9 kosmetyków, za które nie warto płacić więcej

Kochamy kosmetyki selektywne! Wczoraj mogliście przeczytać, które szczególnie są warte wydania większej sumki i wciąż trudno o ich drogeryjne, równie genialne odpowiedniki. Ale jest i druga strona medalu – rodzaje produktów, na które – owszem – można wydać więcej, natomiast nie wtedy, gdy na daną rzecz musimy oszczędzać.


Dziś 9 kosmetyków, które nie są warte tego, byś rujnowała na nie budżet domowy.


Co ma największy wpływ na cenę kosmetyku? Na pewno skład, opakowanie, dystrybucja i marketing. Do tego dochodzą badania we własnych laboratoriach i te zamawiane (zarówno rozwój nowych produktów, jak i formalności, które trzeba spełnić by wejść z kosmetykiem na rynek), koszt utrzymania pracowników. W cenie są marże dla sprzedawców oraz oczywiście podatki. Powinno być więc tak, że kosmetyk droższy to ten, który ma w sobie lepsze składniki, jest innowacyjny, godzien zaufania, markowy (czyli wydatki na marketing i badania przynoszą zyski), ma przyjemną konsystencję, dotrzymuje obietnic i… miło się na niego patrzy (za sprawą opakowania). Ale czy tak jest zawsze? Oczywiście nie.


My także uwielbiamy ozdobne flakony, zmysłowe konsystencje i piękne zapachy. Jednak wiemy, że przyjemność użytkowania nie jest tak ważna, jak działanie i skład. Dlatego choć lubimy kosmetyki z grup, które poznacie za chwilę, i używamy ich z dużą przyjemnością, nie uważamy by były niezastąpione.


Oto subiektywna lista miłych, aż niepotrzebnych kosmetycznych wydatków.


1/ Naprawdę drogie kremy

Pojęcie ‚drogie’ i ‚tanie’ jest subiektywne i w większości zależy od objętości portfela, mamy jednak dość uniwersalny sposób określania tego, czy coś jest tylko drogie, czy już tak drogie, że warto przemyśleć zakup.

Mówiąc o drogich kremach mamy mam myśli te słoiczki, które kosztują tyle (lub więcej) co seria zabiegów u kosmetologa. Przyczyna jest prosta – gabinety kosmetyczne używają większych stężeń substancji aktywnych, korzystają z urządzeń poprawiających efektywność kuracji i czuwają, by zabieg był przeprowadzony prawidłowo. Zabieg działa, a z kremem… no cóż, bywa różnie. Jeśli więc kuszą Was niebotycznie drogie kremy na trądzik, zmarszczki, przebarwienia czy pojędrnienie skóry, uciekajcie z perfumerii i od razu umówcie się na wizytę u kosmetyczki.


2/ Ekskluzywne maseczki

Jestem ogromną fanką GlamGlow (229 zł/50gr), zużyłam już opakowanie białej, czarnej, kończę niebieską i naprawdę uwielbiam uczucie oczyszczonej buzi, które po sobie pozostawiają. Uwielbiam też srebrną maskę peel of Strivectin (naprawdę genialnie oczyszcza, jednocześnie zupełnie nie przesuszając skóry), która kosztuje 299 zł. Mimo to uważam, że żadna z tych masek nie jest warta swojej ceny. Bo maska do użytku domowego działa tylko chwilę. Kilka, kilkanaście godzin, w porywach kilka dni. I jak kocham GlamGlow tak wiem, że błotna maska z Sephory oczyszcza równie genialnie, a za 299 zł (cena Strivectin) idę na dwa zabiegi kwasem migdałowym, które pozostawią na buzi glow na tygodnie, a nie godziny.


3/ Kremowe konturowanie

Mam dwie selektywne  palety do kremowego konturowania. Nie używam żadnej. Częściowo po prostu dlatego, że konturowanie odchodzi do lamusa. Zamiast wielu warstw konturu w tym troku stawiamy na naturalnie wyglądający bronzer, wciąż modny jest strobing (rzeźbienie owalu twarzy przez rozjaśnianie i rozświetlanie), coraz częściej mówi się też o drapingu (konturowanie różem do policzków). Jeśli więc nie kupiłyście jeszcze palet czy sticków, brawo Wy! Zaoszczędzone pieniądze możecie przeznaczyć na obłędny odcień różu. A jeśli bardzo chcecie jednak kremowego konturowania spróbować  w drogeriach jest już sporo naprawdę dobrych produktów (Kobo, Maybelline, L’Oreal).


4/ Suchy szampon

Ten punkt był bezpośrednią przyczyną powstania wpisu. Bo suchy szampon to bardzo prosty produkt, oparty na rozpylanym na włosach (a w zasadzie u ich nasady) pudrze. I drogeryjny Batiste, Aussie czy Dove naprawdę są wystarczająco dobre. Skąd to wiem? Bo dałam się skusić obietnicom jedwabnego suchego szamponu Balmain, który co prawda nie bieli włosów tak mocno, jak Batiste, ale działanie jest identyczne. Ten sam efekt za  15 zł czy 100 zł? Nokaut Balmain jest oczywisty.


5/ Peelingi mechaniczne

Peeling to prosta konstrukcja – rozdrobnione łupinki orzechów, ziarenka kawy, cukru czy soli mają ścierać naskórek, przy okazji masaż pobudza krążenie krwi i pojędrnia skórę. Dlatego gdy widzę cenę peelingu do ust Erborian (7 ml za 89 zł) wiem, że nie jest jej zupełnie wart. Bo to po prostu kryształki cukru z dodatkiem ziół i masełkowatej bazy. Jeśli skóra nie jest wrażliwa i można ją złuszczać mechanicznie, to naprawdę nie trzeba wiele zachodu, by to zrobić. Naturalny peeling kawowy można zrobić w domu (kawa + olej kokosowy, polecam!), a jeśli nie lubicie kosmetycznego DIY wystarczą produkty naturalne polskich marek np. peelingi do ust Pat&Rub czy genialny śliwkowy peeling do ciała Hagi, mój absolutny ulubieniec za 35 zł (tu recenzja).


6/ Urządzenia do domowej mikrodermabrazji

Testowałam dwa najpopularniejsze – Beurer i VisaCare Philips. Ich ceny to od 500 do 1000 złotych. I choć używanie ich jest dość przyjemne, to efekty nijak mają się do prawdziwej mikrodermabrazji w gabinecie kosmetycznym. Po prostu.


7/ Mgiełki do scalania makijażu

Bardzo przydają się makijażystom, bo zdejmują pudrowość z twarzy i dodatkowo nawilżają skórę. Ale czy my, makijażowe amatorki naprawdę potrzebujemy produktu za ponad 100 zł, który jest rodzajem toniku w atomizerze? Jeśli ktoś ma potrzebę, proszę bardzo, natomiast reszcie świata polecam wody termalne w spray’u (szczególnie Uriage – łagodzi podrażnienia i ma idealną drobną mgiełkę) albo zakup wody różanej i przelanie jej do butli z atomizerem.


8/ Rozświetlacze

Sama nie wierzę, że to piszę 🙂 Bo najpiękniejsze, najdrobniej zmielone o największym blasku i w pięknych, różnorodnych barwach to wciąż domena marek selektywnych (np. genialny rozświetlacz Laury Mercier, piękny Champagne Pop Becca, jeszcze piękniejszy kremowy Glow Stick Marc Jacobs), to drogeryjny peleton już dogania niedoścignione – wydawałoby się – rozświetlaczowe wzorce. Nie wierzycie? Wypróbujcie MaryLouMinizer The Balm, rozświetlacz True Match L’Oreal albo cenowy ideał: Diamond Illuminator Wibo za 10 zł. Na co dzień i na wieczór absolutnie wystarczą. I tworzą na buzi naprawdę piękny glow.


9/ Kosmetyki do włosów

Włosomaniaczki nie mają wątpliwości – dla pięknego wyglądu potrzebna jest dbałość o zdrowie włosów, a o nie najlepiej dbają naturalne kosmetyki. Chemiczne silne detergenty, silikony, alkohol – sprawiają, że włosy wydają się czyste i gładkie, więc jeśli ktoś ma ochotę – proszę bardzo. Ale czy na pewno warto za taki kosmetyk zapłacić 100 zł? Skoro w tej cenie kupimy dobry naturalny szampon i butlę oleju arganowego? Nie chcę generalizować, bo niektóre drogie kuracje świetnie działają (testuję ampułki przeciw wypadaniu włosów Phyto i są naprawdę super), powiem Wam tylko że produkty takich marek jak Rene Furterer czy Kerastase niczego dobrego moim włosom nie uczyniły i poza ładnymi zapachami i wyższą ceną nie widzę różnicy między nimi a kosmetykami za 20-30 zł.


Wypróbowałam, nie polecam.
A co Was rozczarowało na kosmetycznej górnej półce?


Podobne wpisy

Strona, którą właśnie przeglądasz wykorzystuje pliki cookies. Ich wykorzystanie możesz modyfikować w ustawieniach swojej przeglądarki. Zostawiając komenatarz czy pisząc do nas e-mail, pamiętaj, że Twoje dane są zabezpieczone.
Akceptuj Cookie.
x