).

Dwa kolejne kosmetyki, które lubię (bo działają i mają wspaniałe konsystencje oraz skład), ale wiem, że bez nich moja rutyna pielęgnacyjne bardzo nie ucierpi, to serum nawilżające B-Hydra Intensive Hydration Serum (50 ml/200 zł) oraz żel brązujący D-Bronzi Anti Pollution Drops (30 ml/150 zł).

Składy obu są imponujące, formuły lekkie i żelowe, kolor bronzera przepiękny i łatwy w rozcieraniu. Do obu regularnie wracam, bo moja skóra je lubi. Ale to nie są przełomowe formuły.

Podobnie ma się sprawa z balsamem oczyszczającym Slaii Makeup-Melting Butter Cleanser (110 gr/150 zł) i kremem z retinolem A-Passioni (10 ml/100 zł). Bardzo dobre, bardzo bogate składy, przynoszące szybkie efekty. Nie używam ich stale, ale dobrze wiedzieć, że w razie potrzeby mogę sięgnąć po naprawdę dobrze sformułowane kosmetyki (to ma znaczenie szczególnie w przypadku balsamu do demakijażu, bo większość ma w składzie mikroplastik, a Slaii nie).


Przeczytaj także: Jak odmłodziłam twarz i szyję o 7 lat w 3 miesiące? Sposoby na spłycenie zmarszczek i ujędrnienie skóry >


c) Przeciętniacy

Nawet w tej grupie nie ma wielu bubli (są dokładnie dwa), ale sporo tu takich kosmetyków, które łatwo zastąpić czymś tańszym.

Bestie Jelly Clenaser (150 ml/140 zł) to delikatny żel oczyszczający, który świetnie nadaje się jako drugi etap podwójnego oczyszczania lub żel do porannego mycia buzi. Nie mam wątpliwości, że to dobry kosmetyk, ale… skoro żel Soraya Plante robi to samo za 1/10 ceny, nie ma potrzeby przepłacać za Drunka.

Z kolei balsam do ust Lippe Balm (3,7 gr/70 zł) nie jest moim ulubieńcem, ale… to jedyny kosmetyk do ust, który akceptuje moje dziecko (a przy tym jego skład jest odpowiedni dla 6-latka). Pewnie dlatego, że nie jest zbyt tłusty, nie ma żadnego zapachu, za to lekko słodki smak.

Kremy z filtrami DE są w 100% mineralne (i to jeszcze z wysoką zawartością dwutlenku cynku, uważanego za najlepszy naturalny SPF) i mają przyjemną kremową konsystencję (dla cer mieszanych/suchych na pewno będzie super). Ale! Opakowanie z małą, niewygodną nakrętką oraz duża skłonność do bielenia skóry przez niebieski wariant są dla mnie dużymi wadami.

Nie robią na mnie wrażenia także: krem nawilżający dla suchej skóry Lala Retro (jest to OK bazowy krem, ale nie poprawia stanu przesuszonej cery jakoś diametralnie) oraz serum pod oczy Shabba (które zwyczajnie jest znacznie słabsze od C-Tango).

A dlaczego zaparłam się, że nie kupię mydełek oczyszczających do twarzy? Bo to jedyne produkty w gamie Drunk Elephant, których skład bardzo mi się nie podoba. Parafina za 100 zł? Nie, dziękuję!



A jakie są Wasze odczucia co do marki Drunk Elephant? Które kosmetyki lubicie, a które uważacie za buble?


Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x